right_side

Archiwum Grudzień, 2009

31 gru 2009   Kategoria: * magazyn *

Elephant Shoe #03 (Grudzień 2009)

Elephant Shoe #03And now for something completely different…

Kolejna zima, a śnigu nima. Do tego piździ, brudno, a wszędzie leżą pierdolone kurtki… I się człowiek potyka o te kurtki i leci na pysk! No cóż, widzicie, klimat był zawsze raczej przeciwko nam. Ale to jeszcze nie powód, żeby mówić brzydkie wyrazy, prawda? Więc jeśli z jakichś powodów (byliście niegrzeczni, czy to nie zaliczacie się do naszej wielkiej, a jednak wciąż prężnie rozrastającej się katolickiej rodziny) dzisiejszego poranka nie zastaliście pod poduszką prezentu-niespodzianki zostawionej przez czerwonego, brodatego grubaska (i nie mam tutaj na myśli Michaela Moore’a!) – mamy dla Was coś na pocieszenie. W Wasze ręce oddajemy trzeci numer Elephanta.

Muzo-casty

Przy tej okazji uruchamiamy na stronie nowy dział, w górnym menu oznaczony kodem operacyjnym „Muza„. Zapytacie: o co kaman? Na stronie jest już podobna kategoria, więc po co drugi dział? Cast poświęcony jest wyłącznie najwyższej jakości klipom tuż po premierze, unikalnym zapisom doskonale wyreżyserowanych koncertów, wywiadów itp. Zupełnie inne zadanie będzie mieć „muzo-cast„.

Wyobraźcie sobie: siedzicie w pracy, albo „zakuwacie” do egzaminu, szukacie jakiejś bzdury, żeby się czymś zająć na godzinę, wszystkie artykuły o ludziach z dwiema parami rąk, ustami na czole i magnetofonem w nosie dawno przewertowane, kurnik.pl się wypalił, a na YouTube też nie możecie już patrzeć. Zaczyna Was mierzić, że marnujecie czas w tak nieefektywny sposób. Muzo-cast jest lekki, a jednocześnie daje szansę na poznanie czegoś ciekawego, oznaczenie tagami określającymi mniej więcej ramy gatunkowe utworu daje szansę szybkiego zorientowania się, co może nas interesować, a co nie. Przy częstych aktualizacjach, możliwe że doczekamy się czegoś w rodzaju niezal-muzycznej wersji „wykopu”. Miejcie ten argument na uwadze przy okazji, gdy kolejny raz będziecie planować swój czas roboczego nieróbstwa. A póki co: so long and thanks for all the fish!

Bookmark and Share
31 gru 2009   Kategoria: albumy

Sunn O))) – Monoliths & Dimensions

:: Wydawca: Southern Lord
:: Ocena: 7,2

:: www

Przyznać się szczerze – komu z Was zdarzyło się chociaż raz zadrwić z mrocznych panów z Sunn O)))? Dobra, dobra, opuście już ręce, tak myślałem. Właściwie to doskonale to rozumiem i sam przysłowiowego kamienia rzucić bym nie mógł. No bo jakby nie patrzeć to:

  1. Goście noszą czarne habity. Rozumiecie? Jak Gregorians, bądź jakieś inne pseudomistyczne kabarety.
  2. Ich muzyka opiera się na trwających w nieskończoność uderzeniach w przesterowaną jak to tylko możliwe gitarę.
  3. W przypadku nie zastosowania zatyczek do uszu, ich koncerty mogą doprowadzić do trwałego uszkodzenia słuchu.
  4. Skrajna homogeniczność stylistyczna, oficjalna przyczyna dość znikomej popularności albumów grupy (patrz punkt nr 2).

Generalnie przy pierwszym zetknięciu się z ich twórczością nie można nie odnieść wrażenia, że jest to raczej coś „dla wtajemniczonych”. Nie każdy ma ochotę wsłuchiwać się we wspomniane długie, głośne, nudne, wręcz trochę zabawne so-called riffy i z piekła rodem odgłosy. W tempie 20 bmp rzecz jasna. A jednak jest w tym wszystkim coś, co mimo wszystko zachęca do zagłębienia się w mroczny świat Sunn O))). Kto uważnie śledzi dokonania owej grupy, wraz z „Monoliths & Dimensions” przeżyje coś w rodzaju miłego dla ucha zaskoczenia. Powód? Wyraźne odświeżenie formuły (w końcu!).

Koniec wracania wspomnieniami do 2005 roku, kiedy to doznawaliśmy uznawanego do dziś za najważniejszy album słoneczek „The Black One”. Zapominamy również o wszelkich niepowodzeniach i wskazujących stopniowy spadek formy wydawnictwach (zeszłoroczne „Dømkirke” się kłania). Oczywiście owe odświeżenie formuły nie wiąże się z jakąś drastyczną woltą stylistyczną, lecz raczej z delikatnym sprowadzeniem owej muzyki (niektórzy nie nazywają tego muzyką, a to złośliwcy!) na trochę mniej schematyczne i „wyjeżdżone” już tory. Już biorąc pierwszą z brzegu „Agharthe” słyszymy, że wszystko tu zmierza w jakiś konkretny, ukryty pośród gitarowego ciężaru punkt. I rzeczywiście! Wokalne wejście Atilli Csihara robi ogromne wrażenie. Szczególnie warto wsłuchać się w końcówkę, gdzie gitary ustępują miejsca bliżej nieokreślonym odgłosom, a siła apokaliptycznego monologu uwydatnia się jeszcze bardziej. Pytacie co w tym nowego i gdzie te „nowe tory”? Jeśli poczuliście się zaintrygowani klimatem „Agharthy”, „Big Church” absolutnie nie da Wam opuścić mrocznego świata „Monoliths & Dimensions”. Zaczynamy od dziewczęcego chóru, którego partie jak ulał pasowałby do filmów grozy. Owe nawiedzone głosiki nierzadko zdają się nawet dominować nad resztą, wchodząc w swoisty dialog z SUNN-ącymi gitarami. No i jest też oczywiście Atilla, tym razem nieco bardziej w tle. Kolejny „Hunting & Gathering (Cydonia)” to zdecydowanie najszybsza kompozycja w zestawie (spokojnie, do tupania nogą wciąż daleko). Ponownie na pierwszy plan wysuwa się tu niski, demoniczny growl, a atmosfera stopniowo gęstnieje za sprawą kapitalnie zaaranżowanych chórów, waltorni czy obecnych gdzieś pod spodem syntezatorowych pasaży. Tak i oto dobrnęliśmy do ostatniego, chyba najbardziej przewrotnego w historii Sunn O))) utworu – „Alice”. Nie pamiętam kiedy ostatni raz dane było mi użyć słowa „piękne” w nawiązaniu do ich muzyki. Powolna, okraszona bogatą aranżacją kompozycja stanowi niewątpliwie najciekawszy moment albumu. W końcowej części bliżej jej nawet dokonań Niemców z Bohren & Der Club Of Gore, niż rasowych drone’owców. Wspominane waltornie, flety i harfy uwalniają się spod panowania i tak złagodzonego już riffu, zaczynając samotnie snuć własne tematy. W końcu sami zaczynamy zadawać sobie pytanie: czy to wciąż ten sam zespół?

Osobiście, uważam „Monoliths & Dimensions” za najdojrzalsze i zarazem najlepsze dzieło Sunn O))). Jeśli chociaż część zabiegów, których jesteśmy tutaj świadkami, zwiastuje nadejście nowej ery w obrośniętych pajęczynami, monotonnych dronach, to śmiało to kupuje. I właściwie co z tego, że w habitach, że może nawet trochę to wszystko przejaskrawione? To jest po prostu dobra płyta. Kto wie, może nawet idealna do rozpoczęcia przygody z Sunn O))) dla sceptycznie nastawionego słuchacza?

Bookmark and Share
29 gru 2009   Kategoria: albumy

Dan Kahn & The Painted Bird – Partisans & Parasites

:: Wydawca: Oriente
:: Ocena: 7,5

:: myspace

Muzyka klezmerska połączyła się z jazzem, co dalej?Zdawać by się mogło, że forma muzyczna, której sensem była ewolucja, osiągnęła w końcu ostateczny kształt. W latach 90′ zarejestrowaliśmy wysyp klezmerskich zespołów, główna w tym zasługa wytwórni Johna Zorna Tzadik Records. Nastał dobrobyt, rozwój, masa świetnych wykonawców, czemu więc mówić o kryzysie? Kroke, The Klezmatics, Koby Israelite inspirują się jazzem, Crakow Klezmer Band gra muzykę w nieco bardziej tradycyjnym ujęciu.Czego brakuje? Żydowscy jazzmani potrafią bawić się muzyką jak mało kto, jednak kiedy kilkudziesięciu artystów, robi to w podobny sposób; powiedzmy śmiało – klezmer jazz stał się anachroniczny i przebrzmiały, kolejni wykonawcy stali się odtwórcami. W takiej sytuacji nie można mówić o oryginalności. W takiej sytuacji nie można też mówić o plagiacie – sytuacja patowa.

Zmienił to rok 2005, kiedy Daniel Kahn skończył studia na University of Michigan i przeniósł się do Berlina. W ciągu kilku miesięcy stał się integralną częścią tego miasta i na dobre wrósł w tamtejsze środowisko. Jak to zwykle bywa, poznał kilku innych muzyków, zaiskrzyło i powstała nowa formacja: Dan Kahn & The Painted Bird (inspiracją dla nazwy była książka Kosińskiego “Malowany ptak”. Kto czytał, ten wie, kto nie czytał – niech żałuje).

Zespół wypełnił czarną dziurę w muzyce klezmerskiej. Sami artyści określają się równaniem:

Punk Cabaret + Radical Yiddish Song + Gothic American Folk + Klezmer Danse Macabre = Yiddish Punk Cabaret.

Jak w jednym z wywiadów wyjawił lider formacji, zespół chciał tworzyć niezależną, wielokulturową i wielogatunkową muzykę. Udało mu się. Ostatnia płyta uwidacznia wpływy, jakim zespół ulegał na przestrzeni ostatnich 5 lat. To jest coś między Bobem Dylanem, Leonardem Cohenem i Tomem Waitsem. Moja dobra znajoma (kto wie, może przyszła żona?) określiła Kahna jako żydowskiego Nicka Cave’a.

Przyjrzyjmy się bliżej samej płycie. Jest to drugi longplay w historii zespołu. Pierwszym był “The Broken Tongue” . Krążek przeszedł jednak bez echa, zarówno w szeroko rozumianym środowisku muzycznym, jak i pośród najbardziej zainteresowanych – samych Żydów. Umknął również mojej uwadze. Nowego wydawnictwa zespołu nie powinien jednak przeoczyć żaden sympatyk muzyki niezależnej. Tak, niezależnej – Kahn stworzył coś, co wykracza poza ustalone ramy – czerpie zarówno z popu jak i muzyki tradycyjnej. Momentami, można by rzec – poważnej. Co ciekawe, odbiór płyty nie jest z góry ustalony. Równie dobrze można się przy niej bawić, tańczyć, pić i śmiało pochlastać. Na krążku znajdziemy kawałki po angielsku, niemiecku, jidysz i rosyjsku. Moim zdaniem utwory rosyjskie zdecydowanie odstają od pozostałych. Być może dlatego, że tego języka nie znam, lub po prostu dlatego, że nie pasuje on do granej przez zespół muzyki. Na chwilę obecną nie jestem w stanie tego określić.

Partisans & Parasites to krążek znakomity, utrzymany jednostajnie na bardzo wysokim poziomie. Twórczość zespołu odnosi się do szerokiej grupy odbiorców, zarówno dla fanów rocka, folku, czy jazzu, a sama płyta może być dobrym startem dla kogoś, kto chce wejść troszeczkę głębiej w żydowski folklor.

Bookmark and Share
27 gru 2009   Kategoria: albumy

HPC – Halfbreed

:: Wydawca: Hymen Records
:: Ocena: 8,3

:: www

Dźwięk budzika narastał. Początkowo niemalże niesłyszalny, nierealny, jakby zawieszony pomiędzy snem i jawą, z każdą chwilą stawał się coraz donośniejszy, coraz bardziej metaliczny i coraz bardziej nie do zniesienia. Otworzyłem oczy i leżałem chwilę w bezruchu, rozczarowany nagłym i bolsenym przebudzeniem. Krystalicznie czyste, jasne światło rozświetlało pokój. Nie lubiłem tego, irytowała mnie ta cała idea synchronizacji. Nie można jakoś tego wyłączyć? – zapytałem wprowadzając się do mieszkania. Przykro mi, odparł właściciel, światło zapala się, kiedy tylko otwierasz oczy i gaśnie, kiedy zasypiasz. To bardzo dobry system. Może dla ciebie – pomyślałem wtedy i zdania wciąż nie zmieniłem.
Spojrzałem na zegarek. Była czwarta siedemnaście, a to oznaczało, że do wyjścia miałem niecałe pół godziny. Podczas porannej toalety przejrzałem pobieżnie nagłówki najświeższych wiadomości (hologramy to świetna rzecz, odkąd zainstalowałem ten system, mam dostęp do dotykowego ekranu w każdym miejscu mieszkania), ale nie znalazłem nic interesującego. Jakiś konflikt w sektorze B-GR1, protesty (szybko stłumione) niewolników w fabrykach na południu, śmierć jednego z przywódców New Order Division, opozycyjnej organizacji, opowiadającej się za zniesieniem niewolnictwa i przywróceniem światu dawnego blasku (ach, te populistyczne hasła!).

(…)

Na zewnątrz panował mrok. Nie ma jeszcze piątej, mógłby ktoś powiedzieć, ale w tym świecie pora dnia nie odgrywa tak wielkiej roli. Świat przełomu dwudziestego pierwszego i dwudziestego drugiego wieku jest światem, w którym słońce przestało świecić. Ziemia od lat podzielona jest na kilkadziesiąt sektorów, a każdy sektor składa się z kilkuset ogromnych, wielopoziomowych miast. Wielopoziomywch metropolii, mówiąc dokładniej. Wyobraźcie sobie potężne, pełne wysokich budynków miasto z waszych czasów. O ile mnie pamięć nie myli, Nowy Jork chyba, widziałem go w jednej prezentacji dotyczącej historii. I teraz wyobraźcie sobie, że Nowy Jork nie składa się tylko z jednego poziomu, na którym znajdują się wszystkie ulice i chodniki i z którego ku niebu wyrastają drapacze chmur. Wyobraźcie sobie, że Nowy Jork jest wielopoziomowy. Wyglądacie z okna na dziesiątym piętrze, widzicie ulice i chodniki. Wyglądacie z okna na trzydziestym piętrze, widzicie inne ulice i chodniki, usytuowane na innym poziomie. A teraz wyobraźcie sobie, że istnieje kilkadziesiąt takich poziomów, między którymi nieustannie kursują super szybkie windy i kolejki. Mój świat tak właśnie wygląda… z jednym drobnym szczegółem. Wyobraźcie sobie, że kilkaset metrów nad powierzchnią, ponad wszystkimi poziomami miasta, góruje wielka kopuła. Na tej kopule, wykonanej z najtwardszych istniejących materiałów, wyrasta kolejne miasto. I kolejne. Ciężko powiedzieć mi, ile ich jest, aby dostać się do miast wyższych poziomów należy posiadać specjalne wizy i przepustki, których otrzymanie graniczy z cudem. Mój świat to świat, w którym istnieje tylko jedna droga. Prowadzi na samo dno.

(…)

Neony rozświetlały ulicę, którą szedłem. Tysiące reklam emanowało światłem tak jaskrawym, że nieustannie musiałem mrużyć oczy. Nie lubiłem tej części miasta, zawsze obawiałem się każdej sekundy tam spędzonej, ale taksówki były zbyt drogie, bym mógł sobie na nie pozwolić. Lawirowałem więc między dilerami, prostytutkami i narkomanami, uważnie spoglądając w każdy kolejny zaułek i z bijącym sercem stawiałem kolejny krok.

(…)

Nie lubiłem swojej pracy. Chociaż sam byłem ważnym menedżerem, mój Szef był jeszcze ważniejszy. Ale nawet on, ważniejszy ode mnie mój Szef, miał nad sobą kilku Szefów Wyższego Rzędu, którzy to z kolei podlegali Szefom Jeszcze Wyższych Rzędów. Świat przełomu wieków był bowiem osobliwym światem, gdzie każdy nazywał się Szefem (słowo „szef” występowało w różnych formach i odmianach takich jak „dyrektor”, „prezes”, „menedżer”, ale każde oznaczało dokładnie to samo), a jednocześnie każdy Szef był niewolnikiem dziesiątek, setek, a może nawet tysięcy czy setek tysięcy innych Szefów, Szefów Wyższych Rzędów. Piramida pięła się ku nieskończoności i nikt nie wiedział, kto znajduje się na jej szczycie, o ile taki szczyt w ogóle istniał. Niektórzy przypuszczali, że wierzchołek ten rzeczywiście istnieje i co więcej – że jest to wspólny wierzchołek dla wszystkich firm i korporacji, jakie działają na świecie. Pomysł, że gdzieś, w jakimś zakątku świata, żyje człowiek będący Szefem Wszystkich Szefów, swoisty bóg, pociągający za wszystkie sznurki, egzystujący ponad wszystkimi ludźmi wydawał się szalony, ale czy na pewno? Zastanawiałem się nad tym wielokrotnie i odpowiadałem na to pytanie innym – czy świat w którym przyszło mi żyć nie jest bardziej szalony i bardziej absurdalny od poglądu na temat istnienia Szefa Wszystkich Szefów?

(…)

Wszystkie budynki były niemal takie same. Wysokie na kilkadziesiąt pięter, czarne prostopadłościany bez okien. W środku kilka tysięcy identycznych mieszkań, składających się z pokoju, łazienki i niewielkiej kuchni stłoczonych na niecałych piętnastu metrach kwadratowych. Ludzie mieszkali w nich głównie samotnie, opuszczając je wychodząc jedynie do pracy. W tym świecie nikt się z nikim nie spotykał. Świat upadł. Nadziei brak.

Tak mogłyby brzmieć fragmenty opowiadania lub powieści zainspirowanej tym albumem. HPC „Halfbreed”. To jedna z najlepszych rzeczy jaka przydarzyła się muzyce w roku 2008 i jednocześnie jedna z najlepszych rzeczy w elektronice na przestrzeni ostatnich kilku lat. Gęsta, ciężka atmosfera, przypominająca cyberpunkowe klimaty Matrixa czy Ghost In The Shell, ograniczając się do tych najbardziej mainstreamowych produkcji. Wiadomo, świat przyszłości, nowoczesna technika, upadek moralności, skorumpowani politycy i rządy wielkich korporacji. Ogromne, wiecznie pogrążone w mroku metropolie. Rzeczywistość, w której ponura egzystencja jest najgorszą z tortur (niektórzy tak narzekają na współczesny świat, ogarnijcie, że wcale nie mamy tak bardzo przejebane, następne stulecie będzie dużo gorsze, więc zamiast marudzić, wracać do życia i don’t give a fuck about nothing except rockin’ and rollin’, living fast, dying young and leaving a good-looking corpse, cytując, no właśnie, kogo? kojarzycie cytat?).

„Halfbreed” to dziewięć fenomenalnych kawałków, których słuchajcie koniecznie w nocy i koniecznie na słuchawkach (identycznie jak z tegorocznym „Symbiosis” Demdike Stare, który swoją drogą jest świetnym albumem). To idealny soundtrack zarówno na moment tuż przed zaśnięciem jak i do długich, nocnych wędrówek po mieście. Trochę to jak z muzyką Fennesza czy Basinskiego, ale o ile ich (a w szczególności tego drugiego pana) dokonania brzmią jak ścieżka dźwiękowa do upadającego, rozpadającego się na kawałki świata, tak w przypadku HPC to muzyka ilustrująca świat, który upadł już dawno, a teraz, pogrążony w agonii, zapada się coraz bardziej w nicość. Uwielbiam każdą sekundę tej produkcji. Rozpoczynający całość, otwierający drzwi do tej innej, brudnej rzeczywistości, „Womb”. Atakujący mocnym, agresywnym beatem „Dissociate” (no i te dźwięki w tle, doprowadzające do szaleństwa) z zaskakującą zmianą nastroju w drugiej części, będącej jednym z moich ulubionych fragmentów albumu. Krótki kawałek mówionego tekstu, przedstawiający urywek rozmowy na tle syntezatorowych plam, przerwany serią trzasków i pisków. I dalej jest coraz ciekawiej, coraz bardziej psychodelicznie. Muzyka nieraz przestaje być stricte muzyką, przyjemne dla ucha (choć często równie szalone i odhumanizowane) melodie zastępowane są szumami, zakłóceniami, zgrzytami. I nagle ta dźwiękowa kakofonia (będąca jednak dla wytrawnego słuchacza intrygująca, a nie irytująca) ustępuje miejsca wsamplowanemu w całość fragmentowi „The Best Time Of Your Life” (http://www.youtube.com/watch?v=qZbz20I3KOM). Ten album posiada jedną z cech, którą bardzo w muzyce cenię – potrafi zaskakiwać. Ubóstwiałem i ubóstwiam Gang Gang Dance za to co dokonali na „Saint Dymphna”, za zaproszenie mnie do niezapomnianej muzycznej podróży, którą nieustannie chcę przeżywać na nowo i na nowo, choć przesłuchałem album już niezliczoną ilość razy. Nie wspominam tego albumu tutaj przypadkowo. To luźne skojarzenie, inne rejony muzyczne jednak, ale są takie momenty, w których klimat na „Saint Dymphna” i „Halfbreed” wydaje się być podobny. Podobnie chłodny, mechaniczny, schizujący. Wracając jeszcze na chwilę do HPC, podoba mi się zajebiście odbiegający całkowicie od reszty „Fond Memories”. Kilka niezwykle miłych, pełnych uroku dźwięków (pomiędzy nimi, głęboko w tle, usłyszeć możemy śpiew ptaków), powtarzanych raz za razem, oaza spokoju na pustyni szaleństwa, krótkie wspomnienie świata, który już nigdy nie będzie taki jak dawniej. Ta chwila zadumy, refleksji, nie trwa jednak długo, nie ma czasu na łzy i wspomnienia, gdy wzniesiemy oczy ujrzymy znów bezlitosną rzeczywistość, z którą musimy się zmierzyć. Podróż trwa dalej.
Świetny to album, po prostu. Bogaty dźwiękowo, odważny, świeży, pobudzający wyobraźnię i kreujący specyficzną, jedyną w swoim rodzaju atmosferę. Nie jest to pozycja dla wszystkich, dla części słuchaczy może okazać się momentami dość ciężkostrawny, ale wystarczy dać mu trochę czasu, założyć słuchawki na uszy i delektując się muzyką HPC jak najlepszym narkotykiem, odpłynąć w podróż do świata przyszłości, która to przyszłość w zbyt różowych barwach się nie maluje. Godzinka tam i przestaniecie narzekać na ten kraj, złych polityków, ciężkie studia czy nieciekawą pracę. Wrócicie tutaj po przygodzie z „Halfbreed” i docenicie swoje życie. Nareszcie, kurwa.

Bookmark and Share
26 gru 2009   Kategoria: albumy

Little Boots – Hands

:: Wydawca: Warner Music
:: Ocena: 6,7

:: myspace

Nie będzie żadnych informacji kim jest Little Boots, żadnej historii kariery ani nawet krótkiej notki biograficznej. Jeżeli jesteście zainteresowani, odsyłam do Wikipedii/last.fm/RYM/myspace i innych źródeł. Wiadomo, okres świąteczny, każdy woli odpoczywać i nie robić zupełnie nic, a już na pewno nie czytać długie i nudne wywody zamiast krótkiej, treściwej recenzji. Nie szalejmy więc i skupmy się na konkretach.

Konkret nr 1. „Hands” to jedna z najlepszych popowych płyt bieżącego roku.
Konkret nr 2. „Hands” to album wypełniony po brzegi potencjalnymi singlami. W zasadzie każdy kawałek spokojnie mógłby zostać sprzedany jako singiel.
Konkret nr 3. „Hands” to jeden z najlepszych, obok „The Last Laugh” Joker’s Daughter, „Fruit” The Asteroids Galaxy Tour i „Compass” Bye Bye Bicycle, debiutów tego roku.
Konkret nr 4. Little Boots ma wyjątkowy talent do tworzenia łatwo rozpoznawalnych, wpadających w ucho melodii.
Konkret nr 5. Fajnie wypadają kawałki śpiewane w duecie z Philipem Oakeyem, wokalistą The Human League. Zresztą posłuchajcie „Symmetry”.
Konkret nr 6. Podkreślam to już nie pamiętam który raz – Little Boots >> La Roux.
Konkret nr 7. Pomimo mojej sympatii do tego albumu jakoś nie wróżę Little Boots powtórzenia sukcesu debiutu. Nie chcę bawić się w proroka, chciałbym się w tej ocenie mylić, ale jednak wszystko co Little Boots miała do powiedzenia, chyba zdążyła na „Hands” powiedzieć.
Konkret nr 8. „Hands” to świetna płyta na każdą okazję. Przede wszystkim na imprezę.

Konkluzje są proste. To jedna z najfajniejszych płyt tego roku, słuchana o tej porze roku cieszy jeszcze bardziej, bo przypomina o wakacjach i letnim klimacie. Wesołych Świąt, udanego Sylwestra (dorzućcie jakiś kawałek Little Boots do playlisty) i do usłyszenia w Nowym Roku. Bawcie się dobrze. Czytaj całość »

Bookmark and Share
24 gru 2009   Kategoria: special

10 klasyków pod choinkę

Zacznijmy od tego, że kocham święta. Nie za kolację wigilijną z rodziną. Nie za górę prezentów pod choiną, i nie za gogusia z aureolką, który 2009 lat temu urodził się gdzieś w stajence, potem umarł za nasze grzechy i teraz wszyscy robią o to wielkie „Halo”. Święta to specyficzny czas, ich nadejścia nie zwiastuje pierwsza gwiazdka na niebie, a pierwsza reklama Coca-Coli ze świętym Mikołajem i niekończącym się sznurem czerwonych, podświetlonych TIR-ów załadowanych napojem przejeżdżającymi przez zaśnieżone miasteczko w pierwszej połowie października. Święta to czas dawania – Kevin spuszcza łupnia obdartym włamywaczom, a John McClane daje popalić niemieckim terrorystom, którzy opanowali budynek Nakatomi Plaza. Przeciska się przez wąskie szyby klimatyzacji, częstuje ołowiem wrednych faszystów, którzy ośmielili się spieprzyć mu święta z pogodnym „Yippee-ki-yay motherfucker!” na ustach, a gdy wreszcie w ostatniej chwili na tle eksplodujego samolotu obejmuje swoją ukochaną, z którą schodzi się po raz setny, całość zasnuwa mała śnieżyca, operator stopniowo oddala kadr, a z głośników z pompą wybucha Dean Martin na tle głośnej amerykanckiej orkiestry z gorącym jak pacha Pudziana podczas ćwiczeń na biceps refrenem „Let it snow! Let it snow! Let it snow!”. Kurwa, jak ja kocham te święta!

Bing Crosby – White Christmas
Bing Crosby – Santa Claus Is Coming To Town

Dean Martin – Let It Snow
Dean Martin – Christmas Blues

Elvis Presley – Silent Night
Elvis Presley – Here Comes Santa Claus

Frank Sinatra – Jingle Bells
Frank Sinatra – I’ll be Home for Christmas

Louis Armstrong – Zat You, Santa Claus
Louis Armstrong – Christmas In New Orleans

Bookmark and Share
24 gru 2009   Kategoria: albumy

Q100 – Mix Mash. Wejście Stylu

:: Wydawca: Q100
:: Ocena: 5,9

:: www / myspace

To nie wstyd lubić hip hop, powiadam. Nawet, gdy Pezet kuca do poziomu rymów o seksie, chlania i pieniędzy, a nielegale, na jakie natrafiam, niezbyt daleko odchodzą od tego tematu.

Mówię tak, bo słucham albumu „Mix Mash. Wejście stylu” autorstwa Q100. Pan Q100 jest jednym z członków ambitnej grupy producenckiej w Koszalinie, czyli na końcu świata. Chłopaki nagrywają od jakiegoś czasu – wspólnie, osobno, a także w podgrupach – i całkiem dobrze im to wychodzi. Przykładem solowa produkcja ww. Q100 aka Kustosza. Zaproszeni do współpracy goście (całkiem liczne grono, w tym DJ Twister) i podkręcają atmosferę – tu tyczy się bardziej producentów, inżynierów odpowiedzialnych za muzyczną stronę płyty – ale i ostudzają. W tym przypadku chodzi o tematykę, jaką obrali do wyrecytowania. Jestem snobem, niech będzie, ale relacje z imprez, wyrywania lasek i udowadniania, że jest się najlepszym wyjadaczem w całym wszechświecie, i sąsiednim też, powinny spłynąć razem z późnymi latami dziewięćdziesiątymi. To samo tyczy się manifestacji przynależności do tego czy tamtego osiedla.

Q100 rozciąga nieco przedmiot swojego komentarza. Dowiadujemy się, czym są dla niego falafele, słuchamy wrzut pod adresem ulicznych cwaniaków, rozbijających się wypożyczonymi BMW. Co ciekawe, bardzo rzadko, względnie wcale, używa prostackich epitetów – zazwyczaj mamy do czynienia z tak zwanym kulturalnym obrażaniem. Słuchać tu inspiracje OSTR (ostatnio wręcz gloryfikowanym). Opowiadane historie także są całkiem w pytkę.

Odpowiedzialni za muzykę koledzy z Formacji i okazjonalni DJ-e też wykonali kawał dobrej roboty. Studio, jakim Q100 operuje, znajduje się w niewielkim pomieszczeniu, wokale nagrywane są w szafie obitej gąbkami, całość sklejana jest na rozklekotanym komputerze, a mimo to wszystko brzmi solidnie i czysto.

Całość jest dość zróżnicowana. W ciągu szybkiego „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?” utworu uciekamy z autorem przed goniącą go nudą, potem wczuwamy się w scenariusz romansu, chwaleniu żarcia w jego ulubionej knajpie – i tak dalej. Generalnie, chce się słuchać, a to, jak na ogólną jakość elo-ziomów panujących na tej scenie, bardzo wiele. I bardzo mało jednocześnie, bo przeskoczyć nisko zawieszoną poprzeczkę nie jest ciężko. Natomiast brawa za jej podniesienie się należą na pewno.

Bookmark and Share

:: Wydawca: Luaka Bop
:: Ocena: 8,3

:: www / myspace

26 lipca 2006 roku, o godzinie 18:18, 16-letni Brazylijczyk Vinicius Gageiro Marques na jednej z grup dyskusyjnych Google, w dziale „alt.suicide.methods” pisał:

POTRZEBNA SZYBKA POMOC

Za chwilę będę próbował metody CO (zatrucie tlenkiem węgla), właśnie rozpalam w łazience 2 małe grille. Przesyłam zdjęcie – http://home.no/yonlu/Fire.jpg Możecie powiedzieć mi czy jest wystarczająco dużo węgla i kiedy będę mógł w końcu wejść tam i się położyć? Proszę, pomóżcie, nie mam za wiele czasu.
Będę sprawdzał wątek na bieżąco.

26 minut później Vinicius (Yoñlu) pisał:

Boże, nie mogę znieść tej temperatury. Tu się robi tak cholernie gorąco… Co mogę na siebie nałożyć, żeby jakoś to złagodzić? Wziąłem przed chwilą prysznic, ale to nic nie pomogło.

CO MAM ZROBIĆ?
Co mogę wziąć żeby szybko zasnąć? Może wódka?
Na Boga, czy ktoś może mi pomóc?

O godzinie 19:02 Yoñlu wysyła poprawiony link do zdjęcia:

http://home.no/yonlu/FIRE.JPG
To powinno działać.

Jest to niestety już ostatni znak życia od Viniciusa Gageiro Marquesa. Na grupie rozpoczyna się dyskusja. Użytkownicy potępiają lub starają się tłumaczyć zachowanie 16-letniego Yoñlu.

Jesteś kompletnym idiotą! Mam nadzieję, że uda ci się w końcu umrzeć, nie mieszając w to nikogo z twojego otoczenia, ty kretynie. – dtb

Jesteś pewien, że naprawdę jest aż tak źle? To trochę szalone, może spróbuj o tym po prostu nie myśleć? – Andy000

Cztery dni później na forum dociera wiadomość o jego śmierci. Z różnych informacji dowiadujemy się m.in., że zrozpaczona rodzina opisuje wszystko jako „nieszczęśliwy wypadek”. Prawda jest jednak dużo bardziej tragiczna. Nie ma wątpliwości – dnia 26 lipca 2006 roku Vinicius popełnił samobójstwo.

Podczas przeszukiwania jego komputera, ojciec natknął się na wiele nagranych przez niego piosenek. Co więcej, okazało się, że, muzyka syna budziła spore zainteresowanie wśród internautów (nawet tych europejskich). „A Society in Which No Tear Is Shed Is Inconceivably Mediocre” to pierwszy oficjalnie wydany przez Luaka Bop album Brazylijczyka. Jego zawartość, w połączeniu z tragiczną historią robi naprawdę olbrzymie wrażenie. Wydaje się, że mimo młodego wieku, Vinicius był bardzo dojrzałym i poważnym człowiekiem. Czasami aż za poważnym (sama matka mniej więcej tak go opisywała). Zagorzały czytelnik Franza Kafki nie potrafił odnaleźć się w otaczającym go świecie. Jego postawę odzwierciedlają bolesne, pełne smutku, pozbawione jakiejkolwiek nadziei teksty. Weźmy np. takie „Suicide”. Komentarz wydaje się zbędny.

Now I find that days slip through in loneliness
Now I see it doesn’t help to understand
How the pain became world-sized
How I realized
That life is losing friends

Oczywiście cały album nie jest tylko i wyłącznie wyrazem bólu młodego Brazylijczyka. Yoñlu to nie zasłuchany w Joy Division, ubierający się na czarno emo z gitarą, tylko utalentowany multiinstrumentalista z pomysłami, jakich wielu bardziej doświadczonych twórców mogłoby mu tylko pozazdrościć. Mimo, iż brzmieniowo jest to raczej lo-fi, „A Society in Which No Tear Is Shed Is Inconceivably Mediocre” to prawdziwy wachlarz stylistyczny. Znajdziemy tu zarówno czerpiące z Elliota Smitha i Nicka Drake’a spokojne, gitarowe ballady („Suicide”, „Estrela, Estrela”), jak i wpadające w bardziej tropikalne klimaty fragmenty świadczące chociażby o inspirowaniu się Caetano Veloso czy Gilberto Gilem („I Know What It’s Like”, „Olhe Por Nós”). W twórczości Viniciusa pojawia się nawet flirt z elektroniką i hip-hopem („Deskjet”, „The Boy And The Tiger”). Całość dopełnia łatwo wyczuwalna nuta niepokoju, która sprawia, że na nawet te pozornie weselsze momenty noszą w sobie piętno weltschmerzu muzyka.

Mówienie o tym albumie tylko i wyłącznie w kontekście muzyki wydaje się trochę nie na miejscu. Dopiero wtedy, gdy zagłębimy się w tragiczną historię Marquesa, przeczytamy jego ostatnie słowa, przyjrzymy się bliżej tekstom, uda nam się stworzyć dość klarowny obraz całości. Obraz jakże smutny i przejmujący. Pozostaje tylko pochylić głowę i zastanowić się, ile to jeszcze wspaniałych pomysłów mogłoby narodzić się w głowie 16-letniego wówczas Yoñlu. Niestety, tego już nigdy się nie dowiemy.

Bookmark and Share
22 gru 2009   Kategoria: albumy

Norah Jones – The Fall

:: Wydawca: EMI
:: Ocena: 3,3

:: www / myspace

Nigdy nie rozumiałem sztucznej aury, jaką przyczepiali jej ludzie, którzy lubią się wczuć. Soulowo-folkowe płyty w jej wykonaniu takiej Katie Melua mogłyby posłużyć co najwyżej jako lista rezerwowa na sezon ogórkowy.

Trzeci studyjny produkt Nory chorował na wtórność. A teraz znowu to samo, czyli nuda. Rozsiewanie gęstego, barowego dymu, średnie rytmy i kojący głos to trochę za mało. Skala ocen tu i tam zanotowała spadek, więc nie byłem w tym odosobniony. Aż wpadła na pomysł, by wyprosić za drzwi swojego wieloletniego kolegę Lee Alexandra i zaprosić dobrego kolegę Toma Waitsa – Jacquire’a Kinga. I oto okazuje się, że można brzmieć ciekawiej.

Koniec delikatnego przymilania się grzecznym pianinkiem. Alleluja! – tak mi się wydawało. „The Fall” jest niczym więcej jak zatoczeniem koła (w jej przypadku – niewielkiej średnicy) i ugryzieniem własnego ogona. Co będzie dalej – się zobaczy. Żeby była jasność – spokojna, wieczorna muzyka do lampki wina jest dobra, nawet ta w wykonaniu Norah Jones i jej nowego albumu. Z tym że jakością może służyć co najwyżej jako tło. Na zamknięcie oczu przy zapachowych świeczkach to za mało. Cała różnica, jaką idzie zauważyć, to częstsze występowanie gitar i kilka porozstawianych zaskoczek w aranżacji. Album wydaje się ostrzejszy (jak bardzo ostry może być soul zmieszany z folkiem), ale nie znajduję w tym zastosowania. Można napisać krótko, że Jones pokazała pazurki, ale ja mówię wtedy, iż może owszem, ale są to bardzo miękkie pazury. Bezsensu, prawda? Posłuchajcie „The Fall”.

Nad Norah Jones zbierają się chmury. Cztery albumy, wszystkie mniej więcej takie same, z bardziej kosmetycznymi niż ogólnymi zmianami. Plus wspomniana Katie Melua czekająca na zajęcie jej miejsca. Niezasłużonego, dodam.

Bookmark and Share
21 gru 2009   Kategoria: albumy

Gra Pozorów – Gra Pozorów EP

:: Wydawca: Megatotal
:: Ocena: 6,8

:: www / myspace

Wiem, że różnie z tym bywa, ale w przypadku tej czwórki nazwa przeczy faktom. Nie stwarzają wyłącznie pozorów – naprawdę drzemie w nich spory potencjał do komponowania świetnych, przebojowych kawałków, które przy odrobinie zainteresowania ze strony elektronicznych mediów zawładnęłyby eterem, społecznościami w rodzaju last.fm i portalami muzycznymi, niczyn Renton jury eurowizyjnym. Szczęście w nieszczęściu, że póki co do tego nie doszło, a Kuba, Mateusz, Michał i Rafał nie stali się zakładnikami masowej publiki oczekującej od muzyków nie zawsze tego, co dla ich twórczości najlepsze.

Wybrali metodę małych kroczków, wg której konsekwentnie co roku wydają po jednej krótkiej, za to przemyślanej od pierwszej do ostatniej nuty EP-ce. Nie inaczej jest w przypadku ostatniego wydawnictwa (rzekomo singla, ale nas nie nabiorą!). W aranżacjach czają się duchy New Order, post-punkowy korzeń natrafia na chupa-chupsową słodycz rodem z niejednej indie-popowej imprezki w Kamieniołomach, przy której pokręcić tyłeczkiem nie powstydziłby się sam Fuhrer (nawet jeśli wszędzie walają się pierdolone kurtki!).

Na tle reszty płyty trochę mętny wstęp w postaci „Last Journey”, ale zaraz potem totalna rehabilitacja: początek niby żywcem wzięty z „Means To An End” Joy Division, po chwili załączona ściana z boleśnie wwiercającej się do naszych delikatnych uszu gitary, ale mimo tego ciągle wywołujące skurcze kończyn chwilami podobne do tańca – sekcja rytmiczna i wokal. Wreszcie „1000 Jumbo Jetów”, którego przesłuchanie przerywa siedząca naprzeciw w metrze staruszka zwracająca uwagę „czy mógłby Pan nie klaskać mi nad głową?” i post-industrialne outro w postaci niezłego remixu „Last Journey” – co warto zauważyć „last, but not least!”

W przeciwieństwie do poprzednich wydawnictw – tutaj mamy do czynienia raczej z krótkimi motywami, często w postaci jednego riffu, męczonego do znudzenia na milion różnych sposobów. Ciężko więc uniknąć wrażenia, że płyta pełni rolę przystawki przed premierą głównego dania tj. (wreszcie!) longplay-a, którym być może już kolejnego lata podbiją serca większości corocznych bywalców OFF-a, czy Heinekena. Przyglądając się ich występom i temu, jak odbiera ich publiczność – chyba nie będzie to trudne.

Bookmark and Share