Rodzima formacja SoundQ tworzy dźwięki spod znaku alternatywnego popu. Pod wodzą charyzmatycznego lidera, Kuby Kubicy, wydała EP-kę, która zwiastuje drugą po „Semaphores, dogs and traces” płytę. „Cargo Planes” jest dostępna na oficjalnej stronie internetowej zespołu.
Wywiad z liderem krakowskiej formacji SoundQ
Jak Twoje wrażenia po Audioriver?
Kuba: Mieszane. Fajnie, że tam zagraliśmy i się pokazaliśmy, ale to był koncert dla ludzi, którzy już wyjeżdżali – ostatni dzień całej imprezy. Bądźmy szczerzy – nie sądzę, żeby z promocyjnego punktu widzenia coś nam dał, choć ostatecznie myślę, że „in plus”.
Gdybyś miał wyjaśnić przeciętnemu słuchaczowi, co to jest SoundQ i jaką muzykę gra…
Kuba: Dla ludzi, którzy się pałają robieniem muzyki alternatywnej, to jest pop; dla tych, którzy z kolei słuchają muzyki popowej, to alternatywa – i tak przerzucamy piłeczkę. Moim zdaniem, jest to właśnie alternatywny pop i jeszcze elektronika jakiegoś rodzaju… plus etniczne sample, które nadają kolorytu całym kompozycjom i prowadzą mnie przez cały numer w trakcie tworzenia.
Pierwszą płytę macie już za sobą. Ciężko było?
Kuba: Tak się złożyło, że niewiele osób ją słyszało, to był typowy podziemny debiut (śmiech). Natomiast tym, którym się udało tego posłuchać, bardzo się podobało. Płytę wysłaliśmy chyba do wszystkich wytwórni w Polsce. Poza kilkoma rozmowami, które kończyły się słowami: „Super muzykę gracie, ale nie końca pokrywa się to z naszym obecnym planem wydawniczym. Informujcie nas w przyszłości” – nie było odzewu. Nie jesteśmy tym zrażeni, bo skoro ktoś to wysyła, to ktoś to musi wyrzucać do śmieci. Czytaj całość »
:: Wydawca: Asthmatic Kitty
:: Ocena: 7,4
Sufjan Stevens i jego wielki projekt, pamiętacie? Wielki projekt, który okazał się być nie do końca możliwym do zrealizowania. Sufjan dobrze o tym wiedział. Ba, przecież sam koncept nagrania albumów o każdym stanie w USA był, jak potem przyznał, żartem. No ale z tego żartu narodziły się dwa najlepsze albumy amerykańskiego multiinstrumentalisty, tak więc rozczarowanie oczywiście było w pełni uzasadnione. Szczególnie, że Sufjan wpadł potem w jakiś rodzaj artystycznej depresji i zdecydowany był na stałe oddać się konceptualnym, instrumentalnym albumom, porzucając swoje folkowe oblicze. Jasne, „The BQE” było świetne, ale raczej nie rekompensowało nikomu braku następcy „Michigan” i „Illinoise”. Na to się z kolei nie zapowiadało, tak więc nikt o Sufjanie szczególnie nie mówił. Żyliśmy sobie więc jak zawsze, nie wiedząc nawet, że ten nagle zaatakuje zupełnie nową, godzinną EP-ką. Nie instrumentalną, rzecz jasna. Miła niespodzianka, trzeba przyznać. Przecież nikt nie spodziewał się hiszpańskiej inkwizycji!
Owa hiszpańska inkwizycja od razu wydaje się jednak strasznie nierówna. Rozpoczynający „All Delighted People” oraz finałowy „Djohariah” to numery, które pod względem aranżacji, konceptu i monumentalności przewyższają nawet najbardziej „progresywne” momenty „Michigan” i „Illinoise”. Reszta to zaś krótkie „mgiełki” i szkice, klimatem nawiązujące do akustycznego „Seven Swans”. Jest jeszcze rockowa wersja tytułowego kawałka, jednak po usłyszeniu tej właściwiej, ta nie robi już większego wrażenia. Czyli no nierówno. Na szczęście ta nierówność polega na rozłożeniu poziomu na dobry – bardzo dobry – rewelacyjny, więc to takie trochę szukanie dziury w całym z mojej strony. Chociaż słuchając wspominanych dwóch arcydziełek apetyt na więcej zaczyna trochę doskwierać. Ale suma sumarum, to wydawnictwo to taki test, spójność jest tu akurat najmniej ważna. Sufjan wraca i to się teraz liczy. Wraca z szerokim wachlarzem pomysłów na swoje przyszłe albumy. I nie zwiastują one w żadnym wypadku klęski. Jak już wiadomo, „The Age Of Adz” ukaże się w październiku i utworów z „All Delighted People” na nim nie będzie, co dodatkowo podsyca atmosferę oczekiwania na kolejny krok tego niezwykle płodnego muzyka. Stevens, dobrze, że wróciłeś.
And now for something completely different…
I tak dobiliśmy do końca wakacji. Co to młodsi smyrają, by zdążyć na pierwszy dzwonek, studenciaki pośpiesznie wracają na sesje poprawkowe, a pozostali… znikąd nie wracają, bo znowu zapierdalali w harówie całe wakacje! Dobrze, jeśli komu poszczęściło się wyrwać choć na łyk-end na jedną z imprez festiwalowych, z którymi – trzeba przyznać – z roku na rok coraz lepiej. Czasem nawet do tego stopnia, że zostaje tylko rzucać monetą „Dinosaur Jr. na OFF-ie, czy Hadouken! na Audioriver? Toro Y Moi, czy Four Tet?…” (Drodzy Organizatorzy, nie stawiajcie nas łaskawie więcej przed takim dylematem!)
Niemniej to, co się działo między 5 – 8 sierpnia pod czarnym jak smoła katowickim niebem, przekroczyło najszczersze oczekiwania kogokolwiek. Niechże więc ten desperacki akt lizodupstwa z naszej strony odczytany zostanie nie jako taki, a jako swoisty „Tribute” czterech epickich nocy przy dźwiękach śmietanki światowego niezalu na lechickiej ziemii, Amen.

Wybaczcie zwłokę! Na swoje usprawiedliwienie mamy tylko tyle, że do tej pory nie możemy się otrząsnąć po fantastycznym święcie muzyki alternatywnej. Artur Rojek skorzystał z głupoty mysłowickich radnych i czmychnął ze swym festiwalowym dzieckiem do Katowic. Wyszło to na dobre. Katowice walczące o miano Europejskiej Stolicy Kultury zyskały kolejny poważny atut, a szef fundacji Independent duże fundusze na zorganizowanie niezapomnianego festiwalu. Off Festival 2010 po raz pierwszy w katowickiej Dolinie Trzech Stawów, po raz pierwszy z taką ilością koncertów, na których znalazło się tylu fantastycznych wykonawców, że – jakby to ujął Raoul Duke – pisanie o nich w dziennikarskim stylu nie miało sensu. Mimo to Marcin Bubiński i Tomasz Turski spróbowali. Czytaj całość »
:: Wydawca: Merge
:: Ocena: 5,9
:: myspace
Trzy lata w muzyce to dużo, szczególnie w sferze indie, w której cały czas szuka się nowych idoli. Już niejednego wykonawcę/zespół zdążono wynieść pod niebiosa i zmieszać z błotem. Koszule już nie rozpięte na trzy pierwsze guziki, a zapięte do końca. Już nie czarne Conversy, a kolorowe trampki i oldschoolowe Nike. Nie swetry w paski, a kardigany….
Właśnie trzy lata minęły od „Neon Bible”, ostatniego studyjnego wydawnictwa Arcade Fire. Kanadyjczycy są zespołem niezwykle ważnym dla pokolenia Post New Rock Revolution. Są chyba jedną z niewielu kapel, którym udało się przebić do mainstreamowej świadomości, nie tracąc przy tym estymy w środowiskach niezależnych. To oni nagrali (wg wielu różnych opinii) ostatnią naprawdę wielką rockową płytę, jaką była „Funeral”. Także im wróżono wielką karierę, mieli lada dzień wejść na stadiony i zdetronizować U2, a w panteonie rockowych instytucji szykowano im miejsce gdzieś pomiędzy Radiohead, Coldplay i U2 właśnie. Były też wspaniałe piosenki, mogące rozbujać wielotysięczną publiczność na największych obiektach koncertowych świata. Jednakże trzeba przyznać, że „Neon Bible” choć złym albumem nie jest, to jednak w odniesieniu do „Funeral” malowała się porażką. Tak więc czy Kanadyjczykom udało się uciec od balansowania na granicy nudy i wzbić na poziom debiutu?
Przede wszystkim dojrzeli. Win Butler lepiej śpiewa. Piosenki są lepiej zaaranżowane, dzięki dobrej, gęstej produkcji. Lirycsy też jakieś takie poważniejsze niż na poprzednich albumach, gdzie dominowały młodzieńczy smutek, bunt, nieporadność i naiwność. Brzmienie natomiast wiele się nie zmieniło. Pozostało to, za co ich lubimy, wzbogacone tym co było przez ostatnie trzy lata modne. Mozaikowe brzmienie klawiszy, przestrzenne, pastelowe gitary, melancholijne smyczki zmiksowane z tanecznymi syntezatorami, elektronicznym groovem. Najwidoczniej słuchali Cut Copy, Hot Chip i Klaxons. Można także się doszukać romansu z onirycznymi dream popowymi melodiami spod znaku Beach House i Asobi Seksu. I wszystko byłoby ok, gdyby tym inspiracjom, towarzyszył jakiś motyw przewodni, dobry koncept spajający te składniki w ciekawe piosenki. Po prostu zabrakło dobrego songwritingu, sprawiającego że ciekawe z początku melodie nie przechodzą później w nudną papkę. Trudno także doszukać się killerów, songów wgniatających w ziemię, nie pozwalających zaczerpnąć powietrza. Na „Funeral” i „Neon Bible” takie były, wystarczy wspomnieć „Wake Up” i „Intervention”. Przykro to mówić, ale Arcade Fire są już chyba jedną nogą w panteonie niespełnionych talentów(czyli całkiem inaczej niż miało być). Po „The Suburbs” zdecydowanie bliżej im tam niż do przejęcia miana największego zespołu świata. Choć może (na co warto zwrócić uwagę) nigdy nie zabiegali o ten tytuł, tylko kilku dziennikarzy przypięło im taką łatkę. Z bólem trzeba stwierdzić, że tej formacji starczyło pary na tylko jedną wybitną płytę.
Szesnaście nowych piosenek formacji z Montrealu, to kolejny koronny dowód na to, iż zespół obwołany zbyt wcześnie nadzieją rocka, może najzwyczajniej temu mianu nie podołać. Tragedii niby nie ma, po prostu zabrakło na tym albumie pomyślunku, spokoju i chłodnego spojrzenia. Czy są jakieś przesłanki ku temu, aby czwarta płyta nie rozczarowywała? Pewnie tak, aczkolwiek to miało już nastąpić przy okazji „The Suburbs”, która miała zmazać wrażenie niedosytu po „Neon Bible”. Jedno jest pewne – palmę pierwszeństwa w kanadyjskim alternatywnym rocku przejmują Broken Social Scene!

Aligatory to wredne predatory. Przekonał się o tym jeden z naszych polskich braci na obczyźnie, przekonał się o tym i Czarek Nowak, znany bardziej jako CeZik.
Cezik udziela się w bandzie Hardony, przeszedł drogę promocji w TVN-owskiej ramówce, gdzie zyskał sympatię śpiewaniem a capella kapsw an. Relacja anonimowego dokarmiacza dzikich aligatorów z Illinois zainspirowała CeZika i jego kompana MerCa do nagrania rekonstrukcji tych drastycznych wydarzeń. Znakomicie odwzorowany ciąg wydarzeń – jest szwagier, jest gary muw aut, jest ajm gona giwem a ciken, no i jest aligator we własnej osobie. Efekt porażający. Pozytywnie.
Kolejność odtworzenia: najpierw relacja wujka z Illionois, potem dopiero:
Posłuchaj: MerC ‘N CeZik – Forfiter Blues
Aligatory to wredne predatory. Przekonał się o tym jeden z naszych
polskich braci na obczyźnie, przekonał się o tym i Czarek Nowak,
znany bardziej jako CeZik.
Cezik to udzielający się w bandzie Hardony, wypromowany w TVN-owskiej ramówce śpiewaniem a capell kapsw an zyskał masową sympatię widzów
Relacja anonimowego dokarmiacza dzikich aligatorów z Illinois
zainspirowała CeZika i jego kompana MerCa do nagrania rekonstrukcji
tych drastycznych wydarzeń. Znakomicie odwzorowany ciąg wydarzeń -
jest szwagier, jest gary muw aut, jest aj gona giwem a ciken no i
jest aligator. Efekt porażający. Pozytywnie.
Kolejność odtworznenia: najpierw relacja wujka z Illionois, potem CeZik i MerC.
Jak słaba była ostatnio szeroko pojęta scena brytyjska – wiemy wszyscy. Stare gwiazdy z lat 90. i przełomu 90/00 zawodziły w minionej dekadzie. Młodzi natomiast, okazywali się jedynie marnymi epigonami, sztucznie wykreowanymi na godnych następców starej gwardii. Aczkolwiek poprzedni rok przyniósł kilka witalnych debiutów, które z nadzieją pozwalają patrzeć w przyszłość. Nawet cienko przędący w latach muzycznego kryzysu Londyn doczekał się godnego reprezentanta w postaci The XX. Już niedługo do grona chlub stolicy ma szansę dołączyć zespół Veronica Falls. Jak na razie nie zdołali wydać dużej płyty. „Beachy Head” to ich trzeci singiel. Odsłuch tej pozycji tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że nawiązania do muzyki lat 80. już niedługo będą passé. Teraz czas na lata 60. Można to doskonale zauważyć po tym, co jest teraz modne – Ariel Pink’s Haunted Graffiti i chillwave, który śmiało można nazwać psychodelią XXI wieku. Veronica Falls także czerpie pełnymi garściami z tamtej epoki. Surowe gitary przypominające The Kinks i wokale układane w sposób, w jaki robiła to Maureen Tucker, gdy przejmowała mikrofon w Velvet Underground. A wszystko to wyprodukowane za pomocą analogów, aby nadać odpowiedni klimat, jaki miały płyty z lat 60. Takie jakby pre lo-fi. Jedyne co muszą poprawić to songwriting, bo pomimo niezłego pomysłu na piosenkę, ten singiel nie porywa, nie rzuca na kolana. Jeśli to zrobią, to na pewno pojawi się dla nich kontrakt i zrobią sobie sesję w „Q” albo „NME”.
Posłuchaj: Veronica Falls – Beachy Head
:: Wydawca: Full Time Hobby
:: Ocena: 6,3
Głównym zadaniem Off Festiwalu było prezentowanie ludziom mniej lub bardziej off-owych zespołów, które tworzyły, tworzą, bądź dopiero będą główną siłą niezalowej (i nie tylko) sceny. I może sobie taki widz dokładnie zbadać, co to ciekawego się w danym roku pojawi i na co się wybrać, ale może też pozostawić wszystko przypadkowi i poznawać wszystko „na gorąco” . Z racji, że osobiście reprezentuję pierwszą grupę , „obkułem się” na tegorocznego Off-a jak na kolokwium z literatury współczesnej, sądząc że raczej nic mnie skrajnie pozytywnie ani negatywnie nie zaskoczy. A tu proszę, zaskoczyło. I to w dodatku pozytywnie!
Gdzieś ich podczas owego „wkuwania” przeoczyłem / zostawiłem na później / zwyczajnie olałem. Nie pamiętam. Nie muszę chyba mówić, że zespół ostatecznie mnie zauroczył. Na tyle, że sięgnąłem po ich ostatnią studyjną płytę. Mówię od razu – jest w 100% wesoła i radosna, więc jeśli fanujesz melancholii i zdołowaniu, to nic z tego. Już pierwszy refren i podśpiewywane radośnie „hustle, hustle hustle” wkurwi Cię niemiłosiernie. Oj dobra, trochę sobie żartuję. Ale nie ulega wątpliwości, że grupę ciągnie raczej ku słonecznym, łąkowym pejzażom, a całość miejscami sprawia wrażenie zbyt przesłodzonej. Na koncercie tę pozytywną energię odczuwa się doskonale, z płyty zaś nie zawsze uderza ona z pełnym impetem. Z całego terminu „folktronika” zdecydowanie więcej tu folku niż elektroniki. Takiego, wiecie, „happy folku”, niemalże popu. A poza tym? To świetny album, po prostu. Jeśli ktoś waha się więc z odsłuchem „…And Then We Saw Land”, lepiej niech się szybko zdecyduje. Lato kończy się, kasztany gniją, pada śnieg. A jesienią i zimą to już nie będzie to samo.

:: Wydawca: SoundQ
:: Ocena: 7,0
Wybierzmy się w podróż. Niedługą, bo ok. 15-minutową, ale z gatunku tych, po których obiecujesz sobie „jeszcze tu wrócę”. I wracasz szybciej, niż przypuszczałeś. Wędrujemy do krainy bogactwa dźwięków, która na muzycznej mapie jest jeszcze mała i nieoznaczona, ale sukcesywnie się rozwija, rozrasta i intryguje – SoundQ.
Naszym przewodnikiem jest Kuba Kubica, wokalista. Chłopak, któremu przez większość życia śpiew odradzano, okazuje się właścicielem fascynującego, idealnie wpasowanego w tę estetykę wokalu – urzeka głosem niskim i wysokim na przemian, ciepłym, często delikatnym, zawsze intymnym. Razem z pozostałymi muzykami SoundQ prowadzi nas przez elektroniczno-alternatywne tereny. Dla niezorientowanych – nie po raz pierwszy. Debiutancką płytę, „Semaphores, dogs and traces”, krakowski zespół wydał w czerwcu. Natomiast omawiana EP-ka to swoista zapowiedź kolejnego longplay-a.
Pierwszy przystanek to „The Secret”. Od pierwszych nut wiemy, że mamy do czynienia z dźwiękami, których nie będzie łatwo pozbyć się z głowy. Rytm utworu napędza i prowokuje do wykonywania mniej lub bardziej nieskoordynowanych ruchów. Następnie mamy zaszczyt spotkać „Elephant’s Graveyard”. Utwór jest absolutnym faworytem (tytuł nie ma nic do rzeczy ;). Błąkamy się tu pomiędzy genialnie brzmiącymi syntezatorami analogowymi, a zmieszanymi w idealnych proporcjach etnicznymi samplami. Refren wypełniony przestrzenią, urzekający i absolutnie uzależniajacy.
Ostatnią atrakcją jest tytułowa „Cargo Planes”. Niesamowity mix dźwięków przywołuje rozmaite obrazy – od dzikich plemion po równie nieokiełznany kosmos. Cały czas podróżujemy pierwszą klasą – to za sprawą genialnej warstwy produkcyjnej. Może to kwestia koncepcji muzyków, a może fakt, że zajął się nimi jeden z najzdolniejszych producentów w kraju – Jarek Baran (współpraca m.in. z Paradise Lost), facet, który na czole ma wypisane „perfekcja i jakość”.
SoundQ doskonale wiedzą, jak chcą brzmieć – oryginalnie, zaskakująco, przy tym bardzo spójnie i – co tu dużo gadać – pięknie! W ramach opcji „Last Minute” EP-kę można bezpłatnie ściągnąć z oficjalnej strony zespołu.
:: Wydawca: Merge
:: Ocena: 5,2
:: myspace
Podczas wakacji otrzymujemy pocztówki od znajomych, nacieszymy nimi oczy, przeczytamy pozdrowienia i po prostu je wyrzucimy, by nie walały się po domu. Podobna sytuacja jest z niektórymi albumami, mającymi być letnimi bestsellerami. Wydaje się je, aby zachwycały, zbierały pochlebne recenzje i spędzały tłumy na letnie chałturzenie, a za jakiś czas jest już o nich głucho. Jestem gołosłowny? Ale skądże! Na myśl przychodzi mi wiele płyt, ale podam tylko dwie, które miały być świetne i niezapomniane, a dziś mało kto o nich wspomina. Pamiętacie chociaż trzy piosenki z „Viva La Vida” Coldplay, albo „Everything Is New” Jacka Peñate? Bez sprawdzania na wikipedii proszę!
Jestem zdecydowanym przeciwnikiem hajpowania takich przesłodzonych płytek. Argument, iż są wakacje i trudno polubić coś ambitniejszego, jest nietrafiony. Fakt, trywialne, świetnie wyprodukowane melodie mogą, a nawet muszą trafiać do uszu słuchacza, gdy potworne upały ogłupiają jego zmysły. Tylko pytanie, co z tej fascynacji zostanie po wakacjach? Czy to, czym tak się zachwycaliśmy, nie wyda się po czasie – infantylne? Tak więc czy warto wystawiać takim wydawnictwom oceny od 7/10 wzwyż? Co innego tyczy się singli, które zawsze były wydawane po to, aby chwytać słuchaczy za uszy i przekonywać ich do kupna dużej płyty. Natomiast album, dobry bądź wybitny ma być dziełem kompletnym. Zawsze gdy wspomina się jakiś zespół i wymienia się jego dokonania, mówi się o genialnym longplay’u, z którego pochodzą fantastyczne single, nie na odwrót. Dlatego też ideą płyty długogrającej było nagranie 10, 11 lub więcej świetnych piosenek.
The Love Language poszli na łatwiznę i zaserwowali słuchaczom typowy wakacyjny produkt. Czyli coś, co jest zaprzeczeniem wydawnictwa genialnego i ponadczasowego. Aczkolwiek, na pierwszy rzut ucha trudno się tu do czegoś przyczepić. Lekcje odrobione! Słychać w muzyce tej kapeli wiele inspiracji. Śmiało mogliby do wydawnictwa załączyć litanię do wszystkich zespołów, które przyczyniły się do jego powstania. Jeśli miałbym wymienić choć kilka wpływów, to powiedziałbym o coraz modniejszych sentymentach do muzyki lat 60 (jest szansa na obalenie dyktatu 80′s?), konkretnie do Beach Boys i wczesnych Beatles’ów. Jest parę momentów przypominających nieśmiertelnych The Smiths. Miejsce znalazło się także dla popularnych Fleet Foxes i ich preriowych, lekkich melodii. No właśnie… ale to tylko momenty – stanowczo za mało na coś spektakularnego. Po przesłuchaniu połowy robi się już mdło, za dużo pozerskiej ckliwości jak na jeden raz. Nie mam już 15 lat stety/niestety i takie wykastrowane melodyjki, trawestujące naprawdę wielkich, mnie nie podniecają.
„Libraries” to przyjemna płyta. Podkreślam z całą stanowczością – przyjemna, a nie dobra (proszę nie utożsamiać tych terminów w tym wypadku). Ale niestety, podczas jesiennych porządków skończy, tak jak pocztówki…w koszu!