right_side

Archiwum Luty, 2010

28 lut 2010   Kategoria: * magazyn *

Elephant Shoe #05 (Luty 2010)

And now for something completely different…

I tak mija właśnie czwarta (okrągła) miesiączka Elephanta! Jeszcze dwie i dobijemy do pierwszej półrocznicy, może nawet z tej okazji zabalujemy gdzieś wspólnie, póki co rozprawiamy się z reminiscencjami roku 2009 i jako dojebkę do tego co było lada dzień, lada godzina ukaże się kolejny special pt. „Suplementy”, czyli wszystko to, co z powodu procedur d***kratycznych nie załapało się do wielkiego „TOP30″, a w opiniach indywidualnych redaktorów – na ten tytuł zasługiwało.

A skoro już przy podsumowaniach jesteśmy, pragniemy Wam też gorąco polecić zawodowe rozliczenie się z ostatnią dekadą 2000-2009 w wydaniu zapewne przytłaczającej większości z Was znanych autorów serwisu Screenagers.pl. Już dziś część 1. – tego nikt z Was nie powinien przegapić.

Tak więc: so long, and thanks for all the fish!

Bookmark and Share
28 lut 2010   Kategoria: special

Suplementy roku 2009


 
Już dłuższy czas temu zdążyliśmy się rozliczyć z minionym rokiem za sprawą naszego podsumowania TOP 30 najlepszych albumów 2009. Jak to z tego typu podsumowaniami organizowanymi na podsawie głosowań bywa – nie zawsze wiernie oddają one atmosferę obranego czasu, wiele cennych znalezisk ginie gdzieś w matematycznych procedurach i zostaje po nich nieprzyjemna dzióra. Dziś postanowiliśmy ją załatać. Dziesięć płyt, które nie zmieściły się w naszym poprzednim podsumowaniu, a wg niektórych redaktorów na to zasługiwały:
Czytaj całość »

Bookmark and Share
27 lut 2010   Kategoria: wywiady

The Cuts: Inspiruje nas życie

Electro – rockowy zespół powstały w 2006 r. w Pile. Nazywany polskim The Cure tudzież Depeche Mode. W 2008 r. podpisali kontrakt płytowy z wytwórnią SP Records. Owa współpraca zaowocowała wydaniem pionierskiego albumu „Syreny nad miastem”, który spotkał się z dużym zainteresowaniem zarówno ze strony mediów jak i odbiorców muzyki. Mają za sobą sporo koncertów, zarówno klubowych jak i dla wielotysięcznej publiczności. Obecnie zespół ponownie ruszył w trasę koncertową. I jak zapowiadają muzycy, zbliżające się koncerty mogą być zaskoczeniem nawet dla tych, którzy doskonale znają twórczość The Cuts!

Jak rozpoczynaliście swoją przygodę z muzyką?

Przemek Zdunek: To było bardzo dawno temu. Ciekawe dźwięki docierały do nas, kiedy jeszcze byliśmy w łonach naszych mam. Potem było już z górki.

Jak powstał zespół i skąd nazwa The Cuts?

The Cuts powstał po tym, jak z Panem TT zakończyliśmy pracę we wcześniejszym projekcie. Zanim jednak uformował się jego obecny kształt minęło trochę czasu i przez zespół przewinęło się paru muzyków. W obecnym składzie gramy właściwie od listopada 2009. Nie można jednak mówić, że ta data to początek zespołu. Znamienne dla The Cuts było z pewnością dołączenie do nas Toma Horna, co stało się jakieś dwa i pół roku temu. Nazwa zespołu wzięła się z pewnej rozmowy ze znajomym Anglikiem, a właściwie pomyłki. Powiedziałem mu, że mój ówczesny zespół nazywał się Koty, a on zamiast „cats” zrozumiał „cuts”. Obaj doszliśmy wtedy do wniosku, że „cuts” byłoby lepsze. Kilka lat później potrzebowałem nazwy dla zespołu i przypomniało mi się „cuts”. Po jakimś czasie dołożyliśmy do nazwy „the”, bo w rozmowach przez telefon ludzie myśleli, ze mówimy o jakimś punkowym zespole o nazwie „kac”. Czytaj całość »

Bookmark and Share
24 lut 2010   Kategoria: albumy

Gil Scott-Heron – I’m New Here

:: Wydawca: XL Recordings
:: Ocena: 6,4

:: www

Podobno Nowy York nigdy nie śpi. Jednak gdy zapada zmrok echa buńczucznych słów kolejnych przyszywanych proroków, kolejnych samozwańczych głosów pokolenia cichną z minuty na minutę. W ciemności spowijającej metropolię, wśród demonów nocy mało kto zechciałby przebywać. Ale czym to jest dla kogoś, kto jest tu żywą legendą – ojcem, bratem i niejako kuratorem lirycznej strony tego miasta.

Przewrotnie Gil Scott-Heron wrócił z twórczego letargu ze stwierdzeniem, że jest tu nowy. W zestawieniu z tak wielką spuścizną dla całej afro-amerykańskiej kultury wygląda to trochę komicznie. Co prawda, nic już nie jest takie samo jak kiedyś – świat zasadniczo stanął na głowie. Ale w końcu „I’ve guided to get there” stwierdza sam Scott-Heron w jednym z przerywników.

Chylę czoła przed tym, co skłoniło Scott-Herona do obrania takiej ścieżki, ale sprawiło że efekt jest frapujący. Sam znak rozpoznawczy – głos Gila Scott Herona nabrał barwy sędziwego mentora, który snuje bluesowe opowieści o czasach przeszłych. Miejsce funkowo-jazzowych aranżacji znanych z największych dokonań ( „Reflections”, „Pieces of a Man” zajęły kapitalne w swoim ascetyzmie syntetyczno/trip hopowe podkłady, miejscami robiącymi wrażenie specjalnie niedopracowanych, by zachować ulotność i świeżość. Podkłady idealnie oddające klimat nocnych rozmyślań i niepewności bytu.

Podziwiam tego starca również za teksty, bo odwalił tutaj niesamowitą robotę. Na płycie trwającej nieco 28 minut, wśród tej garści tekstów (w zasadzie nawet retrospekcji z różnych okresów) dał słuchaczowi naprawdę mocną lekcję życia. O młodości, o życiu w rozbitej rodzinie, o niepewności dnia kolejnego, o miłości czy niechybnie zbliżającym się końcu.

Konkluzja po przesłuchaniu tej płyty jest jednak trochę gorzka. Bo jeżeli tak wybitnej jednostce jak Gil Scott-Heron wystarczyło 28 minut, by niejako rozliczyć się ze swoim życiem, to ile by to zajęło tak anonimowej jednostce jak Ja, czy Ty?

Bookmark and Share
23 lut 2010   Kategoria: wywiady

Sorry Boys: Chcemy brnąć dalej!

Sorry Boys to warszawska formacja powstała w 2006 r. Pomimo zaledwie trzyletniej działalności zespół może pochwalić się sporymi osiągnięciami. Zwyciężali na wielu festiwalach i przeglądach. Na swoim koncie mają statuetkę „Best New Band Poland” i słowa uznania od samego Glen Matlocka (gitarzysta basowy Sex Pistols). Zauważył ich także Piotr Kaczkowski zamieszczając zespół na bardzo selektywnej składance Minimax. Obecnie grupa pracuje nad swoim debiutanckim albumem, którego premiera planowana jest na luty 2010 r. Tak przynajmniej w rozmowie z Elephant Shoe zapewniali wokalistka Iza Komoszyńska i gitarzysta Tomasz Dąbrowski.

Jak doszło do powstania Waszego zespołu i jak udało wam się znaleźć wokalistkę o tak niebanalnej, pięknej barwie głosu i zarazem pięknym obliczu?

Tomek Dąbrowski: Do kompletnego powstania zespołu doszło w Warszawskiej już nieistniejącej Fabryce Róży Luksemburg, gdzie z pierwszym składem mieliśmy próby przez dłuższy czas. Pomysł o założeniu zespołu narodził się kilka miesięcy wcześniej na uczelni, gdzie z Piotrkiem Blakiem razem studiowaliśmy. Zanim stworzyliśmy cały skład wspólnie graliśmy a to przy grillu na działce, a to w Milanówku u Piotrka. I tak po nitce do kłębka przybyła do nas pierwsza wokalistka, czyli Iza. I mam nadzieję, że nie będzie innej „Izy” w tym zespole.

Dlaczego nazwa „Sorry Boys”?

Iza Komoszyńska: Dla nas ta nazwa jest nieprzetłumaczalna. Była wynikiem chwilowego natchnienia, z którym wszyscy się utożsamiliśmy. Chodzi nam o to, żeby nasza muzyka redefiniowała ten zlepek popularnych słów. To tak jak z nazywaniem ulic nazwiskami wielkich tego świata. Po pewnym czasie zapominasz, nie myślisz o tym, kim był np. Waszyngton. Jest po prostu Rondo Waszyngtona, które dla Ciebie oznacza miejsce, przez które codziennie przejeżdżasz i z pewnością nie wspominasz wtedy Jerzego Waszyngtona. Czytaj całość »

Bookmark and Share
22 lut 2010   Kategoria: albumy

RJD2 – The Colossus

:: Wydawca: RJ’s Electrical Connections
:: Ocena: 5,6

:: myspace

RJD2 popełnił w życiu kardynalny błąd, który niczym niewykuta za młodu tabliczka mnożenia ciągnie się za człowiekiem całe życie – nagrał doskonałą pierwszą płytę. „Deadringer”, bo o niej właśnie mowa, złożyła się wspólnie z „The Cold Vein” Cannibal Ox, „Labor Days” Aesop Rocka i „Fantastic Damage” EL-P na okres złotych lat działalności wytwórni Def Jux. Zaraz po premierze RJD2 okrzyknięty został następcą DJ-a Shadowa i w rezultacie od 8 lat wszystkie jego płyty postrzegane są przez pryzmat świetnego debiutu. Niestety, jak dotąd żadna nie wyszła zwycięsko z takiego porównania. Najnowsza również wpisuje się w tą tendencję.

O ile „Since We Last Spoke” z 2004 roku była płytą całkiem niezłą i doceniam starania RJD2, który chciał wyrwać się z getta zwanego instrumentalnym hip-hopem eksperymentując z najróżniejszymi gatunkami, to wydana trzy lata później „The Third Hand”, na której wyśpiewywał jakieś pop rockowe piosenki, była dla mnie nie do przejścia. Przesiadka na żywe instrumentarium bardzo boleśnie zweryfikowała kompozytorskie umiejętności Amerykanina, jednak mimo wszystko znów należy się plus za odwagę oraz fakt, że RJD2 po raz kolejny nie chciał stać w miejscu i powielać wysłużone patenty. Właśnie ze względu na tą uporczywą niechęć do stagnacji byłem bardzo ciekawy, w jakim kierunku pójdzie na swojej najnowszej płycie, szczególnie że wydaje ją już nakładem swojej własnej wytwórni RJ’s Electrical Connections.

„The Colossus” umieściłbym chyba gdzieś w połowie drogi pomiędzy dwoma poprzednimi albumami. Otwierający płytę „Let There Be Horns” zwiastuje, że RJD2 powrócił do tego co wychodzi mu najlepiej, czyli po prostu do klejenia tłustych bitów, jednak już „Games You Can Win” z gościnnym udziałem Kenny przypomina nam, że nadal lubi pensjonarskie pioseneczki. Na szczęście sam nie śpiewa już tak często, a jeżeli już, to z dużo lepszym skutkiem („The Glow”). Największym problemem „The Colossus” zdaje się być jednak fakt, że poza paroma naprawdę dobrymi momentami przelewa się przez głośniki jak woda przez palce nie wywołując zbyt wielu emocji. Po pierwszym przesłuchaniu w pamięci zapadł mi praktycznie tylko „The Shining Path” ze śpiewającym Phonte Colemanem z Little Brother i „The Stranger” brzmiący jak klasyczny RJD2. O większości utworów zapominałem jeszcze zanim się skończyły, istnieje więc spora szansa, że niebawem zapomnę, że mam tą płytę.

Bookmark and Share
18 lut 2010   Kategoria: albumy

Yeasayer – Odd Blood

:: Wydawca: Secretly Canadian
:: Ocena: 6,6

:: www/ myspace

Zacznijmy od rzeczy absolutnie historycznej i przełomowej. Spójrzcie na prawo. Widzicie okładkę? Jak pamiętamy, już „All Hour Cymbals” było swego rodzaju pochwałą brzydoty, ale to, co zaproponował „grafik” tym razem to wejście na jakiś nowy, nieznany wcześniej poziom. No spójrzcie tylko. Ja słowami nie jestem tego w stanie opisać i nawet nie będę próbował. W każdym razie – powala, nie? Na szczęście owe „dzieło” jest tylko dodatkiem do rzeczy najważniejszej, czyli oczywiście muzyki. Zatem teraz już bez zbędnego wylewania jadu na oprawę graficzną. Zeszłoroczny „Ambling Alp” robił wrażenie. Nie tylko zapowiadał lekką zmianę (odejście od .. hm, psychodelicznego folku na rzecz bardziej elektronicznych, tanecznych wręcz klimatów), ale także swoją przebojowością podbił serca słuchaczy, w skutek czego wymieniany był nawet wśród najlepszych singli roku 2009. Lepszej rekomendacji nadchodzącego albumu być nie mogło. Wraz z ukazaniem się „Odd Blood” emocje jednak opadły. Wrzawa ucichła, nie ma żadnej euforii, a moje prognozy o hajpie rozmiaru zeszłorocznego „Merriweather Post Pavillon” nie sprawdziły się. Przede wszystkim – jest to album strasznie nierówny, gdzie pierwsza połowa wyraźnie dominuje nad drugą. Kawałki takie jak „Grizzelda”, „Mondegreen” czy „Strange Reunions” giną przytłoczone kapitalnym początkiem w postaci (kolejno) „The Children”, „Ambling Amp”, „Madder Red” i moim ulubionym „I Remember”(tekst, tekst!). A przecież są jeszcze niezłe, umiejscowione po środku „O.N.E”, „Rome” i „Love Me Girl”.

Ostateczna ocena powinna być zatem, mimo wszystko, wysoka. Ale zaraz, zaraz… Czy nie nadużywamy tutaj efektu świeżości? Niestety, zauważyłem, że po paru odsłuchach coraz mniej chce się do owego albumu wracać. Pamiętamy co prawda fantastyczny start, ale to co dzieje się dalej stopniowo zaciera się w pamięci. Coraz bardziej. Zmiana brzmienia ostatecznie chyba nie wyszła muzykom na dobre. Yeasayer z „All Hour Cymbals” miał w sobie coś wyjątkowego, magicznego. To materiał którego, mimo upływu 3 lat, dalej chce się słuchać, odkrywać na nowo. Tutaj cała oprawa trochę męczy, szybko powszednieje. Wszystkie karty zostały wyłożone za pierwszym razem. Nie ma w co się zagłębiać, nad czym myśleć. Jak już wspomniałem, to bardzo dobry materiał. Przebojowy, taneczny, wciągający. Z tym, że niestety dość ulotny. Może jednak lepiej będzie przeprosić się z gitarami? I przy okazji – zmienić grafika.

autor: Tomasz Turski


:: Ocena: 4,0

Yeasayer zadebiutował w 2007 roku, naprawdę dobrym albumem, eksperymentalny pop, ożywiony etnicznymi elementami, zyskał wiele pozytywnych recenzji. Twórczość zespołu opierała się na bardzo prostym schemacie, wyławianie świeżych trendów muzycznych i uplastycznianie ich własnymi kompozycjami, skutek był bardzo solidny, bo owe adaptacje często charakteryzowały się lepszym, bardziej przystępnym podjęciem twórczym niż u autorów pierwotnych. Dziś schemat jest podobny, zachodzi ta sama relacja między muzycznymi trendami, a twórczością, tyle że background albumu ma inną selekcję, nie tak trafną, nie tak synergiczną, nie tak skorą do wykazania przewagi.

Pierwszy utwór aż bije tą konsekwencją. „The Children” od momentu pojawienia się bębnów jawi się niczym odrzut z albumu Fever Ray, a już wtrącony zniekształcony wokal dopełnia to wrażenie. Może podczas pierwszego odsłuchu nie było to aż tak rażące, ale przy każdym kolejnym, ta wtórność występowała jak ostrzeżenie. „Ambling Alp” jako singiel zaistniał w internecie w okolicach listopada i naprawdę był dobrą zapowiedzią dla tej płyty. W kwestii jakości tego kawałka dalej nic się nie zmieniło, ale album nie posiadający konkretnej koncepcji po prostu zabija takie wyjątki, sprowadza je do poziomu reszty płyty. „Madder Red” i „I remember” to już totalna nuda, typowy dla tej plyty new wave lat 80. sprzężony z nową elektroniką, ale jakoś bez efektu, średni pop. Troche przy „ONE” sytuacja się ożywia, słychać podobną energię, co przy „Ampling”. Esencja kompozycji to refren, utwór mógłby być bardziej rozbudowany o jego elementy. W zasadzie każdy kolejny utwór („Love Me Girl”, „Rome”, „Strange Reunions”, „Mondegreen”, „Grizelda”) wkomponowuje się w moją opinię ze wstępu, czyli: założenia fajne, ale efekt okazał się destrukcyjny, szczególnie „Strange Reunions” i „Grizelda”, oparte na estetyce freak-folkowo-psychodelicznej, inspiracje poszły w niebezpieczną stronę, gigantów których powielać na „swój lepszy sposób”, nijak się nie da.

Yeasayer licząc od początku na swój talent do „przetwórstwa” szybko przejechał się na przyjętej konwencji, album jakby z musu mógł poczekać, bo to jeszcze nie był czas, może za mało wydarzyło się dla nich w muzyce w ciągu tych dwóch lat, a może to efekt drugiego albumu. Jest jednak w całej tej płycie kwestia, która szczególnie zastanawia, w paru kawałkach („Ampling Alp”, „One”, „Rome”, „Mondegreen”) czuć energię, jakby nowo obrany kierunek, coś czego wcześniej nie było. Może wystarczyłoby pociągnąć ten temat, byłoby dużo lepiej.

autor: Patryk Kanarek

Bookmark and Share
16 lut 2010   Kategoria: albumy

Grendel – Helpless

:: Wytwórnia: Lynx Music
:: Ocena: 3,5

:: myspace

Szok orientacyjno-etniczny w mieście Białogard, gdzie diabły, czyli ubrane w dresy i łańcuchy byczki mówią „dobranoc”! To miasto, które odziedziczyło głównie skłonności hip-hopowe po koszalińskich sąsiadach – 4P i Onila znanego głównie z niewielkiego epizodu u boku Liroya dawno, dawno temu. W tak zbałamuconej gromadzie powstaje Grendel i jego art rock.

„Helpless” to concept album wyśpiewanym na modłę tym, którzy nie ogarniają tego, co się wokół nich dzieje. Takie pełnometrażowe „Another brick in the wall” z zachodniopomorskiej Polski. Młodzi autorzy wyjustowali swoje licealne depresje wedle melancholijnych, nostalgicznych nut. W efekcie otrzymujemy piosenki do popłakania i ubarwienia tęsknoty za drugą połówką w Walentynki. Momenami staje się to jednostajne, co samo w sobie nie szpeciłoby całości, gdyby nie podkreślała tego nuda. Koniec końców to prawie godzinna dawka poprawnego grania do jednorazowego odsłuchania bez zgrzytania zębami.

Concept album to dzisiaj rzadkość. Dlatego warto – oj, naprawdę warto, nasz roczny plebiscyt temu świadkiem! – przyglądać się każdemu nowemu nieco dłużej. Nawet jeśli jest to tylko wprawne naśladownictwo Marilliona, INXS czy, ależ oczywiście, Pink Floydów. A może Grendel to nie tylko kuglarstwo wyciśniętymi do sucha sprawdzonymi sposobami? Może jednak jest to całkiem przyzwoite, jak na licealistów (nic do Was nie mam, z góry uprzedzam), ciągnięcie zdawałoby się archaicznej tradycji concept albumu. Może. Morze jest szerokie, głębokie i słone. Gdy efekt sięga poziomu przyzwoitości, nie powinniśmy mieć nic przeciw temu. Czy to małopowanie, czy przecieranie niedojrzałym jeszcze talentem nowych, niezbyt wyraźnych szlaków – jeśli trzyma japoński poziom (jako-taki), trzymajmy za niego kciuki.

Bookmark and Share
13 lut 2010   Kategoria: albumy

Best Coast – Something In The Way EP

:: Wydawca: Post Present Medium
:: Ocena: 6,7

:: myspace

Synteza gatunków takich jak noise pop, neo-psychodelia, przemielonych przez maszynkę lo-fi (w większości) ma do siebie to, że dość łatwo na owym terenie stworzyć banalny, ale zarazem chwytliwy i przebojowy materiał. Wiecie, proste jak budowa cepa melodie dla niepoznaki oblane charakterystyczną, niskojakościową polewą. Żadnych technicznych galopad, przewaga prostoty. Oj, namnożyło się nam ostatnio tego typu projektów. Spodziewać się można, że rzeczywistość za jakiś czas brutalnie zweryfikuje ich popularność (inaczej mówiąc – w ślad za nimi pójdzie cała masa niesłuchalnych epigonów, z każdej strony bezlitośnie zalewając nas swoimi wydawnictwami). Ale póki co nie ma na co narzekać. Śledźmy zjawisko. No i mamy np. taką trzecią już z kolei EP-kę Best Coast, grupy w skład której wchodzą znana z Pocahaunted Bethany Cosentino oraz Bobb Bruno.

Będzie krótko, bo i krótkie to wydawnictwo. Trzy utwory, zaledwie 8 minut muzyki. Nie można było za dużo spieprzyć. I tak w istocie jest. Tytułowy „Something In The Way” zmiata aż miło. W prostocie siła – nieskomplikowany rytm, nierzadko nachodzące na główny wokal chórki, rzężąca gitara, dwie minuty. Klasa. Również kolejne „Wish He Was You” to potencjalny kandydat na singlowego rozpierdalatora. Aż strach pomyśleć, jak na odbiór owych nagrań wpłynie słoneczna, letnia pogoda (kiedyś w końcu musi przyjść..). Lekką odmianę stanowi kończące „The Road”. Na sam finał duet funduje nam lekkie zwolnienie. Mimo, iż może nie jest ono najmocniejszym punktem EP-ki, to wyraźnie potwierdza wysoką (zdecydowanie lepszą niż ostatnio) formę Best Coast. Pewnie gdyby wydali pełny, trwający 40 minut i zawierający około 14 utworów album, wydałby się on dość monotonny. Na szczęście duet raczy nas krótkimi partiami materiału, nie pozwalając tym samym nawet lekko znudzić słuchacza. Trzeba przyznać – sprawdza się to idealnie. Oby tak dalej.

Bookmark and Share
9 lut 2010   Kategoria: albumy

Massive Attack – Heligoland

:: Wydawca: Virgin Records
:: Ocena: 4,4

:: www / myspace

W końcu coś nowego. Po niezłym „100th Window”, ale jednak uginającym sie pod ciężarem genialnego „Mezzanine”, nastała cisza, podobno najpiękniejsza z melodii. Tylko że w tym przypadku była również bezlitosna. Koledzy z Massive Attack pokłócili się, obrazili, poprzekomarzali i poszli w solo, olewając sprawę. Musiało minąć blisko siedem lat, żeby coś ruszyło z kopyta. Najpierw jeden singiel, EP-ka i oto skompletowany, wypchany po brzegi świeżościami „Heligoland” powstał z popiołów spalonej przyjaźni. Alleluja!

Jak każde inne wydawnictwo spod znaku MA gości tu jak na darmowym festynie. Hope Sandoval, Tunde Adebimpe, Horace Andy (jak zawsze) i Damon Albarn (a to ci!) oraz inni. Niby stadard, aczkowiek tym razem lista gości okazała się raczej plutonem egzekucyjnym. Koncertówki, jakie wyciekały do internetu, były naprawdę intrygujące. Teraz, w dwa lata później, otrzymujemy jakiś ochłap! Jakieś wykastrowane z napięcia i nieuczesanych nastrojów tracki! Jakieś przefiltrowane przez studyjne sito resztki muzycznej wyobraźni, jaka pulsowała kilka lat temu. Okej, „Heligoland” mogło brzmieć słabo, ale to w ogóle nie brzmi jak Massive Attack. Panom zawiodły kompasy talentu i nie wiedzieli, w jakim kierunku się udać? Wcześniejsze płyty wprowadzały w ukojenie, mroziły krew w żyłach, ale i podgrzewały ją, gdy było trzeba. Chłopaki bywali ponurzy i chłodni, ale i ciepli i zmysłowi. Potafili płynnie przeskakiwać od nastroju do nastroju. Potrafili.

To już lepsza EP-ka z remiksami, którą możecie odsłuchać tutaj. Nie rozciąga się jak rozgrzane toffi, nie nudzi i nie zniesmacza. W przeciwieństwie do longplayowego samobója, jakiego zaserwowali sobie autorzy „Heligoland”.

Bookmark and Share