
Aligatory to wredne predatory. Przekonał się o tym jeden z naszych polskich braci na obczyźnie, przekonał się o tym i Czarek Nowak, znany bardziej jako CeZik.
Cezik udziela się w bandzie Hadrony, przeszedł drogę promocji w TVN-owskiej ramówce, gdzie zyskał sympatię śpiewaniem a capella kapsw an. Relacja anonimowego dokarmiacza dzikich aligatorów z Illinois zainspirowała CeZika i jego kompana MerCa do nagrania rekonstrukcji tych drastycznych wydarzeń. Znakomicie odwzorowany ciąg wydarzeń – jest szwagier, jest gary muw aut, jest ajm gona giwem a ciken, no i jest aligator we własnej osobie. Efekt porażający. Pozytywnie.
Kolejność odtworzenia: najpierw relacja wujka z Illionois, potem dopiero:
Posłuchaj: MerC ‘N CeZik – Forfiter Blues
Aligatory to wredne predatory. Przekonał się o tym jeden z naszych
polskich braci na obczyźnie, przekonał się o tym i Czarek Nowak,
znany bardziej jako CeZik.
Cezik to udzielający się w bandzie Hardony, wypromowany w TVN-owskiej ramówce śpiewaniem a capell kapsw an zyskał masową sympatię widzów
Relacja anonimowego dokarmiacza dzikich aligatorów z Illinois
zainspirowała CeZika i jego kompana MerCa do nagrania rekonstrukcji
tych drastycznych wydarzeń. Znakomicie odwzorowany ciąg wydarzeń -
jest szwagier, jest gary muw aut, jest aj gona giwem a ciken no i
jest aligator. Efekt porażający. Pozytywnie.
Kolejność odtworznenia: najpierw relacja wujka z Illionois, potem CeZik i MerC.
Jak słaba była ostatnio szeroko pojęta scena brytyjska – wiemy wszyscy. Stare gwiazdy z lat 90. i przełomu 90/00 zawodziły w minionej dekadzie. Młodzi natomiast, okazywali się jedynie marnymi epigonami, sztucznie wykreowanymi na godnych następców starej gwardii. Aczkolwiek poprzedni rok przyniósł kilka witalnych debiutów, które z nadzieją pozwalają patrzeć w przyszłość. Nawet cienko przędący w latach muzycznego kryzysu Londyn doczekał się godnego reprezentanta w postaci The XX. Już niedługo do grona chlub stolicy ma szansę dołączyć zespół Veronica Falls. Jak na razie nie zdołali wydać dużej płyty. „Beachy Head” to ich trzeci singiel. Odsłuch tej pozycji tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że nawiązania do muzyki lat 80. już niedługo będą passé. Teraz czas na lata 60. Można to doskonale zauważyć po tym, co jest teraz modne – Ariel Pink’s Haunted Graffiti i chillwave, który śmiało można nazwać psychodelią XXI wieku. Veronica Falls także czerpie pełnymi garściami z tamtej epoki. Surowe gitary przypominające The Kinks i wokale układane w sposób, w jaki robiła to Maureen Tucker, gdy przejmowała mikrofon w Velvet Underground. A wszystko to wyprodukowane za pomocą analogów, aby nadać odpowiedni klimat, jaki miały płyty z lat 60. Takie jakby pre lo-fi. Jedyne co muszą poprawić to songwriting, bo pomimo niezłego pomysłu na piosenkę, ten singiel nie porywa, nie rzuca na kolana. Jeśli to zrobią, to na pewno pojawi się dla nich kontrakt i zrobią sobie sesję w „Q” albo „NME”.
Posłuchaj: Veronica Falls – Beachy Head
NU DISCO krzepi…
Mario Basanov z nudnej i monotonnej produkcji Kaine, którą na płaszczyźnie disco można było zakwalifikować jako smooth, stworzył dzieło zaliczane już do NU! A to się chwali bardzo i jak buja…
Odkąd jestem fanem Tensnake’a cierpię na niedosyt jego produkcji, a Basanov w jakimś stopniu załagodził mój ból. Na pozór porównywanie mało znanego Litwina do Berlińskiego mistrza może okazać się karkołomne, jednak po entym przesłuchaniu nabiera sensu.
Rozczula już już pierwszy klawisz, który z pętlą wokalu i gitarką powoli wprowadza nas w klimat. Na 1:08 wchodzi basik i tak z przeplatanką strukturalną podkręca nas aż do 2:14, gdzie nastaje źródło radości. Wszystkie subtelne elementy rozbrzmiewają harmonijnie wraz z cudownie dobranym wokalem i tak aż do 2:48, kiedy następuje dopieszczenie w postaci wysokiej linii synthu w stylu G-Funk. Po tej prezentacji następuje karuzela dźwięków i elementów, klawisze co chwile „schodzą”, perka szaleje i parkiet, gdyby był, też by to robił. Yo lala! Dance, dance ,dance ‘till you‘re dead
Posłuchaj: Kaine feat. Kathy Diamond – Love Saves The Day (Mario Basanov Remix)
Przyznam szczerze, że zdążyłem już trochę zapomnieć o Jensie Lekmanie. To już trzy lata minęły od wspaniałego „Night Falls Over Koterdala”? Obiecałem sobie, że będę często do niego wracał, niestety potem już rzadko mieliśmy okazję się spotkać. Może to i dobrze?
„The End Of The World Is Bigger Than Love” uruchomiło we mnę strasznie silną chęć odświeżenia przygody z czarującym Szwedem. Wyobraźcie sobie, jak ten album brzmi teraz. Ale nie o ponownym poznawaniu Lekmana miało być. Wspomniany, wypuszczony przez niego ostatnio utwór brzmi właściwie tak, jakby pochodził właśnie ze wspomnianego wydawnictwa. Chwytający za serce motyw przewodni, z udzialem pianina i smyczków, melodyjne zapożyczenia jakby z „Can’t Help Falling In Love With You”, aż w końcu miły, romantycznie naiwny tekst. „Broken heart is not the end of the world / cause the end of the world is bigger than love”. Śliczne, prawda? Liczę więc na więcej takich wersów, takich melodii, takiej sielankowo-romantycznej atmosfery. Jens, wiem, że potrafisz.

Piętnaście lat na scenie, pięć świetnych płyt, szósta w drodze, wytyczenie elektropopowego standardu i wielki szacunek krytyków. Robyn – ktoś więcej niż jakaś tam piosenkarka.
Nie śmiałbym nawet przypuszczać, że jej kariera choć przez chwilę była w czyjś rękach, bo na pewno prócz samego talentu, nie można odmówić jej celowości w działaniu, gustu muzycznego (współpraca z najlepszymi światowymi producentami – Åhlund, Diplo, Röyksopp, Lindström, Alexander Kronlund , Kleerup) i konkretnie realizowanego pomysłu na siebie, ponieważ Robin ma swoją muzyczną godność.
„Hang With Me” to utwór promujący drugą część płyty Body Talk, klimatyczne przeciwieństwo promującego część pierwszą, agresywnego „Dancing on my own”. Lekki utwór, z dominującą krótką klawiszową pętlą, twardy hi-hat i oczywiście mistrzowskie partie wokalne. Smakowicie, jak zawsze!
Posłuchaj: Robyn – Hang With Me

Każde wakacje mają swój hit – to truizm. Jednakże termin „hit wakacyjny” nie ma stricte encyklopedycznej regułki. Wielu „znawców muzyki” próbowało ustalić, jak taki szlagier powstaje oraz jaki jest jego przepis. Niestety bądź stety badania tego zjawiska zawsze kończyły się fiaskiem.
„Start” zapewne nie przebije się do mainstream’owej świadomości, aczkolwiek śmiało może stawać w szranki o miano wakacyjnego underground’owego hitu electro. I trudno do końca powiedzieć dlaczego, bo to przecież „hit wakacyjny”… Można natomiast opisać ten kawałek używając konwencjonalnych metod. Świetny, taneczny bit – sprawiający, że nóżka chodzi, sample będące reminiscencją disco z przełomu lat 70/80 (czyli wszędobylskie 80’s! ale w dobrze wyważonych proporcjach, ten revival nie musi się wcale kończyć) no i bujający wszystkie części ciała trance’owy flow… Co więcej pozostaje? Nic, tylko wyjście na parkiet!
Na koniec naszła mnie konstatacja, że może choć trochę udało mi się przybliżyć do sformułowania definicji „hit wakacyjny”. Bo to nic trudnego, wystarczy by dany kawałek był po prostu dobry i przebojowy.
Marcin Bubiński
No i lekkość, co nie Marcinie?! Bo ciężkie utwory w wakacje ciężko jest kochać. A ta muzyczna furia w wykonaniu Long Beach City Kids to przede wszystkim taki lajcik. Bawiąc się we francuski macanki przede wszystkim trzeba wiedzieć, co rżnąć, a najlepiej ciąć – wtedy to wychodzi najlepiej. Inaczej rzeźnia. Bo wbrew pozorom ma to sporo wspólnego z chirurgią albo masarnią. Teoretycznie, oczywiście! Trzeba robić krótkie, bardzo precyzyjne, bez zbędnych szkód, cięcia. Szyć minimalizując blizny.
LBCK tak to właśnie robią, ich sampling to przede wszystkim zgrabny 80sowy pop, tną pętle, bębny, z refrenów robią ornamenty a wszystko kładą na własnej bazie. Mają swój standard, a „Start” zbytnio nie odbiega od niego. Ich album był by tragiczny.
Ale chyba zdają sobie sprawę, że ich fach to estetyczna lekkość w pojedynkę.
Patryk Kanarek
Posłuchaj: LBCK – Start
Zacznę od tego, że nie jest to „Agoraphobia” #2. To jednocześnie dobrze i źle. Dobrze, bo znaczy, że grupa nie stoi w miejscu. Źle, bo ruch ten polega raczej na jeszcze większej dominacji Bradforda Coxa nad resztą zespołu. „Revival” zdecydowanie bliżej do „Logos” niż do „Microcastle”. I oczywiście nie chcę powiedzieć, że ostatni twór celebryty niezalu był jakiś słaby. Przeciwnie! Ale wiecie… Mamy dwa, w założeniu niezależne od siebie projekty (Deerhunter i Atlas Sound) i jednak szkoda by było, gdyby wkrótce różniła je zaledwie nazwa. Można więc podchodzić do tego na dwa sposoby:
1. Deerhunter czyni (zbyt) zdecydowany krok w stronę (nie tak odległej, ale jednak) stylistyki Atlas Sound.
2. Atlas Sound na „Logos” brzmi bardziej jak Deerhunter niż na swoich poprzednich wydawnictwach.
Biorąc pod uwagę chronologię, punktuje tutaj macierzysta formacja Brada. A sam kawałek wyśmienity, nie ma wątpliwości. Dwie minuty z sekundami, o, proszę jakie idealne do repeatowania! Może wyrażenie, że „kopie” nie bardzo tu pasuje, ale na pewno intryguje i robi różne dobre rzeczy. Czyli co, wychodzi na to, że wszystko okej? Deerhunter nagrał fajnego singla i zapowiada się kolejny dobry album? A idźcie! Już myślałem, że Cox w końcu się potknął, czy coś…
Posłuchaj: Deerhunter – Revival

Panda Bear wypuścił utwory zapowiadające nowy krążek! Zjednany z bogiem odrodzenia wszystkiego co najlepsze w słonecznym popie, Panda miał zachwycić, miałem o nim napisać, podgrzać atmosferę. Nie zdążyło dobrze zapalić, zgasło, egzamin oblany, do następnego razu. Panda rozczarował, zatem trzeba było się spiąć i poszukać nowej maskotki.
Padło na Fiveng, czyli Nicholasa Ng (serio?). Facet kręci młynki w falach San Francisco, że aż miło się rozpłaszczyć i wgapić w pluski. Tyle, że mnie termin chillwave w jego przypadku nie satysfakcjonuje (niedługo Rychu Peja nagra skit o czilu i będzie się mówiło o polskim chilwave). Fiveng bliżej do szwedzkiej odsłony balearic przekraczającej mętne czeluści Morza Śródziemnego, w celu podbicia ludów Italo-disco. „Give me a taste” dopasowuje się do tej historycznej relacji, gdzie na tle wysokich klawiszy , padają tam i ówdzie urywane, spontaniczne urywane ochy kojarzone z Noahem Lennoxem. Żeby nie było za mało, gitara stara się wyciągnąć ze struny najwięcej wspomnienia z ubiegłorocznych wakacji (zakurzone skojarzenia z duńskim Manualem – swoją drogą właśnie wydali płytę i strzelam w ciemno, że warto).
Jeszcze króciutko o „Jonah”. Wytłuszczoną czcionką przydałoby się napisać balearic, dopisać, że sekcja rytmiczna nadaje ton znany z „From Africa to Malaga” zespołu jj, zamiast ochów słychać uuu w wersji klasycznej Bono z „With or wothout you”. Oraz nadmienić o tych wszystkich egzotycznych przezkadzajkach, odgłosach morza i gdzieniegdzie zawoalowanych trąbeczkach.
Zwyczajem jest, że piszemy o płytach/utworach, które zostały wydane. Singiel Fiveng jest wyjątkiem. Co prawda w eterze sieciowym został zauważony dawno choćby przez Pitchfork, ale dopiero 23 sierpnia nastąpi oficjalne wydanie singla „Give me a taste” wraz z „Jonah”. Mimo to, utwory już do odsłuchu, na stronie nowego labelu beachtapes. Według mnie warto śledzić (oraz zwrócić uwagę na utwory nie zamieszczone na singlu – plemienno-plażowy „Skin” i rozdmuchany majstersztyk „Summer Nights”), przynajmniej w czasie wakacji.
Posłuchaj: Fiveng – Give me a taste / Jonah

Czy Marc Ronson jest kimś więcej niż ulubieńcem salonów i projektantów mody? O tak! Po wysłuchaniu tego singla śmiało można stwierdzić, iż taneczny pop ma swego nowego króla Midasa. Ronson bez ograniczeń porusza się po muzycznym oceanie, był producentem tak różnych artystów jak Amy Winehouse, Robby Williams i Kaiser Chiefs, a mimo to zawsze ma przepis na przebojowy motyw, który będą nucić masy na całym świecie. Z tym chyba trzeba się urodzić… Nie inaczej jest w przypadku „Bang, Bang, Bang”. Ten kawałek ma wszystkie atuty, aby stać się parkietowym szlagierem. Jest mocny, taneczny hip hopowy bit, urabiający ten utwór i kontrastujący z nim smooth house’owy flow, nadający lekkość melodii. To wszystko doprawiono wszędobylskim ostatnio syntezatorowym klawiszem, jednak jest to drobny ukłon w stronę 80’s, dodający wyłącznie smaczku. Jeśli w niedługim czasie, robicie domówkę i chcecie się popisać przed kolegami noszącymi buty nike za kostkę, jest to kawałek dla Was. Na pewno zyskacie +10 do lansu.
Marcin Bubiński
Mark Ronson na „Here Comes the Fuzz” był białym czarnuchem, teraz stara się być czarnym białasem – mówiąc pokrótce. Ronson to marka sama w sobie. Przy pierwszym albumie sprytnie starał się łączyć typowo hip hopowe brzmienie z samplami rodem z klasyków eurodance. To specyficznie podejście białasa z Wysp w połączeniu z jego wyczuciem co do łączenia dźwięków jak choćby w przypadku „Rehab” Amy Winehouse świadczyło i świadczy o jego klasie.
„Bang Bang Bang” to kontradyktoryjność w funkcjonowaniu Ronsona. Tym razem estetycznie wcielonym elementem są czarne bębny, a dopełnienie stanowi syntetyczny power pop. Na początku 2003 roku być może takie melanże były czymś odmiennym, ale nie dzisiaj. Jednak to nie stanowi żadnej przeszkody w wysokim ocenianiu produkcji Mark Ronsona, bo wdzięczność i lekkość talentu pozostała, a to mimo zglobalizowania się pewnych trendów. Dla większości to poziom nie do osiągnięcia. Bo Ronson to wszystko genialnie planuje… sorry – produkuje, łącząc Patetycznego Q-Tipa z piskliwą MNDR. Oni są jak ten kawałek, prosty rdzeń z intensywnym środkiem, czyli prosty Q-Tip na zwrotne i dynamiczna MNDR na refrenie… dla której to najlepszy utwór w karierze, a pomyśleć że na co dzień bawi się w idm i krautrock. Dobrze ją spasował, to też wielki talent.
Patryk Kanarek
Posłuchaj: Mark Ronson & The Business INTL feat. Q-Tip, MNDR – Bang Bang Bang
Sentyment
In Ghost Colours to dla mnie wiara, genialna synteza Indie, popu i house, być może w wersji nie do pobicia. Album za którym szalałem i szaleć będę, jednak od czasu tegoż drugiego albumu Cut Copy, minęły ponad dwa lata, niby mało, ale nie w muzyce…
Obawa
Nawet parę tygodniu temu przy okazji informacji o koncercie w Polsce, naszły mnie myśli co do formy, w jaką może zostać ubrany kolejny krążek. Wszystko idzie do przodu, to już sobie powiedzieliśmy i cieżko było mi wyobrazić sobie, że Australijczycy będą w stanie wykrzesać coś więcej z formy elektronicznego popu, jaki prezentowali dotychczas. Także doszedłem do wniosku, iż będzie to album podobno, trochę słabszy…. I chyba trochę na straty ich dałem, ogólnie wydaje mi się, że przerwy dłuższe niż roczne, działają albo genialne albo tragicznie na artystów.
Nadzieja
„Were I`m Going To” zdecydowanie więcej gitar, praktycznie do 53 sekundy nie ma żadnych śladów elektroniki. Śmiesznie, a mimo to nie doznajemy wrażenia przekwalifikowania, dalej są proste chwytliwe akordy, melodyjne zaciągane refreny i ta sama perkusyjna chwytliwość, plus echo. Przewrotnie, syntezowane elementy to jedynie pojedyncze ozdobniki. Klimat jak z Beach Boys… Zapewne album nie będzie całkowicie opierał się na nowej konwencji, ten singiel to taki pokaz, że jednak, nie będzie klapy, mają talent.
Posłuchaj: Cut Copy – Where I’m Going