And now for something completely different…
Modrzew! I tak mniej więcej przeszedł do historii pierwszy tydzień życia Elephanta, a już pora wypuszczać nowy numer. Może nie jest to najbardziej logiczna forma, gdy najpierw wychodzi magazyn, a dopiero potem przez cały miesiąc zapełnia się treścią, ale z czasem postaramy się coś z tym zrobić (możecie nadsyłać swoje propozycje, najciekawsze będą uhonorowane nagrodami nierzeczowymi). Póki co tydzień dał nam niezłego kopa motywacyjnego, okazało się, że stać nas na codzienne aktualizacje, a czym redakcja będzie się rozrastała, tym powinny być one częstsze.
And now for something completely, completely different…
Jeśli dla zabicia czasu w pracy / na studiach korzystacie z serwisu facebook, przyłączcie się do naszej grupy: http://www.facebook.com/pages/Elephant-Shoe/160632477346?ref=mf Pomoże to Wam w byciu na bieżąco z co to ważniejszymi tekstami na stronie oraz ciekawymi eventami w kraju.
:: Wydawca: Domino
:: Ocena: 6,9
Cofnijmy się na chwilę do roku 2008, a konkretnie do czasu, kiedy to niemal całe środowisko niezal czekało na pierwsze przecieki z nadchodzącego wielkimi krokami piątego albumu Animal Collective. Tak, chodzi oczywiście o „Merriweather Post Pavillon”. Niczym pierwszej gwiazdki oczekiwano jakiegokolwiek sygnału z nadchodzącej rzekomo „płyty dekady”. I stało się – już pod koniec grudnia wygłodniali fani mogli dać upust swojej niczym nieposkromionej chęci odsłuchania nowego albumu bogów niezalu. Świat oszalał, Animal Collective wyprzedzili muzykę, dzięsiątki na serwisach muzycznych sypały się długimi tygodniami. Mimo całego zamieszania, płyta zrobiła na mnie naprawdę spore wrażenie. I chociaż zdecydowanie wolałem ich „żywe” wcielenie, to na album składały się bardzo dobre i chwytliwe kompozycje. Rodziło się pytanie – co dalej?
Póki co możemy już posłuchać „Fall Be Kind”, świeżutkiej EP-ki grupy. Parę mocno zakorzenionych w brzmieniu „MPP” premierowych utworów nie wywołuje jednak tak jednoznacznej reakcji. Wsłuchując się w dźwięki otwierającego „Graze” nie czujemy wewnętrznego „o cholera!” jak miało to miejsce przy „In The Flowers”. Jest co prawda spokojne, oparte na ukrytych w tle klawiszach intro, jest mocne wejście w odpowiednim momencie, ale to jednak dwie inne opowieści. Prawdziwy killer przychodzi w utworze drugim. „What Would I Want? Sky” to jedna z dwóch perełek w tym skromnym zestawie. Podzielony na 2 części kawałek z początku atakuje perkusyjnym riffem, do którego wkrótce dołącza interesująca, nawet nieco patetyczna partia wokalu. Na wysokości 3. minuty wszystko jednak ulega zmianie. Do głosu dopuszczony zostaje Jerry Garcia, który w akompaniamencie prostego podkładu wielokrotnie wyśpiewuje swoje tytułowe „What Would I Want? Sky”. Nie ma co, doświadczenie z pierwszym w historii legalnym samplem z Grateful Dead jak najbardziej okazało się sukcesem. Żebyśmy się rozumieli – nie mówię tutaj o jakimś niewiadomo jak rewolucyjnym ruchu czy eksperymencie dekady. Po prostu wyszedł z tego bardzo fajny, wiodący prym na EP-ce utwór. Nie można tego niestety powiedzieć o „Bleeding”, które w tym towarzystwie reprezentuje typowego średniaka. Przez ponad 3 minuty trwania właściwie nic się tu nie zmienia – uzupełniający się wokalnie Panda i Avey, niemal ambientowe, próbujące przedostać na pierwszy plan za pomocą rozmaitych, samplowanych przeszkadzajek tło. Bardziej brzmi to jak intro do „czegoś” niż „coś”. Mimo, że przyjemne, ginie gdzieś przygniecione dwoma highlightami zestawienia. Drugim z nich jest „On A Highway”. W zasadzie jego konstrukcja przypomina trochę wspomniane „Bleeding”. Muzycy również tutaj rezygnują z szalejącej sekcji rytmicznej na rzecz stworzenia intrygującej atmosfery. Tym razem udaje się to znakomicie. Pulsujące od czasu do czasu klawisze świetnie podkreślają tajemniczy nastrój całości, a przeszkadzajki nie próbują zdominować reszty utworu. Kończymy pokręconym „I Think I Can”, który traktowałbym trochę jako antycypację przyszłych dokonań grupy. Mimo, że wciąż jest to coś mocno pod „Merriweather Post Pavillon”, zdradza jakiś nowy, ukryty w całym gąszczu bębnów, klawiszy i handclapów kierunek. Czy dobry? Jeśli tylko strona techniczna nie zdominuje kompozycyjnej, uważam, że jest na to spora szansa. Koniec końców to Animal Collective. Eksperymentowanie to dla nich chleb powszedni.
„Fall Be Kind” nie jest ani znaczącym krokiem w przód, ani w tył. Nie sposób nie oceniać go przez pryzmat tegorocznego albumu, którego echa słuchać tu niemal w każdym utworze. Jest to może trochę mroczniejsza i bardziej jesienna propozycja, ale to wciąż to, co tak w Animalach lubimy (lub nie!). Miejmy nadzieję, że muzycy nie pospieszą się teraz z tworzeniem nowego materiału, aby za jakieś 2 lata ponownie zrobić spore zamieszanie w branży muzycznej. Tymczasem, cieszmy się tym co mamy. Bo nawet mimo słabszych i odstających momentów, jest czym.
:: Wydawca: EIMIC
:: Ocena: 7,8
Wbrew nazwie zakładającej, że „Everything is Made in China”, ta trójka była „made in USSR”. Nie ma to raczej większego odbicia w ich twórczość, choć dla nas atut jak najbardziej cenny z punktu widzenia geograficznego, mającego przełożenie na dosyć częste koncerty Moskwiczan w naszym kraju. I tak po dwóch latach od premiery pierwszego LP grupy pt. „4″ w piątek światło dzienne ujrzał wyczekiwany „Automatic Movements”, a pierwsze prawdziwe tygodniowe tournee obejmie siedem miast polskich. Bardzo więc prawdopodobne, że w chwili kiedy czytacie te słowa, Max, Filipp i Alex pakują w torby egzemlarze jeszcze pachnącej świeżym drukiem płyty, by przywieźć je tutaj.
Po świetnym singlu „Automatic” apetyty fanów faktycznie się zaostrzyły. Oddalenie się od wymęczonej już do przesady formuły post-rockowej zrobiło im nader dobrze – odtąd nazwa EIMIC prędzej powinna wzbudzać skojarzenia z terminami takimi jak avant-pop, czy indie pop. Może to jeszcze nie Broken Social Scene, po aranżach „The City Of Airstrip One” słychać, że Moskwiczanie dużo bardziej cenią sobie oszczędność w doborze środków wyrazu, a i musieliby do pracy zatrudnić połowę Chóru Aleksandrowa, żeby ilościowo dorównać kanadyjskiemu kolektywowi. Nie mniej od choćby śladowych inspiracji ciężko byłoby im się wyprzeć. Kanada z czasem stała się też ich drugą ojczyzną. To właśnie tu w Chemical Sound Studios, gdzie w swoim czasie płytę nagrywali m.in. Godspeed You! Black Emperor (kolejna wielka inspiracja Rosjan), zapisali dźwięki pod swoje albumy.
Cieszę się, bo moje najczarniejsze obawy nie potwierdziły się – po świetnym singlu, który wzbudził spore nadzieje, okazało się, że i reszta płyty trzyma poziom. Dwa niezłe przeboje, tj. już wspomniany „The City Of Airstrip One” i „Sleepwalking”, do którego już powstał bardzo fajny, niedrogi, a pomysłowy teledysk, i płyta świetnie sprawdzająca się jako całość – to bilans drugiego długogrającego wydawnictwa EIMIC. Na upartego możnaby się przyczepić do kilku dłużących się fragmentów, albo trącących miejscami banałem tekstów, ale nie specjalnie odciągają one uwagę od meritum, zwłaszcza, że mamy do czynienia z bądź co bądź wydawnictwem „pop” (jak dziwnie by to nie zabrzmiało). Tak więc pozostaje tylko podsumować, jak to zwykli mawiać wschodni Amerykanie: „riebiata, oczień charaszo!” Czytaj całość »
:: Wytwórnia: Kill Rock Stars
:: Ocena: 8,1
Są dwie rzeczy, za które – muszę powiedzieć – wprost ubóstwiam Thao Nguyen. Po pierwsze niesamowita wrażliwość, którą z wdziękiem udaje jej się przelać w swoje piosenki, i po drugie – jeszcze bardziej unikalna w dzisiejszych czasach – kobiecość. Mimo pewnych pokrewieństw twórczych, jej osoba stanowi całkowitą anty-tezę takich sylwetek jak Karen O, czy PJ Harvey (nie obrażając ich obu). Thao prędzej sprawia wrażenie małej, nieśmiałej, pełnej uroku, choć trochę zagubionej dziewczynki, istniejącej na tym świecie chyba tylko dzięki muzyce. Nie przeszkadza jej to jednak w byciu niezależną i nie oglądaniu się na krytykę innych. Wysuwa się na linię strzału wyemancypowanych feministek, gdy w tytułowym „Know Better Learn Faster” z bezradnością wyznaje „but I need you to be better than me”. Daleko jej jednak do wizerunku zobojętniałej, posłusznej kury domowej, gdy już w kolejnym utworze buntuje się: „What am I, just a body in your bed?!”. Lubi potrząsać słuchaczem posługując się silnymi kontrastami nie tylko w sferze tekstowej, ale i nagłych zmianach aranżacyjnych.
O nich też wypada powiedzieć parę słów, mamy w końcu teoretycznie do czynienia z dwoma projektami połączonymi w jeden: Thao i The Get Down Stay Down. Słychać to nawet na samej płycie – nie mamy do czynienia z piosenkami, które mają kilku ojców, w których przejawia się pewna zbiorowa myśl kompozytorska. Utwory powstają najpierw w zaciszu mieszkania Thao, dopiero potem odwiedzają salę prób i tu przechodzą gruntowny tuning. Prawdopodobnie stąd bierze się ta świeżość i wielobarwność ich brzmienia. To samo można powiedzieć o całej dotychczasowej twórczości Thao with the Get Down Stay Down – żaden motyw nie jest tu powtórzony, żaden nie wywołuje choćby minimalnego uczucia déjà vu. Żywiołowe emocje ubrane w radosne melodie, pompatyczne sekcje dęte na kształt produkcji telewizyjnych z “happy-endem”. Całość aż się prosi o wykorzystanie w porządnej produkcji filmowej, albo musicalu.
Choć bez wątpienia ciekawym doświadczeniem byłoby usłyszeć je także w pierwotnych wersjach, sam na sam: gitara akustyczna + śpiew Thao. Jak zdążyła to już pokazać za pośrednictwem serwisu Yours Tru.lu – z pewnością nie byłaby to rutyna, flegmatyczne, pozbawione krzty polotu smęty w rodzaju Damiana Rice’a, tylko coś w dalszym ciągu oryginalnego, a do tego jeszcze intymnego i ciepłego. Jak dla przykładu „But What of the Strangers” z ostatnich minut tej płyty. Na ile znam życie – pewnie i na to przyjdzie czas… Czytaj całość »
:: Wydawca: Get Physical Music
:: Ocena: 6,7
Spotkałem się z opinią, że najnowsza odsłona kompilacji z cyklu „Body Language”, za którą odpowiedzialni są panowie Gernot Bronsert i Sebastian Szary bardziej znani jako Modeselektor nie pasuje do profilu całej serii. Zaiste osobliwy to osąd, bo nie przypominam sobie, aby takowy profil kiedykolwiek istniał. Wystarczy rzucić okiem choćby na dwie poprzednie części: szósta, zmiksowana przez Kanadyjczyków z Junior Boys, którzy didżejką parają się jedynie okazjonalnie, była mieszanką house’u, electro popu i disco, część siódma, która wyszła spod rąk Matthew Deara, była z kolei udaną próbą ukazania mniej surowej twarzy minimalu, przyprawioną szczyptą deep house’u. Trudno dopatrzyć się tu jakiejś reguły, a opisywana płyta jedynie to zadanie utrudnia.
Modeselektor znani są z tego, że za nic mają sobie podziały na sztywne ramy gatunkowe. Ich poprzedni oficjalny miks, wydany w 2007 roku nakładem BPitch Control „Boogy Bytes Vol. 3” był wybuchową mieszanką najróżniejszych znanych światu gatunków elektroniki i wielu purystom przypomniał, na jak wiele można sobie pozwolić w DJ secie. „Body Language Vol. 8” zbudowana jest według podobnego klucza, a raczej jego braku. Dubstep, techno, hip hop, electro, indie i mnóstwo muzyki, której nikt jeszcze na szczęście nie ośmielił się nazwać – wszystko to na przestrzeni 29 kawałków, a raczej ich skrawków trwających niekiedy po kilkanaście sekund, w niespełna godzinnej parkietowej torpedzie. Chłopaki jak ognia unikają szablonowych dźwięków i standardowych podziałów 4/4, pełno tu rechoczących basów, kosmicznych syntezatorów i narowistych hatów. Norman Nodge, Benga, Busta Rhymes, Robert Hood, Major Lazer, Animal Collective – wszyscy oni podają sobie tutaj ręce. Nie ma mowy o nudzie, całości słucha się jednym tchem, by na końcu z niedowierzaniem zadać sobie pytanie, niczym po niespodziewanym brzęku tłuczonego szkła, „co to było?”.
Wiele osób uważa, że w dobie tylu darmowych podcastów wydawanie miksów na płytach nie ma najmniejszego sensu. Moim zdaniem jest dokładnie odwrotnie, ponieważ tym sposobem poprzeczka zawieszona jest nieco wyżej i oficjalnie wydane kompilacje są szansą na zaprezentowanie czegoś naprawdę wartego uwagi. Modeselektor dokładnie to zrobili.
:: Wytwórnia: Peaking Mandala
:: Ocena: 7,8
:: myspace
Jim Jarmusch mówi: „Nothing is original. Steal from anywhere that resonates with inspiration or fuels your imagination. Devour old films, new films, music, books, paintings, photographs, poems, dreams, random conversations, architecture, bridges, street signs, trees, clouds, bodies of water, light and shadows. Select only things to steal from that speak directly to your soul. If you do this, your work (and theft) will be authentic (…)”
Piękne słowa, według których wielu by chciało działać, ale niestety niewielu ta sztuka się udaje. Pomimo faktu że niestety jestem w tej pierwszej grupie (więc powinny moje słowa ociekać żalem i zazdrością) mogę z pełną radością ogłosić że znalazł się człowiek którego praca (i złodziejstwo) okazały się autentyczne.
Andrew Douglas Rothbard, bo tak nazywa się ten szczęściarz patrząc przez pryzmat słów Jarmuscha wykonał kawał dobrej roboty. „Exodusarabesque”, choć paradoksalnie nagrana własnym sumptem i dostępna tylko w formie elektronicznej, bez kozery można doliczyć do lepszej części płyt tego roku.
Wszystko dlatego że „Exodusarabesque” stoi różnorodnością. Nie chodzi tu nawet o to, że każda kompozycja jest jakby z innej bajki – każda pojedyncza nuta może zaskoczyć. Rothbard nie boi się bawić armią swoich zabawek, tak jak nie boi się zmieniać konwencji. Psych-folk, freak-folk, idm, mnóstwo elektroniki, pop. I tak też słyszymy jak w zależności od swojego nastroju swoje delikatne wokalizy rozszarpuje przez świdrujący hałas. Szaleńcze partie gitary nakładające się na subtelne dźwięki z syntezatora. Wszystko pokryte ogromną ilością muzycznych smaczków i zmian tempa. I można zrobić to w dobrym smaku i ze świeżością? Można.
Gotów byłbym uznać „Exodusarabesque” za swego rodzaju paradygmat. Mam wrażenie, że ta płyta to furtka uświadamiająca, jak duże pole do popisu pozostawia muzyka i jak mocno może się rozwijać dalej będąc autentyczną.
:: Wydawca: Astralwerks
:: Ocena: 7,9
Mam przepotężną blokadę literacką. Od dwóch tygodni z lepszym lub gorszym skutkiem klecę kilka składnych zdań na temat płyty Kings of Convenience i póki co niewiele z tego wynika. O dziwo nie jest to kwestia posuchy w kwestii wiadomej korelacji pomiędzy pracą mojego życia, a więc kobietami, a muzyką. Raczej faktu daleko idącego niezrozumienia tematu, przynajmniej w tym przypadku. Przysłowiowy pies pogrzebany już został na wysokości rozgryzienia zachowań owej pięknej pani. Równolegle ze wspomnianą niemocą usadowiła się dama gdzieś w pamięci, rozepchnęła się łokciami i wyleźć nie chce, torturując mnie przy okazji wizją przyszłych-przeszłych zmarnowanych szans i minionych wspomnień. Jakkolwiek fascynująca, irytuje mnie zaistniała sytuacja przeokrutnie. Jako sceptyk, półinteligent i człowiek nauki bezskutecznie próbuję sobie zracjonalizować ciąg ostatnich wydarzeń, co z reguły kończy się na jeszcze większym kotle emocjonalnym. Pławię się zatem teraz w morzu feminizującej semiozy, sprowadzając zachowania do oczywistych memów. Zaś końca tej batalii najwyraźniej nie widać. Cóż, c’est la vie.
Za każdym razem, gdy zbliżam się do clue wspomnianej recenzji i przeczuwam nadchodzącą epifanię, ma ona perfidny zwyczaj wymykania mi się z rąk w najważniejszym momencie. Umyka tak samo, jak umknęła piękna dama we wtorkowe popołudnie pomiędzy pytaniem o notatki z literatury staropolskiej a zaproszeniem na kawę. Nie zdążywszy nawet zapytać, za co nie-dziękuję kumplowi z czasów jeszcze prehistoryczno-licealnych, miałem jednak okazję być świadkiem jej depart. Szła taka dumna i wyprostowana. Nie miała tylko teczki.
Pewnie nic dziwnego by w całej sytuacji nie było, gdyby nie fakt jakże zapewne nietrafionego porównania okrutnego bajzlu, w który zdarzyło mi się wkopać, z faktem jednoczesnego poznawania „Declaration of Dependence”. Bo cóż ja miałem zrobić, gdy odbierałem od niej książkę pewnego znanego autora prac teoretycznoliterackich z dziedziny poetyki. Nie spodziewałem się zalotnej literki „K” utworzonej z dwojga wyczekujących (zapewne niecierpliwie na możliwość szybkiego odejścia) nóg, książki szczelnie zawiniętej pomiędzy złożonymi ramionami i absurdalnie wręcz uroczego uśmiechu. Być może pozwoliłem sobie na zbyt wiele, niesiony jeszcze refrenem „Mrs Cold”, perfidnie wykorzystując sytuację i istniejącą zależność w tego typu sytuacjach, wyciągając „Poetykę” prosto z jej rąk. I naprawdę, było coś tak magicznego w jej postawie, w jej pozwoleniu, że aż poprowadziłem w ciągu tej ostatniej sekundy prywatnego przemyślenia, możliwe scenariusze chwili. Jakby to pewnie było, gdyby gdzieś pośrodku akustycznego dwubrzmienia „Boat Behind” spotkalibyśmy się po kilku latach, mając na karku wszelkie piękne chwile spędzone ze sobą i świadomość, że cała ta kabała zakończyła się banalnie prostym „nigdy nie będę twój/twoja”. Jak u Gondry’ego. Ewentualnie bez pędzącej kamery wycelowanej w sklepowe witryny sąsiedniej ulicy.
Zabawne, że na „Declaration of Dependence” znajduje się wszystko, co definiuje związki międzyludzkie – euforia posiadania osoby, która gotowa jest na empatię, wiadoma synteza szczęścia i przyjaźni, niemożność pogodzenia się z upływem czasu, a co za tym idzie wszędobylską nudą i poczuciem narastającego niezrozumienia oraz, chyba najgorsze, poczucie tęsknoty za pięknymi momentami z przeszłości i świadomość własnej klęski. Hipnotyzują Erlend i Eirik całkowicie, gdy wspominają dwadzieścia pięć pocztówek schowanych gdzieś w pudełku w „Riot on an Empty Street” (najsilniejszy akcent pomiędzy poprzednim a nowym albumem). A do tego wystarczają im dwie gitary i fortepian. Z tej perspektywy „Declaration of Dependence” staje się trzynastoutwrową próbą rozłożenia na czynniki pierwsze relacji międzyludzkich. Przewrotnie słodko-gorzki „24-25” na początek, równie przewrotny i zrzucający ciężar winy za własne niepowodzenia na innych „Rule My World”. Do tego oczywista transformacja dokonująca się na wysokości „Power of Not Knowing”. Czy warto się w takim razie starać? Nie do końca. Chociaż to pewnie kwestia smutnej muzyki, że od błędnym odczytaniu „Absolwenta” nie wspomnę.
Człowiek, choć jeszcze młody, niedoświadczony łapie się na gorzkiej rekapitulacji wydarzeń, które zdefiniowały go w najwyższym stopniu. Rzeczą niepewną jest tylko fakt, czy owe wydarzenia z przeszłości wyśmiewać, zaś w ramach własnego psychicznego komfortu stwierdzić autokrytycznie, że jeszcze kilka tygodni, miesięcy, lat temu było się żałosnym kretynem, czy też raczej przybić się do krzyża porażek i znienawidzić siebie jeszcze bardziej. W tym właśnie sprzężeniu, całkowitym poddaniu się temu albumowi tkwi jego siła. Choć gimnastykuję się straszliwe, aby zachować pozycję bezstronnego obserwatora, próbuję uciec od tortury sytuacji, ni stąd, ni zowąd bilansować zaczynam własne zyski i straty. Czyli, wychodzi, że to najdojrzalszy album Kings of Convenience. Póki co.
The Antlers – Shiva from LaundroMatinee on Vimeo.
Fragment występu zapisany podczas tegorocznego Monolith Music Festival. Utwór pochodzi z ich niedawnego albumu „Hospice”.
:: Wydawca: Warner Music
:: Ocena: 6,5
Podobno słuchają ich tylko Polacy i Francuzi. W ciągu 15 lat swojej kariery zgrabnie balansowali stylistycznie między trip-hopem, a podrasowanym elektroniką, art rockiem. Z racji tego drugiego nierzadko nazwani byli nawet Pink Floydami XXI wieku. W swoich ostatnich dokonaniach zdają się wyraźnie powracać do czasów mrocznego „Londinium”. Na tegorocznym „Controlling Crowds” słychać sporo odwołań do typowo bristolskich dźwięków, wymieszanych z elementami dobrze znanymi chociażby z „You All Look The Same To Me” czy „Noise”. Minęło zaledwie 7 miesięcy, a Brytyjczycy już wydają kolejny album, który jest raczej post scriptum, niż nowym, niezależnym materiałem. Czy to znaczy, że jest gorszy?
Powiedzmy to od razu – jeśli komuś podobały się pierwsze 3 części „Controlling Crowds”, to i 4 odsłona powinna go zadowolić. Volty stylistycznej oczywiście nie ma i w sumie trudno się dziwić. „Part 4” to najprawdopodobniej zakamuflowany album z odrzutami. Znajdziemy tu zarówno elektryzujące, szybsze utwory (świetny „Pills”), jak i balladowe, bardziej stonowane fragmenty („The Empty Bottle”, „The Feeling Of Losing Everything”). Czyli generalnie nic nowego. Jedyną istotną różnicą jaką można tu wskazać, jest charakter całego wydawnictwa. Nie jest to żaden wydumany concept album, całość brzmi raczej jak zbiór bardziej lub mniej udanych singli. Jak już wspomniałem – są poruszające ballady, hipnotyzujące, niemal agresywne killery, jest nawet rapujący John Rosko. Są kawałki dobre, ale i nudne, zupełnie niepotrzebne wypełniacze. No ot choćby takie „Blood In Numbers” czy „Thought Conditioning”. Skrócenie płyty z niemal 50, do powiedzmy 30-35 minut zdecydowanie wyeliminowałoby panujący tu przesyt.
Czy swego rodzaju dodatek przewyższył główny album? Zależy jak na to patrzeć. Z jednej strony, część 4 „Controlling Crowds” wydaje się przystępniejsza i łatwiejsza w odbiorze niż 3 poprzednie. Z drugiej jednak, brakuje tutaj trochę mroczniejszych, chłodnych momentów z którymi ostatnio muzycy Archive przecież tak świetnie sobie radzą. Również brak spójności ostatecznie jawi się jako wada, nie przyciągając do albumu na dłuższy czas. No ale przecież na nic więcej nie liczyliśmy, prawda? Mimo wszystko, jest to bardzo sympatyczne i warte przesłuchania wydawnictwo. I chociaż nic nie zapowiada powrotu do poziomu wydanego w 2002 roku „You’re All The Same To Me”, to są szanse, że Archive jeszcze nie raz nas czymś zaskoczą.
Fall Be Grand // Gold Panda – „Quitters Raga” from Cody Bralts on Vimeo.
Jeszcze jeden fanowski teledysk do utworu Gold Panda „Quitters Raga” autorstwa młodego kolesia o ksywce Cody.