right_side
10 mar 2010   Kategoria: albumy

Karen O and The Kids – Where The Wild Things Are

:: Wydawca: Mystic
:: Ocena: 4,9

:: last.fm

Zmanierowana, ze zdewastowaną psychiką, stylistycznie rozkapryszona Karen O idzie do przedszkola, czyli nagrywa album z dzieciakami. Rodzicie, zabierzcie pociechy od telewizora? Niekoniecznie. Pomysł tej kombinacji wydaje się być może niezbyt trafiony na wszelkie możliwe sposoby, ale efekt współpracy tej rozwrzeszczanej kobiałki ze zgrają dzikich dzieciaków wypada naprawdę sympatycznie. Karen wydaje się istną przedszkolanką, złagodniała i nabrała delikatnych wartości. Choć czasami daje upust swoim rozpoznawalnym skowytem (i tu pojawiają się problemy rozpoznawcze – nie do końca wiadomo, czy to Karen O, czy jeden z adoptowanych na potrzeby płyty dzieciaków), to jej rola na tej płycie utrzymywana jest w kołysankowym, delikatnym nastroju. Nawet przemycone tu i ówdzie brudne gitary nie psują tego nastroju. Całość przypomina wesołe spotkanie dzieciaków na kolonii przy ognisku. Tupanie, klaskanie, bezpretensjonalne śpiewy dziecięcych chórków, poprzedzane czasami motywami z bajek (tak, tak) to tutaj dźwięk powszedni.

Utwory nie są niepotrzebnie pokomplikowane – akustyczna gitarka, tamburynik i śpiewająca opiekunka O. Dla uniknięcia infantylizmu dodano szczyptę folkowo-bluesowych przypraw, przywołującą na myśl Katie Melua. Wszystko to jest bardzo sympatyczne i przyjemne. Oczywiście o aspiracji do bycia czymś więcej niż przyjemnym albumem nie ma tu mowy, ale nie przeszkadza to w zabawie z the kids.  Dominujące pozytywne opinie na laście nie są wyssane z palca. Naprawdę miło jest pokiwać dorosłą łepetynką w rytm dziecięcych klaśnięć o kolanka. Sama Karen O zapowiadała rozchlastaną na czerwono rzeź niewiniątek, ale stało się tak, że to dzieci poskromiły tego demona. Warto zaznaczyć offtopem, że to wszystko na rzecz mocno nierównego filmu “Where The Wild Things Are” Spike’a Jonzego.

Bookmark and Share
9 mar 2010   Kategoria: single

FUR – Clears Throat

Nie tak dawno przy okazji interview-akcji zastanawiałem się z jednym z autorów najświeższego trendu muzycznego, co dalej czeka jego twórców. W zasadzie nie pomógł mi, zostałem sam ze swoimi przemyśleniami. Jednak póki co skłaniam się do teorii iż odpowiedź jest chyba prostsza niż wydawać by się mogło. Nie będzie rewolty, śmierci tym bardziej, zwykły dobór naturalny muzycznych genotypów, zanikanie i przechodzenie cech.

FUR zapewne poniekąd niecelowo staje się tego przykładem, jego współpraca z Alanem Palomo z Neon Indians przy utworze “Black Castles” to pierwsza próba nałożenia estetyki glo-fi na ambient. Clears Throat – jest już solo. Więcej w nim IDM-u jednak ewidentnie czuć dotyk chillwave’u, co zaowocowało zdecydowanie lepiej.

Posłuchaj: http://www.myspace.com/bryceisbell

Bookmark and Share
8 mar 2010   Kategoria: cast

Darwin Deez – Radar Detector

Darwin Deez – Radar Detector from Lucky Number Music on Vimeo.

Kawałek totalnie typowy – Gitarowy hook, falsetujący wokal i prosty chwytliwy refren. Uderzający gdzieś minimalną infantylną formułą do Jens Lekmana, Camery czy Belle & Sebastian, a gitarą do dynamiki The Strokes, ale to typowość nie w sensie poziomu, a typowość w sensie wykorzystania form. Z kolei te jakiś czas temu przestały być używane w należyty “typowy” sposób, ale coś mi się wydaje że to zelektryzowanie niezależnego popu, z jakim mieliśmy kontakt po koniec dekady, szybko minie…
Abstrahując od dziejoznawczych rozkmin, może okazać się, że Darwin nie jest jedno-strzałkowcem, na koncie ma już dwa bardzo dobre kawałki (“The City”, “Constellations”) operujące podobną formą, ale totalnie i mniej totalnie niedopracowane, koleś się bawi, a przecież “Talent siedzi w człowieku, wiedza i umiejętności to tylko środki do urzeczywistnienia go”, czy coś w tym stylu powiedział Borys D.

Bookmark and Share
7 mar 2010   Kategoria: albumy

Jacek Lachowicz – Pigs Joys And Organs

:: Wydawca: Mystic
:: Ocena: 6,7

:: myspace

Zacznijmy od tego, iż “Pigs, Joys & Organs” to album pełen sprzeczności. Pierwsza połowa to eksperyment, szukanie, wyginanie rocka w rozmaite rejony, począwszy od elektroniki do chociażby odkurzania estetyki Joy Division („Joy”). Druga – spokój, piosenki, ballady, ćwierkające ptaszki. Lachowicz wersja soft. W wielkim uogólnieniu oczywiście. Wersja równie udana, równie wciągająca. Utwory z obu „części” różnią się, często nie pasują do siebie gatunkowo, lecz mimo to tworzą spójną całość. Nie ma tu żadnego przeboju, w najprostszym tego słowa znaczeniu („Płyń” z Anią Dąbrowską się kłania), a i tak czuć tutaj swoistą melodyjność, charakterystyczną dla twórczości Jacka. Już rozpoczynający „Grind My Soul” to prawdziwy majstersztyk i – co by nie powiedzieć – jedna z lepszych kompozycji na albumie. Ile tu się dzieje.. W ciągu zaledwie 5 minut mamy tutaj połączenie kwasowego, powykręcanego rocka oraz (w drugiej części) hipnotycznego, snującego się jednostajnym rytmem psycho-wymiatacza. „Anticipate”? Nie spuszczamy z tonu. Dobrze zatrzymać się też przy wspomnianym już „Joy”. Barwa głosu, oszczędna aranżacja, tytuł. No nie wiem, mnie przynajmniej kojarzy się jednoznacznie. W pozytywnym znaczeniu oczywiście. Jak wspomniałem, druga część płyty reprezentuje bardziej popowe, piosenkowe oblicze Lachowicza. Kapitalny songwriting słyszymy w melodyjnym, gitarowym “To Be Strong”, intrygującą grę ze słuchaczem prowadzi „Bajka”(utwór sprzed około 10 lat), w mały flirt z elektroniką wchodzą „Pax” oraz „Dumb’n'deaf”. Na sam koniec spokojne „Organs” oraz „All The People”, czyli łagodny, melodyjny finał. Szczególnie pozytywne wrażenie pozostawia drugi utwór, gdzie muzyk pięknie buduje napięcie radosnymi dźwiękami gitary akustycznej (serio, wsłuchajcie się w podkład).

Jacek Lachowicz nie zawiódł. Nagrał album dość zróżnicowany, który ciężko wpisać w konkretną szufladkę. Mamy tu zarówno mroczne, eksperymentalne próby, jak i lekkie, popowe fragmenty. Co prawda, nie znajdziemy tu nic aż tak przystępnego i przebojowego jak to zdarzało się wcześniej, ale przyznajmy to szczerze – zupełnie nie o to chodzi. „Pigs, Joys & Organs” to album dojrzały, na którym artysta podąża za swoją niezwykłą wizją. Mimo względnej rozbieżności stylistycznej, wszystko idealnie do siebie pasuje, tworząc spójną, harmonijną płytę. Polecam, szczególnie z racji, iż „Świnie” przepadły gdzieś w czasie swojej premiery (listopad ubiegłego roku), przytłoczone tzw. „jesiennym wysypem”. Jak się okazuje – zupełnie niesłusznie.

Bookmark and Share
2 mar 2010   Kategoria: albumy

These New Puritans – Hidden

:: Wydawca: Domino
:: Ocena: 8,1

:: www

Wszyscy są chyba zgodni, że miniony rok był dobrym rokiem dla muzyki. Nie byliśmy może świadkami wydarzeń przełomowych, ale w ciągu dwunastu miesięcy 2009 roku ukazało się z całą pewnością kilkaset płyt niezłych, kilkadziesiąt dobrych, kilkanaście bardzo dobrych i co najmniej kilka naprawdę świetnych. Powiem więcej – uważam, że jeszcze długo na jakość muzyki nie będziemy narzekać. Rozwój Internetu sprawił, że nowe dźwięki, nowe zespoły, nowe albumy są dosłownie na wyciągnięcie ręki. Nigdy wcześniej muzyka nie była tak łatwo i powszechnie dostępna. Muzyczne blogi, Rate Your Music, last.fm, Spotify, YouTube, MySpace – możliwości są nieograniczone. Tu naturalnie pojawia się słynny termin “piractwo”, które to według wszystkich znawców miało zniszczyć całą muzykę, sprawić, że muzycy nie będą mieli pieniędzy na życie, jedzenie, a tym bardziej instrumenty i wszystko upadnie. Mimo to nowych płyt powstaje więcej niż kiedykolwiek wcześniej, a chyba nie nagrywają się one same. Internet stał się dla muzyki zbawieniem. Pamiętam wywiad sprzed kilku lat z jednym z członków (nie pamiętam z kim dokładnie, ale to całkowicie nieistotne) Marillion dla “Teraz Rocka”. Stwierdził on wówczas, że rosnąca popularność mp3 jest zjawiskiem niezwykle pozytywnym i sprawi, że muzyka powróci do korzeni – nawet gdyby miały upaść wielkie wytwórnie, muzyka nie przestanie powstawać. Dalej będzie tworzona, ale nie będzie to sztuczny produkt biznesowy, tylko rzecz prosto z serca, komponowana przez prawdziwych pasjonatów. Muzyka stanie się wolna. I mniej więcej na tym etapie historii obecnie jesteśmy. Muzyka stała się wolna. Co ciekawe, według jednego z ostatnich badań, osoby ściągające płyty z internetu, kupują więcej albumów niż inni konsumenci. Czytaj całość »

Bookmark and Share
28 lut 2010   Kategoria: special

Suplementy roku 2009


 
Już dłuższy czas temu zdążyliśmy się rozliczyć z minionym rokiem za sprawą naszego podsumowania TOP 30 najlepszych albumów 2009. Jak to z tego typu podsumowaniami organizowanymi na podsawie głosowań bywa – nie zawsze wiernie oddają one atmosferę obranego czasu, wiele cennych znalezisk ginie gdzieś w matematycznych procedurach i zostaje po nich nieprzyjemna dzióra. Dziś postanowiliśmy ją załatać. Dziesięć płyt, które nie zmieściły się w naszym poprzednim podsumowaniu, a wg niektórych redaktorów na to zasługiwały:
Czytaj całość »

Bookmark and Share
27 lut 2010   Kategoria: wywiady

The Cuts: Inspiruje nas życie

Electro – rockowy zespół powstały w 2006 r. w Pile. Nazywany polskim The Cure tudzież Depeche Mode. W 2008 r. podpisali kontrakt płytowy z wytwórnią SP Records. Owa współpraca zaowocowała wydaniem pionierskiego albumu “Syreny nad miastem”, który spotkał się z dużym zainteresowaniem zarówno ze strony mediów jak i odbiorców muzyki. Mają za sobą sporo koncertów, zarówno klubowych jak i dla wielotysięcznej publiczności. Obecnie zespół ponownie ruszył w trasę koncertową. I jak zapowiadają muzycy, zbliżające się koncerty mogą być zaskoczeniem nawet dla tych, którzy doskonale znają twórczość The Cuts!

Jak rozpoczynaliście swoją przygodę z muzyką?

Przemek Zdunek: To było bardzo dawno temu. Ciekawe dźwięki docierały do nas, kiedy jeszcze byliśmy w łonach naszych mam. Potem było już z górki.

Jak powstał zespół i skąd nazwa The Cuts?

The Cuts powstał po tym, jak z Panem TT zakończyliśmy pracę we wcześniejszym projekcie. Zanim jednak uformował się jego obecny kształt minęło trochę czasu i przez zespół przewinęło się paru muzyków. W obecnym składzie gramy właściwie od listopada 2009. Nie można jednak mówić, że ta data to początek zespołu. Znamienne dla The Cuts było z pewnością dołączenie do nas Toma Horna, co stało się jakieś dwa i pół roku temu. Nazwa zespołu wzięła się z pewnej rozmowy ze znajomym Anglikiem, a właściwie pomyłki. Powiedziałem mu, że mój ówczesny zespół nazywał się Koty, a on zamiast „cats” zrozumiał „cuts”. Obaj doszliśmy wtedy do wniosku, że „cuts” byłoby lepsze. Kilka lat później potrzebowałem nazwy dla zespołu i przypomniało mi się „cuts”. Po jakimś czasie dołożyliśmy do nazwy „the”, bo w rozmowach przez telefon ludzie myśleli, ze mówimy o jakimś punkowym zespole o nazwie „kac”. Czytaj całość »

Bookmark and Share
24 lut 2010   Kategoria: albumy

Gil Scott-Heron – I’m New Here

:: Wydawca: XL Recordings
:: Ocena: 6,4

:: www

Podobno Nowy York nigdy nie śpi. Jednak gdy zapada zmrok echa buńczucznych słów kolejnych przyszywanych proroków, kolejnych samozwańczych głosów pokolenia cichną z minuty na minutę. W ciemności spowijającej metropolię, wśród demonów nocy mało kto zechciałby przebywać. Ale czym to jest dla kogoś, kto jest tu żywą legendą – ojcem, bratem i niejako kuratorem lirycznej strony tego miasta.

Przewrotnie Gil Scott-Heron wrócił z twórczego letargu ze stwierdzeniem, że jest tu nowy. W zestawieniu z tak wielką spuścizną dla całej afro-amerykańskiej kultury wygląda to trochę komicznie. Co prawda, nic już nie jest takie samo jak kiedyś – świat zasadniczo stanął na głowie. Ale w końcu „I’ve guided to get there” stwierdza sam Scott-Heron w jednym z przerywników.

Chylę czoła przed tym, co skłoniło Scott-Herona do obrania takiej ścieżki, ale sprawiło że efekt jest frapujący. Sam znak rozpoznawczy – głos Gila Scott Herona nabrał barwy sędziwego mentora, który snuje bluesowe opowieści o czasach przeszłych. Miejsce funkowo-jazzowych aranżacji znanych z największych dokonań ( „Reflections”, „Pieces of a Man” zajęły kapitalne w swoim ascetyzmie syntetyczno/trip hopowe podkłady, miejscami robiącymi wrażenie specjalnie niedopracowanych, by zachować ulotność i świeżość. Podkłady idealnie oddające klimat nocnych rozmyślań i niepewności bytu.

Podziwiam tego starca również za teksty, bo odwalił tutaj niesamowitą robotę. Na płycie trwającej nieco 28 minut, wśród tej garści tekstów (w zasadzie nawet retrospekcji z różnych okresów) dał słuchaczowi naprawdę mocną lekcję życia. O młodości, o życiu w rozbitej rodzinie, o niepewności dnia kolejnego, o miłości czy niechybnie zbliżającym się końcu.

Konkluzja po przesłuchaniu tej płyty jest jednak trochę gorzka. Bo jeżeli tak wybitnej jednostce jak Gil Scott-Heron wystarczyło 28 minut, by niejako rozliczyć się ze swoim życiem, to ile by to zajęło tak anonimowej jednostce jak Ja, czy Ty?

Bookmark and Share
23 lut 2010   Kategoria: wywiady

Sorry Boys: Chcemy brnąć dalej!

Sorry Boys to warszawska formacja powstała w 2006 r. Pomimo zaledwie trzyletniej działalności zespół może pochwalić się sporymi osiągnięciami. Zwyciężali na wielu festiwalach i przeglądach. Na swoim koncie mają statuetkę “Best New Band Poland” i słowa uznania od samego Glen Matlocka (gitarzysta basowy Sex Pistols). Zauważył ich także Piotr Kaczkowski zamieszczając zespół na bardzo selektywnej składance Minimax. Obecnie grupa pracuje nad swoim debiutanckim albumem, którego premiera planowana jest na luty 2010 r. Tak przynajmniej w rozmowie z Elephant Shoe zapewniali wokalistka Iza Komoszyńska i gitarzysta Tomasz Dąbrowski.

Jak doszło do powstania Waszego zespołu i jak udało wam się znaleźć wokalistkę o tak niebanalnej, pięknej barwie głosu i zarazem pięknym obliczu?

Tomek Dąbrowski: Do kompletnego powstania zespołu doszło w Warszawskiej już nieistniejącej Fabryce Róży Luksemburg, gdzie z pierwszym składem mieliśmy próby przez dłuższy czas. Pomysł o założeniu zespołu narodził się kilka miesięcy wcześniej na uczelni, gdzie z Piotrkiem Blakiem razem studiowaliśmy. Zanim stworzyliśmy cały skład wspólnie graliśmy a to przy grillu na działce, a to w Milanówku u Piotrka. I tak po nitce do kłębka przybyła do nas pierwsza wokalistka, czyli Iza. I mam nadzieję, że nie będzie innej „Izy” w tym zespole.

Dlaczego nazwa “Sorry Boys”?

Iza Komoszyńska: Dla nas ta nazwa jest nieprzetłumaczalna. Była wynikiem chwilowego natchnienia, z którym wszyscy się utożsamiliśmy. Chodzi nam o to, żeby nasza muzyka redefiniowała ten zlepek popularnych słów. To tak jak z nazywaniem ulic nazwiskami wielkich tego świata. Po pewnym czasie zapominasz, nie myślisz o tym, kim był np. Waszyngton. Jest po prostu Rondo Waszyngtona, które dla Ciebie oznacza miejsce, przez które codziennie przejeżdżasz i z pewnością nie wspominasz wtedy Jerzego Waszyngtona. Czytaj całość »

Bookmark and Share
22 lut 2010   Kategoria: albumy

RJD2 – The Colossus

:: Wydawca: RJ’s Electrical Connections
:: Ocena: 5,6

:: myspace

RJD2 popełnił w życiu kardynalny błąd, który niczym niewykuta za młodu tabliczka mnożenia ciągnie się za człowiekiem całe życie – nagrał doskonałą pierwszą płytę. „Deadringer”, bo o niej właśnie mowa, złożyła się wspólnie z „The Cold Vein” Cannibal Ox, „Labor Days” Aesop Rocka i „Fantastic Damage” EL-P na okres złotych lat działalności wytwórni Def Jux. Zaraz po premierze RJD2 okrzyknięty został następcą DJ-a Shadowa i w rezultacie od 8 lat wszystkie jego płyty postrzegane są przez pryzmat świetnego debiutu. Niestety, jak dotąd żadna nie wyszła zwycięsko z takiego porównania. Najnowsza również wpisuje się w tą tendencję.

O ile „Since We Last Spoke” z 2004 roku była płytą całkiem niezłą i doceniam starania RJD2, który chciał wyrwać się z getta zwanego instrumentalnym hip-hopem eksperymentując z najróżniejszymi gatunkami, to wydana trzy lata później „The Third Hand”, na której wyśpiewywał jakieś pop rockowe piosenki, była dla mnie nie do przejścia. Przesiadka na żywe instrumentarium bardzo boleśnie zweryfikowała kompozytorskie umiejętności Amerykanina, jednak mimo wszystko znów należy się plus za odwagę oraz fakt, że RJD2 po raz kolejny nie chciał stać w miejscu i powielać wysłużone patenty. Właśnie ze względu na tą uporczywą niechęć do stagnacji byłem bardzo ciekawy, w jakim kierunku pójdzie na swojej najnowszej płycie, szczególnie że wydaje ją już nakładem swojej własnej wytwórni RJ’s Electrical Connections.

„The Colossus” umieściłbym chyba gdzieś w połowie drogi pomiędzy dwoma poprzednimi albumami. Otwierający płytę „Let There Be Horns” zwiastuje, że RJD2 powrócił do tego co wychodzi mu najlepiej, czyli po prostu do klejenia tłustych bitów, jednak już „Games You Can Win” z gościnnym udziałem Kenny przypomina nam, że nadal lubi pensjonarskie pioseneczki. Na szczęście sam nie śpiewa już tak często, a jeżeli już, to z dużo lepszym skutkiem („The Glow”). Największym problemem „The Colossus” zdaje się być jednak fakt, że poza paroma naprawdę dobrymi momentami przelewa się przez głośniki jak woda przez palce nie wywołując zbyt wielu emocji. Po pierwszym przesłuchaniu w pamięci zapadł mi praktycznie tylko „The Shining Path” ze śpiewającym Phonte Colemanem z Little Brother i „The Stranger” brzmiący jak klasyczny RJD2. O większości utworów zapominałem jeszcze zanim się skończyły, istnieje więc spora szansa, że niebawem zapomnę, że mam tą płytę.

Bookmark and Share