right_side

Kategoria: albumy

8 wrz 2010   Kategoria: albumy

Rakaa – Crown Of Thorns

:: Wydawca: Decon
:: Ocena: 5,0

:: myspace

Rakaa Iriscience to postać, której miłośnikom konkretnego rapu przedstawiać raczej nie trzeba. MC stanowiący 1/3 Dilated Peoples, jednej z niewielu kapel, która mimo że nigdy nie osiągnęła komercyjnego sukcesu w Stanach (może poza singlem z Kanye Westem) i zawsze jedną nogą pozostawała w undergroundzie, zdołała zdobyć sobie ogromną grupę fanów na całym świecie, wydał w końcu swój pierwszy solowy album. Zapowiadano go od dawna, co jak to zwykle bywa jedynie spotęgowało i tak spore oczekiwania związane z tym wydawnictwem. W końcu jednak wszyscy będą mogli sami odpowiedzieć sobie na momentalnie nasuwające się pytanie: czy „Crown Of Thorns” jest równie udanym albumem jak wydana trzy lata wcześniej solówka kumpla Raki z zespołu, Evidence’a? Osobiście uważam, że niestety nie. W tym miejscu chciałbym móc napisać coś w stylu „ale i tak jest dobrze” i w sumie na upartego mógłbym, jednak sumienie mi na to nie pozwala. Zawiodłem się na tej płycie.

Dopiero po przesłuchaniu „Crown Of Thorns” zdałem sobie w pełni sprawę z tego jak doskonale Rakaa uzupełnia się z drugim rymującym ogniwem Dilated. Dosadny, wyraźny flow Evidence’a stanowi idealny kontrapunkt dla trochę bardziej wycofanego, spokojnego stylu swojego kompana, który częściej stawia na przekaz aniżeli na punktowanie punchline’ami. Obydwaj są naprawdę solidnymi MC’s, jednak tylko temu pierwszemu wystarczyło charyzmy i mocy w głosie by utrzymać odpowiednio wysokie napięcie przez cały album. Rakaa ma na pewno wiele interesujących i mądrych rzeczy do powiedzenia (choć jego fascynacja Astroteologią, do której odnosi się tytułowa korona cierniowa sprawiła, że czekam tylko aż zapuka do mych drzwi z plikiem ulotek). Zdarzają mu się też mocniejsze, bardziej agresywne zwrotki, jednak w pojedynkę nie zdołał skupić mojej uwagi nawet przez 13 kawałków. Zastrzyk z adrenaliny dla momentami przymulającego gospodarza stanowią zaproszeni goście, którzy udzielają się w większości numerów. Świetną formę zaprezentował KRS-One, jednak już jego podopieczny, rzadko obecnie słyszany Mad Lion wypada co najmniej irytująco. Poza nimi są też: Chali 2na (niestety tylko w refrenie), błyskawicznie zdobywający uznanie młodziutki Fashawn, dobrzy znajomi Raki, Krondon, Defari i rzecz jasna Evidence, a także dwoje wokalistów: Aloe Blacc i Noelle Scaggs. Wszyscy oni zdecydowanie urozmaicają ten materiał. Do tego w „Ambassador Slang” pojawia się kilkunastu bliżej mi nieznanych zawodników z różnych stron świata, którzy wspólnie z autorem płyty rozrywają w pył bit DJ-a Hondy.

Poza wspomnianym wyżej Japończykiem na „Crown Of Thorns” zebrała się spora grupa ciekawych producentów, jednak niestety w większości albo nie pokazali niczego co zapadło by na dłużej w pamięć, albo też Rakaa chciał koniecznie spróbować swoich sił na nieco innych podkładach niż zwykle ma okazję, a które kompletnie nie pasują do jego stylu. Utwór tytułowy, ciężki syntezatorowy walec od panów z Sid Roams bardziej nadawałby się dla jakiegoś oświeconego ulicznika z Queensbridge aniżeli dla kogoś takiego jak Rakaa. Równie niefortunne wybory to dla mnie zmasowany atak talerzy w „Assault And Battery” za który odpowiedzialny jest Oh No i produkcja El-P, którego charakterystyczne inwazyjne brzmienie średnio pasuje mi do Kalifornijczyka. Dobre bity dostarczyli Exile („Human Nature (Now Breathe)”), DJ Babu („Eyes Wide”), DJ Rhettmatic do spółki z perkusistą Cypress Hill Erikiem Bobo („Rosetta Stone Groove (Universal Language)”) oraz Alchemist („Aces High” niczym specjalnie nie zaskakuje, jednak już zamykający płytę chillujący „Upstairs” płynie wspólnie z Raką wprost idealnie).

Niewątpliwie można było się spodziewać po tej płycie więcej, jednak być może Rakaa jest człowiekiem stworzonym do pracy w zespole? „Crown Of Thorns” to jednak pomimo licznych wad porcja prawdziwego, płynącego prosto z serca rapu, którego wciąż mało w natłoku dziwek i złotych łańcuchów.

Bookmark and Share
6 wrz 2010   Kategoria: albumy

Chew Lips – Unicorn

:: Wydawca: Kitsuné
:: Ocena: 4,0

:: myspace

W „Gazecie Polskiej”, prawicowym tygodniku regularnie ukazuje się rubryka pt.: „Odcinki”. Ich autorem jest Jacek Kwieciński – dziarski, starszy pan o poglądach neokonserwatywnych, śledzący absurdy otaczającej nas rzeczywistości. W postaci kilku zdaniowych komentarzy, opatrzonych dozą cynizmu i czarnego humoru potrafi dopiec wszystkim, którzy sobie na to zasłużyli. Jako, że jestem fanem pana Kwiecińskiego i podoba mi się forma jaką przyjął w „Odcinkach”, postanowiłem w podobnym układzie napisać recenzję debiutu Chew Lips. A jest się nad czym poznęcać!

Lepiej wyglądają niż grają

To dość powszechny kazus dzisiejszej muzyki rozrywkowej. Wiele gwiazdek ma o wiele bogatsze garderoby niż dokonania stricte muzyczne. Podobnie jest w przypadku Chew Lips.  Bez wątpienia Tigs jest atrakcyjną kobietą, ale urodą dobrej płyty się nie nagra.

Jaka okładka, taka płyta

No spójrzcie na to!  Nie przypuszczałem, że słaba okładka równa się słaba płyta.

Ile zarobił stylista

Chew Lips, jako wzorowo opakowany produkt muzyczny z Wielkiej Brytanii na pewno ma dobrych stylistów i innych wszelkich doradców od wyglądu. Dowodem tego mogą być częste zmiany fryzury przez Tigs oraz dobrze skrojone marynarki i koszule zapięte na ostatni guzik u Will’a Sandersona i James’a Watkinsa. Cóż, niedługo do studia zamiast producenta będzie wchodził dyktator mody… Choć muszę przyznać, że na „Unicorn” producent odwalił dobrą robotę, bo udało mu się wykrzesać z tego miałkiego zespołu parę niezłych patentów i melodii.

Menażerka

Żółtodzioby z Londynu miały szczęście, iż natknęły się na agencję dbającą o  Radiohead. Wiadomo – Thom Yorke nie je z okiem kitu, tak więc jego interesy muszą być dobrze prowadzone. Szkoda tylko, że Chew Lips nie staną się gwiazdami alternatywnej elektroniki za sprawą świetnych piosenek, ale dzięki pijarowsko-menadżerskim demiurgom. Cóż… Jakie czasy, taka muzyka!

Warto porównywać

Florence & The Machine oraz La Roux – jedne z największych podjarek Anno Domini 2009. Czy ma to jakiś związek z Chew Lips? Nie, bo tamte panie miały chociaż pomysł na kilka przyzwoitych piosenek. W wypadku opisywanej płyty, jest tylko jedna ścieżka muzyczna warta zapamiętania.

Nadzieja umiera ostatnia

Nie wiem, być może słaby debiut nie oznacza, iż londyńczycy nie odcisną jeszcze piętna na alternatywnym popie. „Piano Song” świetna, oszczędnie zaaranżowana ballada, z mocnym ale jednocześnie słodkim i dziewczęcym głosem Tigs, przysłania ten kiepski album i ciągnie go w górę. Niezła osłoda na koniec, o reszcie płyty warto zapomnieć.

Bookmark and Share
2 wrz 2010   Kategoria: albumy

Sufjan Stevens – All Delighted People EP

:: Wydawca: Asthmatic Kitty
:: Ocena: 7,4

:: www / myspace

Sufjan Stevens i jego wielki projekt, pamiętacie? Wielki projekt, który okazał się być nie do końca możliwym do zrealizowania. Sufjan dobrze o tym wiedział. Ba, przecież sam koncept nagrania albumów o każdym stanie w USA był, jak potem przyznał, żartem. No ale z tego żartu narodziły się dwa najlepsze albumy amerykańskiego multiinstrumentalisty, tak więc rozczarowanie oczywiście było w pełni uzasadnione. Szczególnie, że Sufjan wpadł potem w jakiś rodzaj artystycznej depresji i zdecydowany był na stałe oddać się konceptualnym, instrumentalnym albumom,  porzucając swoje folkowe oblicze. Jasne, „The BQE” było świetne, ale raczej nie rekompensowało nikomu braku następcy „Michigan” i „Illinoise”. Na to się z kolei nie zapowiadało, tak więc nikt o Sufjanie szczególnie nie mówił. Żyliśmy sobie więc jak zawsze, nie wiedząc nawet, że ten nagle zaatakuje zupełnie nową, godzinną EP-ką. Nie instrumentalną, rzecz jasna. Miła niespodzianka, trzeba przyznać. Przecież nikt nie spodziewał się hiszpańskiej inkwizycji!

Owa hiszpańska inkwizycja od razu wydaje się jednak strasznie nierówna. Rozpoczynający „All Delighted People” oraz finałowy „Djohariah” to numery, które pod względem aranżacji, konceptu i monumentalności przewyższają nawet najbardziej „progresywne” momenty „Michigan” i „Illinoise”. Reszta to zaś krótkie „mgiełki” i szkice, klimatem nawiązujące do akustycznego „Seven Swans”.  Jest jeszcze rockowa wersja tytułowego kawałka, jednak po usłyszeniu tej właściwiej, ta nie robi już większego wrażenia. Czyli no nierówno. Na szczęście ta nierówność polega na rozłożeniu poziomu na dobry – bardzo dobry – rewelacyjny, więc to takie trochę szukanie dziury w całym z mojej strony. Chociaż słuchając wspominanych dwóch arcydziełek apetyt na więcej zaczyna trochę doskwierać. Ale suma sumarum, to wydawnictwo to taki test, spójność jest tu akurat najmniej ważna. Sufjan wraca i to się teraz liczy. Wraca z szerokim wachlarzem pomysłów na swoje przyszłe albumy. I nie zwiastują one w żadnym wypadku klęski. Jak już wiadomo, „The Age Of Adz” ukaże się w październiku i utworów z „All Delighted People” na nim nie będzie, co dodatkowo podsyca atmosferę oczekiwania na kolejny krok tego niezwykle płodnego muzyka. Stevens, dobrze, że wróciłeś.

Bookmark and Share
30 sie 2010   Kategoria: albumy

Arcade Fire – The Suburbs

:: Wydawca: Merge
:: Ocena: 5,9

:: myspace

Trzy lata w muzyce to dużo, szczególnie w sferze indie, w której cały czas szuka się nowych idoli. Już niejednego wykonawcę/zespół zdążono wynieść pod niebiosa i zmieszać z błotem. Koszule już nie rozpięte na trzy pierwsze guziki, a zapięte do końca. Już nie czarne Conversy, a kolorowe trampki i oldschoolowe Nike. Nie swetry w paski, a kardigany….

Właśnie trzy lata minęły od „Neon Bible”, ostatniego studyjnego wydawnictwa Arcade Fire. Kanadyjczycy są zespołem niezwykle ważnym dla pokolenia Post New Rock Revolution. Są chyba jedną z niewielu kapel, którym udało się przebić do mainstreamowej świadomości, nie tracąc przy tym estymy w środowiskach niezależnych. To oni nagrali (wg wielu różnych opinii) ostatnią naprawdę wielką rockową płytę, jaką była „Funeral”. Także im wróżono wielką karierę, mieli lada dzień wejść na stadiony i zdetronizować U2, a w panteonie rockowych instytucji szykowano im miejsce gdzieś pomiędzy Radiohead, Coldplay i U2 właśnie. Były też wspaniałe piosenki, mogące rozbujać wielotysięczną publiczność na największych obiektach koncertowych świata. Jednakże trzeba przyznać, że „Neon Bible” choć złym albumem nie jest, to jednak w odniesieniu do „Funeral” malowała się porażką. Tak więc czy Kanadyjczykom udało się uciec od balansowania na granicy nudy i wzbić na poziom debiutu?

Przede wszystkim dojrzeli. Win Butler lepiej śpiewa. Piosenki są lepiej zaaranżowane, dzięki  dobrej, gęstej produkcji. Lirycsy też jakieś takie poważniejsze niż na poprzednich albumach, gdzie dominowały młodzieńczy smutek, bunt, nieporadność i naiwność. Brzmienie natomiast wiele się nie zmieniło. Pozostało to, za co ich lubimy, wzbogacone tym co było przez ostatnie trzy lata modne. Mozaikowe brzmienie klawiszy, przestrzenne, pastelowe gitary, melancholijne smyczki zmiksowane z tanecznymi syntezatorami, elektronicznym groovem. Najwidoczniej słuchali Cut Copy, Hot Chip i Klaxons. Można także się doszukać romansu z onirycznymi dream popowymi melodiami spod znaku Beach House i Asobi Seksu. I wszystko byłoby ok, gdyby tym inspiracjom, towarzyszył jakiś motyw przewodni, dobry koncept spajający te składniki w ciekawe piosenki. Po prostu zabrakło dobrego songwritingu, sprawiającego że ciekawe z początku melodie nie przechodzą później w nudną papkę. Trudno także doszukać się killerów, songów wgniatających w ziemię, nie pozwalających zaczerpnąć powietrza. Na „Funeral” i „Neon Bible” takie były, wystarczy wspomnieć „Wake Up” i „Intervention”. Przykro to mówić, ale Arcade Fire są już chyba jedną nogą w panteonie niespełnionych talentów(czyli całkiem inaczej niż miało być). Po „The Suburbs” zdecydowanie bliżej im tam niż do przejęcia miana największego zespołu świata. Choć może (na co warto zwrócić uwagę) nigdy nie zabiegali o ten tytuł, tylko kilku dziennikarzy przypięło im taką łatkę. Z bólem trzeba stwierdzić, że tej formacji starczyło pary na tylko jedną wybitną płytę.

Szesnaście nowych piosenek formacji z Montrealu, to kolejny koronny dowód na to, iż zespół obwołany zbyt wcześnie nadzieją rocka, może najzwyczajniej temu mianu nie podołać. Tragedii niby nie ma, po prostu zabrakło na tym albumie pomyślunku, spokoju i chłodnego spojrzenia. Czy są jakieś przesłanki ku temu, aby czwarta płyta nie rozczarowywała? Pewnie tak, aczkolwiek to miało już nastąpić przy okazji „The Suburbs”, która miała zmazać wrażenie niedosytu po „Neon Bible”. Jedno jest pewne – palmę pierwszeństwa w kanadyjskim alternatywnym rocku przejmują Broken Social Scene!

Bookmark and Share
19 sie 2010   Kategoria: albumy

Tunng – …And Then We Saw Land

:: Wydawca: Full Time Hobby
:: Ocena: 6,3

:: www / myspace

Głównym zadaniem Off Festiwalu było prezentowanie ludziom mniej lub bardziej off-owych zespołów, które tworzyły, tworzą, bądź dopiero będą główną siłą niezalowej (i nie tylko) sceny. I może sobie taki widz dokładnie zbadać, co to ciekawego się w danym roku pojawi i na co się wybrać, ale może też pozostawić wszystko przypadkowi i poznawać wszystko „na gorąco” . Z racji, że osobiście reprezentuję  pierwszą grupę , „obkułem się” na tegorocznego Off-a jak na kolokwium z literatury współczesnej, sądząc że raczej nic mnie skrajnie pozytywnie ani negatywnie nie zaskoczy. A tu proszę, zaskoczyło. I to w dodatku pozytywnie!

Gdzieś ich podczas owego „wkuwania” przeoczyłem / zostawiłem na później / zwyczajnie olałem. Nie pamiętam. Nie muszę chyba mówić, że zespół ostatecznie mnie zauroczył. Na tyle, że sięgnąłem po ich ostatnią studyjną płytę. Mówię od razu – jest w 100% wesoła i radosna, więc jeśli fanujesz melancholii i zdołowaniu, to nic z tego. Już pierwszy refren i podśpiewywane radośnie „hustle, hustle hustle” wkurwi Cię niemiłosiernie. Oj dobra, trochę sobie żartuję. Ale nie ulega wątpliwości, że grupę ciągnie raczej ku słonecznym, łąkowym pejzażom, a całość miejscami sprawia wrażenie zbyt przesłodzonej. Na koncercie tę pozytywną energię odczuwa się doskonale, z płyty zaś nie zawsze uderza ona z pełnym impetem. Z całego terminu „folktronika” zdecydowanie więcej tu folku niż elektroniki. Takiego, wiecie, „happy folku”, niemalże popu. A poza tym? To świetny album,  po prostu. Jeśli ktoś waha się więc z odsłuchem „…And Then We Saw Land”, lepiej niech się szybko zdecyduje. Lato kończy się, kasztany gniją, pada śnieg. A jesienią i zimą to już nie będzie to samo.

Bookmark and Share
18 sie 2010   Kategoria: albumy

SoundQ – Cargo Planes

:: Wydawca: SoundQ
:: Ocena: 7,0

:: www / myspace

Wybierzmy się w podróż. Niedługą, bo ok. 15-minutową, ale z gatunku tych, po których obiecujesz sobie „jeszcze tu wrócę”. I wracasz szybciej, niż przypuszczałeś. Wędrujemy do krainy bogactwa dźwięków, która na muzycznej mapie jest jeszcze mała i nieoznaczona, ale sukcesywnie się rozwija, rozrasta i intryguje – SoundQ.

Naszym przewodnikiem jest Kuba Kubica, wokalista. Chłopak, któremu przez większość życia śpiew odradzano, okazuje się właścicielem fascynującego, idealnie wpasowanego w tę estetykę wokalu – urzeka głosem niskim i wysokim na przemian, ciepłym, często delikatnym, zawsze intymnym. Razem z pozostałymi muzykami SoundQ prowadzi nas przez elektroniczno-alternatywne tereny. Dla niezorientowanych – nie po raz pierwszy. Debiutancką płytę, „Semaphores, dogs and traces”, krakowski zespół wydał w czerwcu. Natomiast omawiana EP-ka to swoista zapowiedź kolejnego longplay-a.

Pierwszy przystanek to „The Secret”. Od pierwszych nut wiemy, że mamy do czynienia z dźwiękami, których nie będzie łatwo pozbyć się z głowy. Rytm utworu napędza i prowokuje do wykonywania mniej lub bardziej nieskoordynowanych ruchów. Następnie mamy zaszczyt spotkać „Elephant’s Graveyard”. Utwór jest  absolutnym faworytem (tytuł nie ma nic do rzeczy ;). Błąkamy się tu pomiędzy genialnie brzmiącymi syntezatorami analogowymi, a zmieszanymi w idealnych proporcjach etnicznymi samplami. Refren wypełniony przestrzenią, urzekający i absolutnie uzależniajacy.

Ostatnią atrakcją jest tytułowa „Cargo Planes”. Niesamowity mix dźwięków przywołuje rozmaite obrazy – od dzikich plemion po równie nieokiełznany kosmos. Cały czas podróżujemy pierwszą klasą – to za sprawą genialnej warstwy produkcyjnej. Może to kwestia koncepcji muzyków, a może fakt, że zajął się nimi jeden z najzdolniejszych producentów w kraju – Jarek Baran (współpraca m.in. z Paradise Lost), facet, który na czole ma wypisane „perfekcja i jakość”.

SoundQ doskonale wiedzą, jak chcą brzmieć – oryginalnie, zaskakująco, przy tym bardzo spójnie i – co tu dużo gadać – pięknie! W ramach opcji „Last Minute” EP-kę można bezpłatnie ściągnąć z oficjalnej strony zespołu.

Bookmark and Share
17 sie 2010   Kategoria: albumy

The Love Language – Libraries

:: Wydawca: Merge
:: Ocena: 5,2

:: myspace

Podczas wakacji otrzymujemy pocztówki od znajomych, nacieszymy nimi oczy, przeczytamy pozdrowienia i po prostu je wyrzucimy, by nie walały się po domu. Podobna sytuacja jest z niektórymi albumami, mającymi być letnimi bestsellerami. Wydaje się je, aby zachwycały, zbierały pochlebne recenzje i spędzały tłumy na letnie chałturzenie, a za jakiś czas jest już o nich głucho. Jestem gołosłowny? Ale skądże! Na myśl przychodzi mi wiele płyt, ale podam tylko dwie, które miały być świetne i niezapomniane, a dziś mało kto o nich wspomina. Pamiętacie chociaż trzy piosenki z „Viva La Vida” Coldplay, albo „Everything Is New” Jacka Peñate? Bez sprawdzania na wikipedii proszę!

Jestem zdecydowanym przeciwnikiem hajpowania takich przesłodzonych płytek. Argument, iż są wakacje i trudno polubić coś ambitniejszego, jest nietrafiony. Fakt, trywialne, świetnie wyprodukowane melodie mogą, a nawet muszą trafiać do uszu słuchacza, gdy potworne upały ogłupiają jego zmysły. Tylko pytanie, co z tej fascynacji zostanie po wakacjach? Czy to, czym tak się zachwycaliśmy, nie wyda się po czasie – infantylne? Tak więc czy warto wystawiać takim wydawnictwom oceny od 7/10 wzwyż? Co innego tyczy się singli, które zawsze były wydawane po to, aby chwytać słuchaczy za uszy i przekonywać ich do kupna dużej płyty. Natomiast album, dobry bądź wybitny ma być dziełem kompletnym. Zawsze gdy wspomina się jakiś zespół i wymienia się jego dokonania, mówi się o genialnym longplay’u, z którego pochodzą fantastyczne single, nie na odwrót. Dlatego też ideą płyty długogrającej było nagranie 10, 11 lub więcej świetnych piosenek.

The Love Language poszli na łatwiznę i zaserwowali słuchaczom typowy wakacyjny produkt. Czyli coś, co jest zaprzeczeniem wydawnictwa genialnego i ponadczasowego. Aczkolwiek, na pierwszy rzut ucha trudno się tu do czegoś przyczepić. Lekcje odrobione! Słychać w muzyce tej kapeli wiele inspiracji. Śmiało mogliby do wydawnictwa załączyć litanię do wszystkich zespołów, które przyczyniły się do jego powstania. Jeśli miałbym wymienić choć kilka wpływów, to powiedziałbym o coraz modniejszych sentymentach do muzyki lat 60 (jest szansa na obalenie dyktatu 80′s?), konkretnie do Beach Boys i wczesnych Beatles’ów. Jest parę momentów przypominających nieśmiertelnych The Smiths. Miejsce znalazło się także dla popularnych Fleet Foxes i ich preriowych, lekkich melodii. No właśnie… ale to tylko momenty – stanowczo za mało na coś spektakularnego. Po przesłuchaniu połowy robi się już mdło, za dużo pozerskiej ckliwości jak na jeden raz. Nie mam już 15 lat stety/niestety i takie wykastrowane melodyjki, trawestujące naprawdę wielkich, mnie nie podniecają.

„Libraries” to przyjemna płyta. Podkreślam z całą stanowczością – przyjemna, a nie dobra (proszę nie utożsamiać tych terminów w tym wypadku). Ale niestety, podczas jesiennych porządków skończy, tak jak pocztówki…w koszu!

Bookmark and Share
15 sie 2010   Kategoria: albumy

Katie Melua – The House

:: Wydawca: Dramatico
:: Ocena: 7,0

:: myspace

Tak niespokojnie czekałem, kiedy melancholia autorstwa Katie Melua przerodzi się w banalne marudzenie. Jednak bateryjki refleksyjnego smutku tej Gruzinki jeszcze się nie wyczerpały. Oj nie.

Po raz pierwszy zaskoczenie – „The Flood” wypuszczony tuż przed płytą sygnalizował zmianę. To nie była ta Melua od „Nine Milion Bicycles”, „Spider Web” ani od „If You Were a Sailboat”. Znaczy była i nie była, bo do połowy utworu wszystko się zgadzało – spokojnie, czule, delikatnie. Przyspieszenie, jakie nagle następuje w tym utworze, początkowo miesza uczucia, ale idzie się przyzwyczaić. „The Flood” można było odczytać jako zapowiedź: Hej, to ja, Katie, trochę inna, ale to ciągle ja. I faktycznie, cała płyta to znana i lubiana Kasia. Co prawda, o lekko zmienionej orientacji aranżacyjnej, ale nie urąga to jej gracji ani ździebka.

Zaczyna się od przecudownego „I’d Love to Kill You”. Ta akustyczna ballada, jeśli Was nie ruszy, to idźcie do diabła. Czuły hook zawodzenia zamiast refrenu to najpiękniejsze, co słyszałem w tym roku. Kropka. Mówcie co chcecie. „The Flood” jak była mowa – zaskakuje (in plus). Wodewilowe „Moment off Madness” to, w skrócie, ten pieprzony kolec u róży. Pomińmy go zatem. Na „Red Balloons” potwierdza się status Melua jako doskonałej montażystki romantycznych kompozycji. „God on Drums, Devil on the Bass” to chyba pierwszy pokaz jej agresywniejszej strony. Zaskakuje także elektroniczne, nomen omen zakręcone „Twisted”. Już standardowe, choć trochę niespokojne, tytułowe „The House” godnie zamyka całość albumu, którego tematyka rozbija się głównie o wątki tak znienawidzonych rozterek sercowych i śliskiego szczęścia. Całość brzmi bardzo lekko, przemyślanie oraz – uwaga, deja vu! – czule i delikatnie. Najlepszy, jeśli nie przesadzam, album Melua.

, kiedy melancholia w wykonaniu

Katie Melua przerodzi się w banalne

marudzenie. Jednak bateryjki refleksyjnego

smutku tej Gruzinki jeszcze się nie

wyczerpały.

Po raz pierwszy zaskoczenie – „The flood”

wypuszczony tuż przed płytą zaskoczył. To

nie była ta Melua od „Nine milion

bicycles”, „Spider web” ani od „If you were

a sailboat”. Znaczy była i nie była, bo do

połowy utworu wszystko się zgadzało -

spokojnie, czule, delikatnie.

Przyspieszenie, jakie nagle następuje,

początkowo miesza uczucia, ale idzie się

przywyknąć. „The flood” można było odczytać

jako zapowiedź: „Hej, to ja, Katie, trochę

inna, ale to ciągle ja”. I faktycznie, cała

płyta to znana i lubiana Kasia. Co prawda,

o lekko zmienionej orientacji aranżacyjnej,

ale nie urąga to jej gracji.

Zaczyna się od przecudownego „I’d love to

kill you”. Ta akustyczna ballada, jeśli Was

nie ruszy, idźcie do diabła. Czuły hook

zawodzenia zamiast refrenu to

najpiękniejsze, co słyszałem w tym roku.

Kropka. Mówcie co chcecie. „The flood” jak

mówiłem – zaskakuje na plus. Wodewilowe

„Moment off madness” to, w skrócie, ten

pieprzony kolec u róży. Pomińmy go zatem.

Na „Red Balloons” potwierdza się status

Melua jako doskonałej montażystki

romantycznych kompozycji. „God on drums,

Devil on the bass” to chyba jej pierwszy

pokaz agresywniejszej strony. Zaskakuje

także elektroniczne, nomen omen zakręcone

„Twisted”. Już standardowe, choć trochę

niespokojne, tytułowe „The house” godnie

zamyka całość albumu, którego tematyka

rozbia się głównie o wątki tak

znienawidzonych rozterek sercowych i

śliskiego szczęścia. Całość brzmi bardzo

lekko, przemyślanie oraz – deja vu, uwaga!

- czule i delikatnie.

Bookmark and Share
14 sie 2010   Kategoria: albumy

thisquietarmy – Aftermath

:: Wydawca: Basses Frequences
:: Ocena: 6,8

:: myspace

Nie pamiętam, ile już godzin minęło od ostatniego postoju. Godzina? Dwie? Może dziesięć? W tym świecie czas zdawał się płynąć zupełnie inaczej.

Bywały czasem dni, które zdawały się trwać miesiącami, a noce mijały w mgnieniu oka i odwrotnie.

Szliśmy teraz miarowym krokiem, nie spiesząc się ani nie ociągając. Spojrzałem po zmęczonych, zniszczonych twarzach współtowarzyszy mojej podróży donikąd. Donikąd – znikąd. Każdy z nas zapomniał już chyba skąd wyruszyliśmy i dokąd zmierzamy. Nasze ciała były pomarszczone, usta spierzchnięte, a oczy – które wciąż domagały się większej ilości snu – podkrążone i opuchnięte. Na domiar złego nasze zapasy wody były na wyczerpaniu. Nie mieliśmy pojęcia, czy uda nam się wkrótce napełnić bukłaki, czy też czeka nas powolna i bolesna śmierć.

Ten świat upadł, pomyślałem stawiając kolejny krok. Upadł i rozpadł się na drobne kawałki.

Nie wiedzieliśmy, jak daleko jeszcze do kolejnego miasta. Nie wiedzieliśmy, czy zastaniemy tam kogokolwiek żywego. Nie wiedzieliśmy, czy po drodze nie rozszarpią nas wygłodniałe wilki albo jedna z hord bandytów, które grasowały po tym całym pieprzonym świecie. To piekło stało się dla nich rajem, z którego nikt nie był w stanie ich przepędzić.
Jeżeli Bóg kiedykolwiek istniał, myślałem za każdym razem kładąc się spać, to umarł wraz z całym tym światem. Nie ma już dla nas nadziei.

Nie wiedzieliśmy o tym świecie nic. Pewnego dnia obudziliśmy się w nim i po prostu musieliśmy zacząć w nim żyć. Zazdrościłem czasem tym, którzy nie przetrwali wojny i nie musieli przeżywać tego co my. Nie musieli codziennie obawiać się o swoje życie, nie musieli wędrować jak my – bez żadnego wyraźnego celu – w poszukiwaniu wody i pożywienia. Nie musieli obawiać się, że pewnego dnia dopadnie ich śmiercionośne promieniowanie i umrą w męczarniach tak strasznych, że tak naprawdę nie jestem w stanie ich opisać.

Ten świat nie nadawał się już do życia. Ten świat po prostu nie żył.

A jednak my cały czas się w nim znajdowaliśmy, jakby zawieszeni pomiędzy życiem a śmiercią, i próbowaliśmy odnaleźć w tym wszystkim jakiś sens, naszą drogę.

Naszą wędrówkę zaczynaliśmy w jedenaście osób. Teraz było nas już tylko sześcioro i wszystko wskazywało na to, że w najbliższych dniach opuszczą nas kolejne dwie osoby.

Nie byliśmy już w stanie im pomóc. Nie mieliśmy wody, nie mieliśmy lekarstw, w naszych pistoletach znajdowało się już tylko kilka nabojów. Nie mieliśmy żadnych szans na przetrwanie.

Powoli zaczynaliśmy zdawać sobie sprawę, że nie ma już żadnej nadziei, żadnej przyszłości. Koniec nadchodził powoli, ale nieubłaganie. Gdzieś na horyzoncie, skryte za chmurami i grubą warstwą radioaktywnego pyłu, zachodziło słońce.

Bookmark and Share
13 sie 2010   Kategoria: albumy

Wavves – King Of The Beach

:: Wydawca: Fat Possum
:: Ocena: 7,1

:: myspace

Dobra, przyznawać się. Kto lubił Wavves? No już, już, spokojnie. Nie wyrywajcie się tak.
Prawda jest taka, że dwóch pierwszych albumów („Wavves” i „Wavvves”, gdybyście nie pamiętali tytułów) po prostu nie było. Nie przypominam sobie, żebym któregokolwiek z nich wysłuchał do końca, więc i na „King Of The Beach” nie czekałem. A tu nas chłopaki pozytywnie zaskoczyli. Już Tomek zauważył w czerwcu, że jest coś na rzeczy, ale wiadomo – singiel to jedno, a płyta to drugie. No bo kto by przypuszczał, że Wavves wydadzą jedną z płyt tegorocznych wakacji? Nie udało się to ani The Drums (przy ich „Let’s Go Surfing” mam ochotę raczej iść spać, a nie na deskę), ani Best Coast (niezły album, ale oczekiwaliśmy lepszego), udało się za to tym, na których nikt zupełnie nie stawiał.

Rzut oka na okładkę powie wam, czego możemy się spodziewać. Będzie kolorowo, będzie zabawnie, będą palmy, plaża i zimne drinki. Tak, nie ma też co się oszukiwać, że będziecie słuchać tej płyty za dwa czy trzy miesiące. „King Of The Beach” to płyta ewidentnie na wakacje, w sam raz na ten piękny czas, kiedy świeci słońce, browar się leje, kobiety zakładają stroje kąpielowe, a człowiek wreszcie może przestać angażować swój intelekt i w pełni oddać się przyjemnościom. Pójść na plażę, założyć kąpielówki i zaprezentować swoją misternie budowaną przez kilka miesięcy sylwetkę z przykuwającym uwagę wszystkich przechodzących niewiast sześciopakiem na czele (a w zasadzie to na brzuchu). „King Of The Beach / King Of The Beach”, śpiewają może mało wyszukanie Wavves w kawałku „King Of The Beach”, ale nikt nie będzie się zastanawiał przecież nad sensem liryków, tylko zacznie śpiewać razem z nimi. Król plaży! Król plaży!

Śpiewanie wspólnie z Wavves jest bardzo na miejscu, bo zespół pokusił się o całą masę świetnych melodii. Nieskomplikowanych, przyjemnych, natychmiast wpadających w ucho. Serio. Kto nie ulegnie urokowi „Post Acid” czy „Baby Say Goodbye” (początkowy fragment „I hear her voice in the morning shower / See her waiting from the water tower”!) chyba poważnie powinien pomyśleć o wymianie narządu słuchu.

Trochę z nimi podobna sytuacja jak z tegorocznym Crystal Castles. Nikt na album nie czekał, wszyscy spisali ich na straty, a tu proszę. Chyba najlepszy soundtrack do wakacyjnych zabaw. Wavves potwierdzili, że powiedzenie „do trzech razy sztuka” naprawdę się sprawdza.

Fat Possum
Bookmark and Share