right_side

Kategoria: wywiady

3 wrz 2010   Kategoria: wywiady

SoundQ: Nie nagrywamy jak Guns’N'Roses

Rodzima formacja SoundQ tworzy dźwięki spod znaku alternatywnego popu. Pod wodzą charyzmatycznego lidera, Kuby Kubicy, wydała EP-kę, która zwiastuje drugą po „Semaphores, dogs and traces” płytę. „Cargo Planes” jest dostępna na oficjalnej stronie internetowej zespołu.

Wywiad z liderem krakowskiej formacji SoundQ

Jak Twoje wrażenia po Audioriver?

Kuba: Mieszane. Fajnie, że tam zagraliśmy i się pokazaliśmy, ale to był koncert dla ludzi, którzy już wyjeżdżali – ostatni dzień całej imprezy. Bądźmy szczerzy – nie sądzę, żeby z promocyjnego punktu widzenia coś nam dał, choć ostatecznie myślę, że „in plus”.

Gdybyś miał wyjaśnić przeciętnemu słuchaczowi, co to jest SoundQ i jaką muzykę gra…

Kuba: Dla ludzi, którzy się pałają robieniem muzyki alternatywnej, to jest pop; dla tych, którzy z kolei słuchają muzyki popowej, to alternatywa – i tak przerzucamy piłeczkę. Moim zdaniem, jest to właśnie alternatywny pop i jeszcze elektronika jakiegoś rodzaju… plus etniczne sample, które nadają kolorytu całym kompozycjom i prowadzą mnie przez cały numer w trakcie tworzenia.

Pierwszą płytę macie już za sobą. Ciężko było?

Kuba: Tak się złożyło, że niewiele osób ją słyszało, to był typowy podziemny debiut (śmiech). Natomiast tym, którym się udało tego posłuchać, bardzo się podobało. Płytę wysłaliśmy chyba do wszystkich wytwórni w Polsce. Poza kilkoma rozmowami, które kończyły się słowami: „Super muzykę gracie, ale nie końca pokrywa się to z naszym obecnym planem wydawniczym. Informujcie nas w przyszłości” – nie było odzewu. Nie jesteśmy tym zrażeni, bo skoro ktoś to wysyła, to ktoś to musi wyrzucać do śmieci. Czytaj całość »

Bookmark and Share
5 sie 2010   Kategoria: special, wywiady

Ukoronowanie lat 00: Chillwave


 
Gdy rok temu byliśmy świadkami budzącej się nowej powtarzalności w globalnej muzyce, nikt z nas nie mógł nawet przypuszczać, że oto pojawia się nie tylko trend, ale także zjawisko, które niesie ze sobą więcej niż na pozór mogło by się zdawać…

O Chillawavie usłyszeliśmy w okolicach lipca ubiegłego roku za sprawą bloga hipster runoff. Temuż blogowi także zawdzięczamy tą wielce wymowną nazwę chillwave, choć często można spotkać się z nazwami hypnagogic pop lub glo-fi. Powstawanie nurtów w muzyce popularnej nie jest niczym nadzwyczajnym, jednak ten ostatni swą wyjątkowość zawdzięczą nagromadzeniu charakteryzujących go cech, z których każda stanowi proste przełożenie dziejów muzyki ostatniej dekady formalizm trendu, i którego zarazem w muzyce nie obserwowaliśmy od czasu powstawania sceny muzycznej z Seatlle – grunge’u.
Czytaj całość »

Bookmark and Share

Zespół tworzą dwaj muzycy pochodzący z Cambridge (tego leżącego obok Bostonu): grający na instrumentach klawiszowych i obsługujący samplery Max Lewis oraz grający na klawiszach i basie Mirza Ramic. Muzyka, którą tworzą obaj panowie, to niebanalna mieszanka trip-hopu, post-rocka oraz elektroniki, bujnie okraszona filmowo – mrocznymi dźwiękowymi kolażami. W swoim dorobku mają wydaną w 2006 r. debiutancką EP-kę „Bliss Was In That Dawn To Be Alice” oraz longplay „Black Paris 86″ z 2007 roku.

Latem 2009 r. zespół przygotował długogrający krążek pt. „Matador” z udziałem takich muzyków jak Philip Jamieson z grupy Caspian, Mona Elliott z zespołu Travels, czy Adam Arrigo z The Main Drag. Utwory z tego albumu będziemy mogli już niebawem usłyszeć w Polsce, podczas europejskiej trasy koncertowej zespołu. Grupa zagra w Warszawie (6 maja), Wrocławiu (9 maja) oraz Krakowie (10 maja). Mnie zaś udało się zwywiadować jednego z muzyków tworzących Arms and Sleepers – Mirzę Ramica, który wielokrotnie powtarzał mi, iż bardzo jest podekscytowany faktem ponownych odwiedzin naszego kraju! Polscy fani Arms and Sleepers na pewno też!

Kto i w jaki sposób wpadł na pomysł z taką nazwą zespołu? Dlaczego nazwa Arms and Sleepers?

Mirza Ramic: Zanim założyliśmy z Maxem Arms and Sleepers, graliśmy w innym zespole. Mieliśmy zamiar wydać podwójny album, gdzie jedna strona miała nazywać się „Arms”,a druga „Sleepers”. Minął rok, a my nadal tkwiliśmy w martwym punkcie, nie wydając żadnego materiału. Kiedy zespół się rozpadł, połączylismy te dwa słowa: arms i sleepers i tak powstała nazwa zespołu. Jeśli chodzi o samo znaczenie, to obaj z Maxem interpretujemy nazwę naszego zespołu w różny sposób. Ale dla mnie ma ona głównie związek z tym, jak działa świat, w którym żyjemy. Niektórzy ludzie mają „ramiona” (gra słów, „arms” oznacza w jęz. angielskim zarówno „ramiona” jak i „broń”), których używają jako broni do wymuszania przyjęcia swoich przekonań przez innych, co skutkuje morderstwami, głodem, etc. „Sleepers”, a więc „Ci śpiący” to wielu z nas, którzy albo pozostają ślepi na te problemy, albo je ignorują, ponieważ żyją w dobrobycie i nie stykają się z nimi. Czytaj całość »

Bookmark and Share
1 maj 2010   Kategoria: wywiady

Kamp!: Walka nie jest skończona

Gdy się pojawili, słuchacze w kraju nad Wisłą byli solidnie głodni popu o elektronicznym zacięciu, więc już na starcie zespól dostał zapas kultu od hipsterów. Mogli to wszystko szybko stłamsić, jednak tak się nie stało, starannie realizowany pomysł na siebie poskutkował tym, że dziś są jednym z najlepszych i najlepiej prognozujących polskich zespołów. Kamp! to trzy osoby: Radek, Michał i Tomek, które mają zajebistą świadomość swojej pozycji i tego, na jakim etapie się znajdują oraz jak wiele jeszcze mają do zrobienia. Podejmując kolejne wątki wywiadu miałem wrażenie, że oni sami już wiele razy zdążyli to przeanalizować.

Zacznę od pytania chyba najważniejszego, pracujecie nad płyta?

Tomek: Pracujemy nad pierwszą płytą. Na razie nie jesteśmy nawet w połowie drogi, ale czekamy na swój dobry moment, kiedy przyjdzie lato, kiedy będziemy mieli mniej koncertów i więcej czasu, żeby przysiąść nad materiałem. Chłopaki macie coś do powiedzenia?

Radek: Bardzo długo koncepcyjnie walczyliśmy jak podejść do płyty, jak w ogóle ją ugryźć.

Michał: Walka nie jest skończona.

Radek: Właśnie, walka nie jest skończona, ale jesteśmy na dobrej drodze. Byłeś na próbie to pewnie słyszałeś – graliśmy właściwie tylko nowe kawałki, chcemy sprawdzić jak działają na ludzi. Jest to trochę stresujące ale sprawia też dużą radochę. Czytaj całość »

Bookmark and Share
18 mar 2010   Kategoria: wywiady

Phonique: Żyję muzyką!

Phonique, czyli Michael Vater – znany i ceniony DJ oraz producent pochodzący z Berlina. Na swoim koncie ma współpracę z takimi mistrzami elektronicznych dźwięków jak Dub Taylor, Erlend Øye (Kings Of Convenience), Steve Bug, Martin Landsky, czy legendarny kolektyw Jazzanova. Jego styl to oryginalna mieszanka Deep House, Tech House, Minimal House oraz Downbeat. Gra w największych klubach całego świata: w San Paulo, Helsinkach, Paryżu, Londynie, Marsylii, Wiedniu, Brukseli, san Francisco, Pradze, Tel Awiwie i wielu wielu innych. Phonique niebawem odwiedzi także nasz kraj. 9 kwietnia pojawi się w Sopocie, dzień później zagra w Łodzi.

Co zainspirowało Ciebie do tworzenia muzyki?

Phonique: Zawsze kochałem muzykę, dlatego zostałem Dj’em. Zawsze miałem głowę pełną dźwiękowych pomysłów, które chciałem wyrazić za pomocą muzyki.

Czy granie jest Twoją jedyną działalnością zawodową?

Phonique: Tak, żyję z grania. Jest wiele rzeczy, które mógłbym z powodzeniem robić, ale jak długo mogę tworzyć muzykę, i sprawiać radość ludziom moim graniem, chcę to właśnie robić! Najlepiej jak potrafię.

Jak opisałbyś berlińską secnę muzyczną? Czy uważasz, że Berlin wytworzył swoj specyficzny styl, rytm, różniący się od tego, co oferuje reszta kraju?

Phonique: Berlin bardzo różni sie dźwiękowo od reszty świata. Berlin jest wyjątkowy pod tym względem. Mamy tutaj wielu świetnych artystów i wiele świetnych klubów oraz masę rewelacyjnych imprez. I nie chodzi o pieniądze! W Berlinie możesz udać się do klubu za naprawdę małe pieniądze, w przeciwieństwie do Ibizy na przykład. Dlatego berlińska scena klubowa jest tak żywa. Czytaj całość »

Bookmark and Share
27 lut 2010   Kategoria: wywiady

The Cuts: Inspiruje nas życie

Electro – rockowy zespół powstały w 2006 r. w Pile. Nazywany polskim The Cure tudzież Depeche Mode. W 2008 r. podpisali kontrakt płytowy z wytwórnią SP Records. Owa współpraca zaowocowała wydaniem pionierskiego albumu „Syreny nad miastem”, który spotkał się z dużym zainteresowaniem zarówno ze strony mediów jak i odbiorców muzyki. Mają za sobą sporo koncertów, zarówno klubowych jak i dla wielotysięcznej publiczności. Obecnie zespół ponownie ruszył w trasę koncertową. I jak zapowiadają muzycy, zbliżające się koncerty mogą być zaskoczeniem nawet dla tych, którzy doskonale znają twórczość The Cuts!

Jak rozpoczynaliście swoją przygodę z muzyką?

Przemek Zdunek: To było bardzo dawno temu. Ciekawe dźwięki docierały do nas, kiedy jeszcze byliśmy w łonach naszych mam. Potem było już z górki.

Jak powstał zespół i skąd nazwa The Cuts?

The Cuts powstał po tym, jak z Panem TT zakończyliśmy pracę we wcześniejszym projekcie. Zanim jednak uformował się jego obecny kształt minęło trochę czasu i przez zespół przewinęło się paru muzyków. W obecnym składzie gramy właściwie od listopada 2009. Nie można jednak mówić, że ta data to początek zespołu. Znamienne dla The Cuts było z pewnością dołączenie do nas Toma Horna, co stało się jakieś dwa i pół roku temu. Nazwa zespołu wzięła się z pewnej rozmowy ze znajomym Anglikiem, a właściwie pomyłki. Powiedziałem mu, że mój ówczesny zespół nazywał się Koty, a on zamiast „cats” zrozumiał „cuts”. Obaj doszliśmy wtedy do wniosku, że „cuts” byłoby lepsze. Kilka lat później potrzebowałem nazwy dla zespołu i przypomniało mi się „cuts”. Po jakimś czasie dołożyliśmy do nazwy „the”, bo w rozmowach przez telefon ludzie myśleli, ze mówimy o jakimś punkowym zespole o nazwie „kac”. Czytaj całość »

Bookmark and Share
23 lut 2010   Kategoria: wywiady

Sorry Boys: Chcemy brnąć dalej!

Sorry Boys to warszawska formacja powstała w 2006 r. Pomimo zaledwie trzyletniej działalności zespół może pochwalić się sporymi osiągnięciami. Zwyciężali na wielu festiwalach i przeglądach. Na swoim koncie mają statuetkę „Best New Band Poland” i słowa uznania od samego Glen Matlocka (gitarzysta basowy Sex Pistols). Zauważył ich także Piotr Kaczkowski zamieszczając zespół na bardzo selektywnej składance Minimax. Obecnie grupa pracuje nad swoim debiutanckim albumem, którego premiera planowana jest na luty 2010 r. Tak przynajmniej w rozmowie z Elephant Shoe zapewniali wokalistka Iza Komoszyńska i gitarzysta Tomasz Dąbrowski.

Jak doszło do powstania Waszego zespołu i jak udało wam się znaleźć wokalistkę o tak niebanalnej, pięknej barwie głosu i zarazem pięknym obliczu?

Tomek Dąbrowski: Do kompletnego powstania zespołu doszło w Warszawskiej już nieistniejącej Fabryce Róży Luksemburg, gdzie z pierwszym składem mieliśmy próby przez dłuższy czas. Pomysł o założeniu zespołu narodził się kilka miesięcy wcześniej na uczelni, gdzie z Piotrkiem Blakiem razem studiowaliśmy. Zanim stworzyliśmy cały skład wspólnie graliśmy a to przy grillu na działce, a to w Milanówku u Piotrka. I tak po nitce do kłębka przybyła do nas pierwsza wokalistka, czyli Iza. I mam nadzieję, że nie będzie innej „Izy” w tym zespole.

Dlaczego nazwa „Sorry Boys”?

Iza Komoszyńska: Dla nas ta nazwa jest nieprzetłumaczalna. Była wynikiem chwilowego natchnienia, z którym wszyscy się utożsamiliśmy. Chodzi nam o to, żeby nasza muzyka redefiniowała ten zlepek popularnych słów. To tak jak z nazywaniem ulic nazwiskami wielkich tego świata. Po pewnym czasie zapominasz, nie myślisz o tym, kim był np. Waszyngton. Jest po prostu Rondo Waszyngtona, które dla Ciebie oznacza miejsce, przez które codziennie przejeżdżasz i z pewnością nie wspominasz wtedy Jerzego Waszyngtona. Czytaj całość »

Bookmark and Share
20 paź 2009   Kategoria: wywiady

Crippled Black Phoenix: Ballady końca świata

Crippled Black PhoenixElectric Wizard. Pantheist. Mogwai. W tle przewija się jeszcze nazwa Portishead. Taka mieszanka złożyła się na powstanie Crippled Black Phoenix. Przy okazji wydania debiutanckiej płyty „A Love of Shared Disasters” postanowiliśmy przepytać szefa nowej formacji, Justina Greavesa.

Jak się czujesz, mając świadomość, że po 3 latach przygotowań, nowy album jest wreszcie dostępny?

Cieszę się, ze wszystko dotarło do tego punktu, jeszcze rok temu nie spodziewałbym się czegokolwiek, co dzieje się teraz. Nie planowałem wydania mojej muzyki, gdy zacząłem nagrywać piosenki. Robiłem to, ponieważ miałem kilka pomysłów i potrzebowałem się skupić na czymś, mając za sobą rok nieprzyjemnych spraw dziejących się w moim życiu. To była bardziej terapia, ale im więcej pracowałem, tym bardziej narastał pomysł nagrania i stworzenia zespołu. Przez pewien czas w zespole byłem tylko ja i Dominic. Nagraliśmy jakieś szkicowe demówki, a całość ewoluowała. Trzy piosenki z dema trafiły na album – te najbardziej przygnębiające. Tak więc teraz, całość urosła do rozmiarów czegoś, czego bym się nigdy nie spodziewał i świetnie się z tym czuję, a czuję się pewniej w kwestii prezentowania mojej muzyki na zewnątrz. To kompletnie różna sytuacja od tej, gdy grałem w innych zespołach. Myślę, że potrzebowałem przerwy, nie podobała mi się droga, którą obrała cała scena ciężkiej muzyki, a poza tym nie widziałem żadnego światełka w tunelu, żadnej alternatywy, więc to, co robię teraz dało mi szansę popatrzeć na muzykę i własne życie z perspektywy. Nagranie albumu odbyło się w lipcu tamtego roku i trochę czasu minęło, zanim materiał mógł się ukazać, więc czekam na premierę, bo przecież duża część czeka, by znaleźć się na drugiej części trylogii… Po prostu, lubię być ciągle zajęty. Czytaj całość »

Bookmark and Share

LaibachW chwili, w której czytacie ten tekst, na półkach sklepowych krajów cywilizowanych powinien już pokrywać się pierwszym kurzem ostatni dysk Słoweńców z Laibacha pt. „LaibachKunstDerFuge” z własnymi interpretacjami „Sztuki fug” Johanna Sebastiana Bacha. To chyba dobry moment, by odświeżyć i przypomnieć Wam wywiad, jaki przeprowadziliśmy z mózgiem całego projektu, Ivanem przy okazji ich ostatniej wizyty w Trójmieście.

Przez lata wypracowaliście image grupy, która chętnie używa symboliki wywodzącej się w prostej linii z systemów totalitarnych. Niektóre z nich – wasze uniformy, specyficzne gesty, większość utworów bazująca na „marszowym” rytmie – zdają się nawiązywać do tradycji niemieckiej Trzeciej Rzeszy. Szczególnie na pierwszy rzut oka, bez wnikliwej analizy waszego przekazu. Prawdopodobnie to, czyni waszą muzykę atrakcyjną dla ludzi związanych z ruchami neo-nazistowskimi…

Nasza publiczność jest bardzo różnorodna. Pochodzi z całej społecznej, politycznej i kulturowej gamy i postrzegamy to jako ogromną jakość. Nie wybieramy swojej publiczności i nie chcemy jej wybierać. Bierzemy wszystkich, bez wyjątków. Laibach łączy wojowników i przeciwników w krzyku statecznego totalitaryzmu. Czytaj całość »

Bookmark and Share