right_side

Archiwum Październik, 2009

31 paź 2009   Kategoria: * magazyn *

Elephant Shoe #01 (Październik 2009)

And now for something completely different…

Zwykle w pr-owskich taktykach przyjęło się zacząć jakimś mocnym wejściem, manifestem, gagiem, czy skandalem, o którym chwilę potem jeden z redaktorów sam napisze artykuł na łamach pudelka. Problem w tym, że nam się najzwyczajniej w świecie nie chce, a i tak jeśli nie zaciekawi Was sama treść, nie zamierzamy Was wstrzymywać, możecie sobie iść, smarkamy ogólnie w Waszą stronę, pedalskie obszczajkundle! Idźcie ugotować swoje dupska, synowie idioty! Wasze matki były chomikami, a ojcowie śmierdzieli skisłymi jagodami!

O co kaman?

Zachęceni powodzeniem muzycznych blogów z ostatnich lat postanowiliśmy spróbować czegoś nowego. Zebraliśmy doświadczoną ekipę i zdecydowaliśmy się na serwis-minimum, formułą przypominający właśnie blog, w którym wszelkie aktualizacje są przejrzyste, łatwo dostepne, archiwizowane na wzór drukowanych, opatrzonych okładką magazynów.

W takiej formie postaramy się dostarczać Wam częstych aktualizacji: recenzji, wywiadów, relacji, fotogalerii z wydarzeń w szerokim przekroju niezalu od gitarowej alternatywy, post-punka, post-rocka, shoegaze, przez ciekawe eksperymenty acid-jazzu, ethno, freak-folku, po najciekawsze zjawiska ze świata elektronicznych brzmień, trip-hopu, minimal techno, electro-popu. Najkrócej rzecz ujmując: cała muzyczna nisza w jednym miejscu.

Rekrutejszyn!

Jeśli czujecie się na siłach, posiadacie talent do pisania i ogarniacie wydawnictwa z interesującego nas kręgu muzycznego, skontaktujcie się z nami: redakcja@elephantshoe.pl

Bookmark and Share
31 paź 2009   Kategoria: albumy

The Pains of Being Pure At Heart – Higher Than The Stars EP

The Pains of Being Pure At Heart - Higher Than The Stars:: Wydawca: Slumberland Records
:: Ocena: 7,1

:: myspace

Załóżmy taką sytuację – My Bloody Valentine spotykają Belle & Sebastian i nagrywają płytę. Mówicie, że to niemożliwe? Macie rację, to niemożliwe. Bardzo prawodpodobnie jednak, że owa współpraca w dużym stopniu przypominałaby debiutancki album The Pains of Being Pure At Heart. Ich złożony z najlepszych patentów owych grup materiał, był zdecydowanie jedną z najmilszych niespodzianek tego roku. Nic więc dziwnego, że grupa po niedługim czasie zdecydowała się na wydanie epki, będącej w sporej części kontynuacją brzmienia z albumu.

„Higher Than The Stars” można właściwie podzielić na 2 części – utwór tytułowy i resztę. Skupmy się najpierw na tym drugim. Są to, jak już wspomniałem, numery zdecydowanie dorównujące poziomem tym z długogrającej płyty. Co prawda, riff i melodię z „103” gdzieś już słyszeliśmy, ale komu to przeszkadza? Te zaledwie 2 minuty dostarczają tyle radości, jakiej nie potrafi dostarczyć czasem jeden dłuższy album. „Falling Over” to z kolei małe spowolnienie akcji. Podszyty klawiszami, nieprzesterowaną gitarą i spokojnym głosem Kipa Bermana utwór ukazuje spokojniejszą, równie porywającą stronę grupy. „Twins” także nawiązuje do tych mniej energicznych nagrań kwartetu. Pozostaje nam jeszcze tytułowy „Higher Than The Stars”. Dlaczego warto go wyróżnić? Jest to prawdopodobnie najlepszy utwór, jaki wyszedł spod rąk Painsów. Tym razem do Belle & Sebastian i My Bloody Valentine przyłącza się także The Cure z okresu „Kiss Me Kiss Me Kiss Me”. Piękna, poruszająca melodia świetnie współgra z rozpoczynającym „shit-faced, fumbling in a dark place / drinking in the last days”. Do samego końca prowadzi nas ciepły i łagodny głos Bermana, a gdy dochodzimy do finałowego „and how you can’t stay, higher than the stars?”, sami już dawno dryfujemy gdzieś między gwiazdami, niesieni swobodnie na klawiszowych pasażach i dobiegających gdzieś z oddali rozpływających się dźwiękach gitary. Magia. Na końcu epki znajdziemy też małą niespodziankę w postaci remixu utworu tytułowego. Dla wielu słuchaczy może ona stanowić niemałe zaskoczenie. Jak się jednak okazuje – kawałki Painsów z powodzeniem realizują się także w nieco innej stylistyce. Jakiej? Sprawdźcie sami! Jak na zaledwie trzecie oficjalne wydawnictwo (licząc epkę z 2007 roku), poziom młodego kwartetu jest wprost niespotykanie wysoki. Trzymam kciuki i zdecydowanie czekam na więcej. Czytaj całość »

Bookmark and Share
30 paź 2009   Kategoria: cast

Nosaj Thing

Yours Truly Presents: Nosaj Thing from Yours Truly on Vimeo.

Imponująca mieszanka + wywiad.
Źródło: http://www.nosajthing.com

Bookmark and Share
29 paź 2009   Kategoria: albumy

Alina Orlova – Laukinis šuo Dingo

Alina Orlova - Laukinis Suo Dingo:: Wydawca: Metro Music
:: Ocena: 9,6

:: myspace

Alina ma 20 lat, płytę wydała w wieku 19. „Lubi malować, robić zdjęcia, grać na pianinie, śpiewać, komponować piosenki, ma kota” – tyle możnaby wydukać tropem myspace’owych charakterystyk, ale sprawa nie jest taka prosta. Wypada zauważyć, że do wydania „Laukinis šuo Dingo” dla świata muzycznego, a przynajmniej alternatywnego kręgu, Republika Litewska zupełnie nie istniała. Kilka miałkich debiutów w rodzaju Brainstorm (czy jak im tam było), a i to tylko w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, nigdzie dalej. O tym, że doczekają się swojej, litewskiej Tori Amos, czy Kate Bush – jak już okrzyknęła Alinę Orlovą (a tak naprawdę – Orlowską) światowa prasa – mieszkańcy Wilna, Kowna i Kłajpedy nawet nie marzyli. I w istocie fenomen ten z chwilą debiutu przyćmił wszystkie inne tego rodzaju zjawiska muzyczne w regionie.

Płytę otwiera z lekka kabaretowy, w rytmie przedwojennych tang „Lovesong”. Zanieczyszczone szmerami, stonowane brzmienie fortepianu i skrzypiec, wszystko to ulega zmianie z chwilą gdy pojawia się wokal. O nim z kolei muzykolodzy spokojnie mogliby napisać niejedną pracę doktorską, bo tak jak Alina nie śpiewał dotąd nikt. W połączeniu z niezwyczajnym brzmieniem litewskiego języka, w którym (jak przynajmniej twierdziła większość litewskich muzyków, których udało mi się poznać) rzekomo nie da się śpiewać – tworzy mieszankę wprost zabójczą. W pierwszych utworach aranże są zdecydowanie bardziej rozbudowane, wyłuskane, dopiero czym dalej w głąb płyty, tym instrumentarium się zawęża, by wreszcie pozostał sam wokal wspierany czystym brzmieniem fortepianu. Maniera śpiewu Aliny, określana przez niektórych bałtyckim folk-popem, przyprawia o ciarki na plecach. Drgania głosu, gdy natrafia na wysokie rejestry, teoretycznie nietrzymanie się tonacji w mrocznych, intymnych, momentami trącących niemal psychozą kompozycjach i wieszczowi deklamującemu „Litwo! Ojczyzno moja…” sprawiłyby, że serce zadrżało by jeszcze mocniej. A i w tekstach pisanych w trzech językach: litewskim, angielskim i rosyjskim (choć o tych pierwszych z przyczyn obiektywnych powiedzieć mogę najmniej) trafiają się niezwykłe perełki. Choć głównie umykają one w kierunku sfery niewerbalnej, razem z muzyką mają przywiać uczucia, które ciężko byłoby nazwać samymi słowami. Ma to odzwierciedlenie i w nazwie samej płyty będącej jednocześnie tytułem książki radzieckiego autora literatury dla dzieci, Ruwima Fraermana („Dziki pies Dingo, czyli opowieść o pierwszej miłości”). Dziecięce motywy przewijają się tu chociażby w enigmatycznej kołysance „Twinkle, twinkle little star”. Co się zaś tyczy nawiązań do sztuki epoki ZSRR-u, na Fraermanie się nie kończą. Gdzieś po środku pojawia się „Utomlionnoe solnce”, radziecka adaptacja sławnej „Ostatniej niedzieli” Jerzego Peterburskiego, tu w wykonaniu bliższym wersji znanej z filmu o tym samym tytule („Spaleni słońcem”). Jednak i tak za najbardziej urzekające kompozycje uchodzą litewskie „Mėnulis”, „Lijo”, czy „Ramuna” ze wspaniałą, odrobinę szeleszczącą fonetyką, zarysowaną mocno wszelkimi „ž”, „š”, syczącymi końcówkami, przy których brzmieniu blednie francuski język, tytułujący się mową zakochanych. Nic więc dziwnego, że Alina Orlova na tle Europy i Świata dla wielu jawi się takim nieoszlifowanym diamentem, jakiego ta część kontynentu dawno nie miała. I Boże broń, by ktokolwiek z biznesu muzycznego, wielkich koncernów fonograficznych ośmielił się wyciągnąć swe łapska, aby tego atutu ją pozbawić! Czytaj całość »

Bookmark and Share
28 paź 2009   Kategoria: albumy

Jarboli – Buđanje proleća

Jarboli - Budjanje Proleca:: Wydawca: Odličan Hrčak
:: Ocena: 8,1

:: www / myspace

Wydawnictwo, o którym za chwilę będzie tu mowa, świeżością – najdelikatniej mówiąc – nie grzeszy, więc i jego recenzję z góry zachęcałbym by rozpatrywano w zupełnie innych kategoriach. Czegoś, co – jak wiele wyśmienitych płyt – w czas premiery, nie zdołalo przebić się do międzynarodowych mediów i tym samym gustu światowych słuchaczy, choć można to ze stuprocentową pewnością powiedzieć – zasługiwało na to.

Serbowie mają w obecnej chwili na swoim koncie siedem albumów, z którym poniżej prezentowany był ich ostatnim. Na „Buđanje proleća” muzycy po raz pierwszy flirtują z dance-punkowym trendem, co najlepiej słychać po otwierającym płytę „Glavugore”. Jasne brzmienie basu, zadziorna, acz oszczędna gitara i „robiący” cały utwór zimny, elektryzujący klawisz, między zwrotkami porywający nas do tańca zapadającym od pierwszego razu w pamięć, wyjątkowo plastycznym i klubowym motywem. Dopiero w kolejnych kompozycjach piątka z Belgradu odkrywa karty i ujawnia się ich korzenne brzmienie. Niezwyczajne, pełne eksperymentów i jak najbardziej dalekie zachodniej konserwie, której przedstawicieli coraz rzadziej stać na tak świeże i otwarte wyobrażenie, czym muzyka powinna być. Przejawia się to zarówno w punk-rockowych, wykrzyczanych „Možda će pasti”, „Naši jarboli”, skandowanym „Rezolucija UN”, czy nawiązującym odrobinę do twórczości Modest Mouse, niedbałym, że aż karykaturalnym tytułowym „Buđanje proleća”, z bawiącym fortepianowym klawiszem.

Zaobserwujemy to także w ponurym, aranżacyjnie doskonałym „Beskorisno”. Zaskakujące, jak udało się w tym jednym utworze zmieścić tak skrajnie różne, przeczące sobie wzajemnie, a jednak na koniec wyśmienicie korespondujące ze sobą partie osłodzonej chorusem gitary, wyciszonych klawiszowych „wtrąceń” i znudzonej, enigmatycznej sekcji rytmicznej. Do tego wszystkiego wystarczy dorzucić jeszcze kilka takich perełek, jak akustyczny „Cinik” z przerzuconym na drugi plan rozciągniętym wokalem Daniela Kovača i wychodzi nam całość tak barwna, zróżnicowana oraz tak daleka od wszelkich schematów, konwencji, że wspomnienie o niej nawet za 10 lat w kontekście nowości, nie będzie również niczym złym. Więc i Wy nie odmawiajcie sobie prawa przekonania się o tym. Czytaj całość »

Bookmark and Share
28 paź 2009   Kategoria: albumy

Athlete – Black Swan

Athlete - Black Swan:: Wydawca: Polydor
:: Ocena: 5,7

:: myspace

Athlete należy do tych grup, które mimo usilnych starań, wciąż nie mogą przedostać się do indie rockowego mainstreamu (nawet mimo tego, że poziomem przewyższają o głowę większość obecnych „gwiazd”). Nic więc dziwnego, że o nowej płycie Joela Potta i ekipy dowiedziałem się przypadkiem, prawie 2 miesiące po premierze. Żeby była jasność – nie należę do grona ich sympatyków, jednak z racji zajebistości debiutanckiego „Vehicles & Animals” postanowiłem kolejny raz dać chłopakom szansę. Co z tego wyszło?

Jak można się spodziewać, „Black Swan” kontynuuje dawno już obraną przez zespół drogę. Rewolucji nie ma – słuchając ich muzyki dalej wiemy, że to oni. Aż czasami chciałoby się rzec – to wszystko już było! Zdawałoby się, że słuchanie takich płyt dostarcza nam mniej więcej tyle przyjemności, co oglądanie po raz setny przygód „Kevina samego w domu”. Jednak czy aby na pewno? Jeśli dokładnie przyjrzeć się obrazkowi, uda się dostrzec przysłowiowe 10 różnic. „Black Swan” to płyta dużo lepsza kompozycyjnie, niż przekombinowany, a zarazem nudny „Beyond The Neighbourhood”. Pomijając niezbyt udanego singla i poszczególne wyjątki, album stanowi dość spójną konstrukcję. Ciężko wskazać tutaj jasno wybijające się momenty, ale i odwrotnie – żaden numer nie przyprawia słuchacza o mdłości (jak większość wynoszonych na piedestały ikon MTV2, doceńcie to do cholery!). Z kolei „Black Swan Song”, „Don’t Hold Your Breath” czy „Light The Way” – to tylko parę przykładów na to, że nowe wydawnictwo mimo wtórności, braku nowych pomysłów, potrafi cieszyć. To jest to, co wyróżnia „Black Swan” na tle innych indie rockowych wynalazków. Może jest to zasługa charakterystycznego głosu Potta? A może rzeczywiście Athlete wykonali tak spory postęp w swojej twórczości? Nie wiem. Na dziś z czystym sumieniem mogę potwierdzić, że to fajna płyta. Nawet jeśli za pół roku nikt nie będzie już o niej pamiętał.

Bookmark and Share
27 paź 2009   Kategoria: albumy

Haruko – Wild Geese

Haruko - Wild Geese:: Wydawca: Bracken Records
:: Ocena: 7,5

:: myspace

Nie spodziewałem się tego zupełnie. Uwielbiam te wszystkie singer/songwriterskie/dream-folkowe melancholijne klimaty, idealnie wkomponowujące się w jesienną aurę, ale ostatnio niewiele się na tym polu działo i nie wierzyłem, że w tym roku coś jeszcze będzie mnie w stanie pozytywnie zaskoczyć. Nowa płyta Marissy Nadler okazała się przeciętna, „Because I Was In Love” Sharon Van Etten również nie rzuciła na kolana, podobnie jak kilka innych podobnych pozycji. Miłym wyjątkiem było „Good Morning Jokers” Mi And L’au, ale dopiero „Wild Geese” jest naprawdę tym, czego od dawna oczekiwałem.

Wiadomo, że jest melancholijnie, romantycznie i trochę onirycznie. Muzyczne rejony Marissy Nadler, Mariee Sioux, Sharon Van Etten, Taken By Trees. Wiadomo, gitara akustyczna, rozmarzona atmosfera i smutne teksty o miłości, utraconych marzeniach i samotności. Wiadomo.
A więc kolejny raz to samo?

I tak i nie. Jasne, „Wild Geese” to płyta przewidywalna, schematyczna, powielająca znane i ograne na dziesiątki różnych sposobów patenty. Z drugiej strony taka jest już natura tego rodzaju muzyki, że o jakiekolwiek innowacje niezwykle trudno. Aby więc wybić się z tłumu podobnych do siebie singer-songwriterów, należy w tych wąskich i dobrze znanych rejonach poruszać się wyjątkowo zgrabnie i uroczo. Jedynie zbliżenie się do perfekcji może zagwarantować sukces.

Haruko na tej granicy zdecydowanie balansuje, momentami pewnym krokiem ją przekraczając. „Autumn, Golden Trees”, utwór którego możecie wysłuchać na myspace’ie artystki jest tego idealnym przykładem. To kompozycja skończona i absolutna, to niecałe trzy minuty będące kwintesencją doskonałego songwritingu, muzycznego piękna i wdzięku. No i te melodie, jak w „Spring In Out Lungs”. Gdybym tylko umiał grać na gitarze i śpiewać z pewnością chwyciłbym gitarę w dłoń i zaśpiewał razem z Haruko. Tak, ten utwór to tylko gitara akustyczna i wokal, jedne z najprostszych środków wyrazu, jakie można sobie wyobrazić. I po raz kolejny przekonać się możemy, że nie trzeba wcale zastępu muzyków, skomplikowanych technicznych zagrań i progresywnego zacięcia, by stworzyć coś wyjątkowego. Z doświadczenia doskonale wiemy, że jest zupełnie odwrotnie – bo prawdziwa muzyka to przede wszystkim emocje, które pochodzą z serca, a nie instrumentu. A Haruko do tworzenia dobrej muzyki serce bez wątpienia ma. Ma też niezwykle czarujący głos, nadający całości niepowtarzalnej magii. Pozwólcie, by zaśpiewała również dla was, a na pewno się nie zawiedziecie. Czytaj całość »

Bookmark and Share
26 paź 2009   Kategoria: albumy

Agnieszka Chylińska – Modern Rocking

Agnieszka Chylinska - Modern Rocking:: Wydawca:  EMI Music Poland
:: Ocena:  2,0

:: myspace

Najpierw zastanowiło mnie, kiedy pojawią się pierwsze informacje o fali samobójstw co bardziej zbuntowanych licealistek. Jak na razie – cisza. Zapewne jest to efekt szoku. Chociaż mentalna zmiana pani Chylińskiej szyta była od dłuższego czasu. Sygnały – od chrztu dziecka poczynając aż na pierwszych łzach za ławą przereklamowanego jury z „Mam Talent” – dawały do zrozumienia, że glany ustąpią miejsca eleganckiej fifce. I wyszedł „Modern Rocking”.

Nudne to, i tyle w tym temacie. Nie żeby dotychczasowe dokonania jakoś specjalnie elektryzowały, ale singlowy „Nie mogę Cię zapomnieć”, otwierający cały album”Ostatnia łza”, jak i zresztą całość, mieści się już w szczupłych schematach Radia Zet, RMF FM i MTV (między „My sweet 16″ a reality-show z Hoganem). Całość – niecałe 35-minut – wlatuje do głowy jednym uchem, obija młotem nudy szare klepki, po czym wylatuje drugim. Bunt emocjonalnie niedojrzałej wariatki zmieniony na wczutą w bass diwę, pozującą do zdjęć w różowej sukni. Jakieś tam nawołania do swojej poprzedniej, agresywniejszej natury, tu i tam pojawiają się odciski palców pozostawione przez Królika i Piotrkowskiego, ale wszystko to nudzi, nudzi, nudzi…

Sprawa jest prosta. Gdyby to był czyjś debiut, przeszedłby bez echa. Ale to Chylińska, niekochana ONA. To ta, co u Wojewódzkiego klęła jak idiotka, która za szybko straciła dozór rodziców. Wtedy przynajmniej się działo. A teraz? Powiedziała sobie dość.

Bookmark and Share
26 paź 2009   Kategoria: albumy

Wolfmother – Cosmic Egg

Wolfmother - Cosmic Egg:: Wydawca: Universal Music Polska
:: Ocena: 6,6

:: www / myspace

Na temat zajebistości debiutu Wolfmother nie będziemy tutaj dywagować, bo to oczywista sprawa, wiadomo. Aksjomat, prawdziwości którego nie ma sensu podważać. Pojawili się znikąd, zaprezentowali hard rock z lat siedemdziesiątych ubrany w nowoczesne szaty i zatrzęśli całym niezalowym światkiem. Tak właśnie mogliby brzmieć Black Sabbath, gdyby powstali trzydzieści lat później i zapragnęli do swojej muzy dodać trochę indie posmaku. Te riffy i te melodie, tak, kurwa, to było to. Wolfmother przywrócili wiarę w czysty, bezkompromisowy rock, a jeżeli wam się nie podobało to szczerze współczuję – nie umiecie się bawić, wasze życie musi być nudne, a wasze dziewczyny muszą mieć z wami naprawdę przejebane. Hej, hej, już słyszę te głosy sprzeciwu, jakiś buc mówi wam właśnie, że jesteście nudni i nieciekawi, bo nie spodobała wam się jakaś płyta. Mam to w dupie, dobrze o tym wiecie, ale prawda jest taka, że jeżeli macie choć trochę jaj, jeżeli jest w was odrobinę męskości, nie ma opcji, żeby Wolfmother wam się nie podobało. Jeżeli czytasz te słowa i jesteś kobietą, sprawa wygląda podobnie. Zasada jest prosta – chcesz mieć u mnie jakiekolwiek szanse, musisz lubić Wolfmother. Do tego musisz być naprawdę fajną laską, wymagania są jasne (CV ze zdjęciem i listem motywacyjnym możecie wysyłać na maila, ale nie obiecuję, że odpowiem).

Wracając do bohaterów dzisiejszej recenzji, od debiutu minęły trzy lata, zdążył się przez ten czas trochę zmienić skład zespołu, odeszli basista/klawiszowiec Chris Ross i perkusista Myles Heskett, ale wokalista/gitarzysta Andrew Stockdale, jedyny który pozostał na polu bitwy, dobrał nowych muzyków i Wolfmother, tym razem już nie jako trio ale kwartet, powrócili.

Umówmy się, od Wolfmother nikt nie oczekiwał zmian. Oni nie są zbawcami i wizjonerami rocka, oni są tym zespołem, który ma nam zapewnić tylko i wyłącznie dobrą zabawę, krótki, ale intensywny i niezapomniany muzyczny orgazm. Mieli pojawić się z „Cosmic Egg”, po raz drugi namieszać nam na chwilę w głowach i tyle, mission accomplished. Udało im się? Posłuchajcie singlowego „New Moon Rising”. I co? Jeszcze jakieś wątpliwości? „Oh she don’t mind, she got the time / I see the new moon rising”, dokładnie tak, „I see the new moon rising”, a ja widzę, że znów nastał czas Wolfmother, powrócili w glorii i chwale. Albo „Oh, my little girl / Look into the other side, you’ll find the time”, tak, tak, kurwa, posłuchajcie tego, ekstaza gwarantowana, jacy oni są zajebiści, no. A jeżeli wam się nie podoba, to… no dobra, to dobrze wiecie co, więc nie będę się niepotrzebnie powtarzał.

Że co? Że drugi raz to samo? Że nie jest tak świeżo i zaskakująco jak trzy lata temu? Że nie wszystkie kawałki są takimi bezapelacyjnymi killerami jak na debiucie? No i co z tego, no? Do I look like I give a damn?

Bookmark and Share
22 paź 2009   Kategoria: albumy

The Asteroids Galaxy Tour – Fruits

The Asteroids Galaxy Tour - Fruit:: Wydawca: Small Giants
:: Ocena:  7,1

:: myspace

Wraz z wydaniem „Fruits” mój osobisty status quo dla najbardziej urokliwej Dunki został niejako zachwiany. Henriette Sennevaldt, wokalistka Under Byen znalazła godną rywalkę w postaci Mette Lindberg. Ale o ile ta pierwsza eksploruje oniryczne, dream-popowe rejony, tak ta druga jest jej totalnym przeciwieństwem (choć zresztą kto powiedział że królowa ma być tylko jedna).

Bo i The Asteroids Galaxy Tour jest totalnym przeskokiem stylistycznym od tego, co prezentują ich trochę bardziej znani koledzy i koleżanki. Absolutnie słoneczna, absolutnie przebojowa. Zaczynając od kapitalnego „The Sun Ain’t Shining No More”, przez „The Golden Age” z szalonym afro-amerykaninem pianistą (wybaczcie, inaczej nie umiem sobie wyobrazić tej kanonady taktów), czy wieńczącym płytę z iście kwaśnym polotem „Bad Fever” nie powinno być nikogo, kto by nie zareagował na tą porcję energii nieskoordynowanymi ruchami tanecznymi. Nie zapominając o frapującym wokalu uroczej Mette.

Ergo, zespół który już w debiucie(!) nagrał płytę polotem i aranżami naprawdę pozwalającą bujać w obłokach jest zaskakującą sprawą, choć sama Mette z pewną dozą bezpruderyjności sprowadza do parteru, siada okrakiem na klatce piersiowej i szepcze do ucha „(…) well now the sun ain’t shining no more”, lecz niech to będzie zasłona dymna. Ta wiosna należała do nich, mam nadzieję że za rok będzie podobnie.

Bookmark and Share