right_side

Archiwum Marzec, 2010

31 mar 2010   Kategoria: * magazyn *

Elephant Shoe #06 (Marzec 2010)

And now for something completely different…

„Zimo!… Ty już wiesz, co!” – pokrzykują co chwilę fejsbuk-ludzie, ale jeszcze dwa-trzy miesiące, a znowu wszyscy będą kurwić na grzejące w dupy słońce i podbudowane letnim kacem suszenie. Przynajmniej narazie samym dźwiękiem zaleczyć go będzie ciężko, o ile przez ostatnie lata przyzwyczailiśmy się z początkiem roku być częstowani solidnym plaskaczem w postaci mega-płyty, która do końca roku stanowiła wytyczną skali porównawczej dla kolejnych wydawnictw i zwykle na koniec lądowała gdzieś w czołówce podsumowań, o tyle 2010 jakoś niemrawo nam się zaczął, o czym może świadczyć, że jeszcze w marcu odgrzewamy stare kluchy wypuszczone w 2009, zamiast brać się za nowości. Nie znaczy to jednak, że nowych objawień nie ma, jedynie autorzy mniej się kwapią do wypuszczenia pełnych płyt, co nas skłoniło do zainaugurowania nowego działu na stronie, tj. „single”, w których będziemy dla Was łowili te najciekawsze nowe kawałki i dzielili się swoimi przemyśleniami na ich temat, czasem może nawet w konfiguracjach zbiorowych.

Tak że nie przeciągając, kończymy ten żenujący wstępniak i zapraszamy Was do przyjemnej lektury numeru przez najbliższe dni, a nieogarniętych do dalszego poszukiwania tajnego sposobu, jak do tego numeru się dobrać.

Ps. Offended? Insulted? Send us Hate Mail!

Bookmark and Share
29 mar 2010   Kategoria: single

Broken Social Scene – Forced To Love / All To All / World Sick

Broken Social Scene to zespół, który do tej pory nie nagrał słabej płyty. Szczerze mówiąc, po długim milczeniu obawiałem się, że grupa raczej już nie wyda nic wspólnie (od premiery „Broken Social Scene” minęło aż 5 lat). Muzycy angażowali się w swoje solowe projekty i naprawdę nic nie wskazywało na powrót. A powrót jest. I to jaki!

„Forgiveness Rock Record”, który ukaże się na samym początku maja, promują dwa (a tak właściwie trzy, ale o tym za chwilę) utwory. „Forced To Love” bardzo blisko stylistycznie do ostatniego wydawnictwa. Zadziorna zwrotka, przebojowy refren, ukryta gdzieś w warstwie instrumentalnej psychodela. Trzy minuty z kawałkiem, a już wiadomo, że muzycy nie wypadli z wprawy pisania prostych, rockowych kawałków. Lekką opozycję tworzy strona B – rozmarzony, delikatny, podszyty delikatną elektroniką „All To All”. Tym razem grupa krąży bardziej wokół klimatów debiutu i genialnego „You Forgot It In People”, a wszystko pięknie dopełnia głos Lisy Lobsinger. Żeby było jasne – ani w pierwszym, ani w drugim przypadku nie mamy do czynienia z kopiowaniem swoich patentów i zjadaniem własnego ogona. Zespół dalej gra swoje, ale robi to w sposób tak subtelny i czarujący, że nie można powiedzieć o nich złego słowa.

Wspomniałem wcześniej o trzech utworach promujących „Forgiveness Rock Record”. Zgadza się – na profilu myspace zespołu znajdziemy też „World Sick”, który muzycy ujawnili parę tygodni wcześniej. Żeby było zabawniej, jest to jeszcze inna bajka niż „Forced To Love” i „All To All”. Ten 7-minutowy epik dobitnie pozostawia mnie w stanie ślinotoku, w którym najprawdopodobniej przyjdzie pozostać do 4 maja, kiedy wreszcie ustąpi miejsca dwóm oszklonym serduszkom w oczach. Wiecie, jak w kreskówkach…

Bookmark and Share
26 mar 2010   Kategoria: albumy

Burzum – Belus

:: Wydawca: Byelobog Productions
:: Ocena: 5,9

:: www

Od wydania ostatniej płyty Burzum minęło jedenaście lat. Od „Filosofem”, ostatniej blackmetalowej płyty Burzum, powszechnie uważanej za najlepszą w dyskografii, czternaście. Czternaście długich lat, w trakcie których zmieniło się wszystko. Black metal odszedł w zapomnienie, nikt już w Norwegii nie pali kościołów, a tych, którzy pozostali wierni dawnym, mrocznym ideałom, można policzyć na palcach jednej ręki. W muzyce nastał nowy wiek, nowe czasy, a metalowa scena pod żadnym względem nie przypomina tej, którą pamiętamy (lub znamy z opowieści) z połowy lat dziewięćdziesiątych.

Zastanawiałem się, jak w tej nowej rzeczywistości, po spędzeniu szesnastu długich lat w więzieniu, odnajdzie się Varg Vikernes. I nie oszukujmy się, że nie czekaliśmy na to. To przecież Varg Vikernes, heeloooł! Można nie lubić metalu (zwłaszcza tego czarnego), ale Varg – Count Grishnackh (jego ksywa) – to postać zjawiskowa jak mało która i trzeba to uczciwie przyznać. Metalowa brać czekała na powrót do korzeni, do leśnego, skąpanego w mroku true, grim & necro blacku, niemetalowa brać liczyła na… no właśnie, na co? Na drugie „Filosofem”? Na pierwszą dobrą blackową płytę od lat? Ciężko stwierdzić, ale przyznać trzeba, że – mniej lub bardziej – czekaliśmy wszyscy. Osobiście zawsze uważałem Varga za bardzo utalentowanego muzyka, grającego muzykę uważaną powszechnie za ekstremalną, ale jednak posiadającego zmysł do pisania naprawdę dobrych melodii. Nagrane w więzieniu „Hlidskjalf” to potwierdziło – wiem, że jestem w tej opinii raczej odosobniony, ale ja naprawdę lubiłem to ambientowe plumkanie, które nam Varg wówczas zaprezentował. Czytaj całość »

Bookmark and Share
24 mar 2010   Kategoria: albumy

Muchy – Notoryczni Debiutanci

:: Wydawca: Sony Music
:: Ocena: 6,8

:: myspace

Tytuł tej płyty najlepiej moim zdaniem rozczytał Łukasz Konatowicz. Czemu Notoryczni Debiutanci? Bo po tych prawie trzech latach zespół ma znów do udowodnienia tyle, co przy debiucie. Żeby się nie zjebać, nie stracić poetyckiej liryki, polotu melodyjnych post punkowych gitar, jednocześnie wciąż uprawiając świeżą formę. Żeby nie przestać być zespołem dla każdego: recenzenta, bloggera i fanki „Bravo” (przypominam że również w tym piśmie debiut był promowany). A jednak mimo takiego zabójczego zagrania marketingowego, które powaliłoby uznanie wielu grup, Muchy 2007 to był sukces, dla mnie, dla was, dla każdego. I do tego dochodzi ten pieprzony syndrom drugiej płyty. No więc do stracenia/udowodnienia było naprawdę wiele.

Jeśli chodzi o mnie to szczerze mówiąc nie miałem wobec tej płyty żadnych oczekiwań, jestem totalnie jałowy. Muchy dla mnie zniknęły parę miesięcy po debiucie . Oczywiście jestem zwolennikiem opinii że „Terroromans” w kontekście popkulturowym był równie ważny co debiut CKOD. Ale w kwestii albumu – zero z ich strony w moją stronę, żadne informacje nie były w stanie zaistnieć w mojej świadomości, w zasadzie o premierze dowiedziałem się dzień przed, co szczerze mówiąc stanowi dla mnie niesamowitą podjarkę w tej chwili, bo o płycie nie wiem nic, prócz tego, czego dowiem się przy przesłuchaniu. Czytaj całość »

Bookmark and Share
23 mar 2010   Kategoria: single

Uffie – Illusion Of Love

Znowu… – Ona znowu to zrobiła! Po raz kolejny przełożyła premierę albumu, który miał ukazać się dwa lata temu, albo i wcześniej. Ale tym razem nie jest tak źle – znamy okładkę i tracklistę albumu i wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że faktycznie w maju będziemy mogli posłuchać „Sex, Dreams & Denim Jeans”. A Uffie podgrzewa atmosferę wypuszczając kolejny nowy kawałek.

„Illusion Of Love” zaskakuje. Uffie śpiewa. Pierwsza chwila – wow, o co chodzi? Kto zabrał Uffie, co się dzieje? Nie ogarniam. Sam kawałek zdecydowanie odbiegający od dynamicznych, agresywnych numerów, do których nas przyzwyczaiła. Melodyjny, popowy podkład to kolejne wow-co-się-stało? W drugiej chwili powoli oswajamy się z całością, by przy trzecim odsłuchu stwierdzić, że całkiem to fajne i słucha się tego nadzwyczaj przyjemnie. Miło też, że Uffie nie stoi w miejscu i po raz kolejny wysyła nam prosty sygnał, że „Sex, Dreams & Denim Jeans” może być jednym z najlepszych albumów bieżącego roku. Oby po raz kolejny nie przełożyła premiery.

Posłuchaj: Uffie – Illusion Of Love (radio rip)

Bookmark and Share
22 mar 2010   Kategoria: single

J Dilla – Safety Dance

Znam ludzi dla których 10 luty zawsze będzie kojarzył się z jednym, sam zresztą przez pewien czas do nich należałem. Wydana 3 dni po śmierci Jamesa płyta Donuts dla fanów stanowi punkt graniczny, tu dzielą się oni na tych którzy uznają pośmiertne materiały Jaya i na „zbyt bardzo czujących tu obcą rękę”. Zapewne planowana na maj płyta DONUT SHOP będzie stanowiła kolejne spięcie. Sześć niepublikowanych wcześniej utworów. Zmasteringowanych przez Elysian Masters który odpowiadał już za mix i master w przypadku Donuts, The Shining i Ruff Draft.

Safety Dance to w całości instrumental. Pierwszy strzał w moją świadomość ze strony tego kawałka, to świeżość. Domyślam się że selekcja już paroletnich utworów, na albumie będzie ukierunkowana właśnie m.in. w tą stronę. Trójwarstwowa kompozycja – perkusyjna pętla, jednostajny basowy synth i prosta krótka melodia. Odnoszę wrażenie, że Peanutbutter`owi i innym którzy przykładali ręce do zawartości tego pączka, nie chodziło o ukazanie pętli, które zakrzywią nasza wizje twórczości Jaya, bo nie jest to produkcja np. na miarę genialnego Donuts, ale wbrew wszystkim malkontentom, czuć wyraźnie że to J Dilla, a w moim odczuciu właśnie to stanowi tu sedno, ja czuję, że to on, czuję specyfikę, która charakteryzowała jego produkcje, a chyba o to chodzi w płytach wydawanych pośmiertnie.

Posłuchaj: J Dilla – Safety Dance

Bookmark and Share
21 mar 2010   Kategoria: albumy

Fingers T – The Dark Tower Vol II

:: Wydawca: BgG Records
:: Ocena: 3,0

:: last.fm

Muzyczna widokówka literackiego dzieła życia Stephena Kinga. Czyli o tym jak fan, zainspirowany twórczością mistrza horroru tworzy soundtrack do siedmiotomowej historii o światach pośrednich.

Muszę to przyznać. Fingers T to świetny muzyk, świetnie przygotowany poznawczo, wirtuozerski, genialny, uchylający się banałom, zaskakujący i świetnie zapowiadający się geniusz, którego nigdy nie słyszałem. I zapewne bym nie usłyszał, gdybym nie znał „Mrocznej Wieży” (polecam, btw). „The Dark Tower Vol II” to druga, zaraz po pierwszej, składanka gitarowych, progresywnych utworów, które mogą posłużyć jako soundtracki przy czytaniu ww. powieści. Spójrzmy jednak na nie pod kątem poważnego, zajebistego i obeznanego w tym temacie krytyka muzycznego.

Fingers T rozpoczyna swoją wędrówkę po literackich światach wejściem dobrze znanym z całej dyskografii Children of Bodom. W tym momencie można właściwie zakończyć recenzję, ponieważ temat CoB jest oskrobany do samej kości. Posłuchajmy jednak dalej. Niedostrojone z lekka gitary i elektronika rodem ze starych gier video ustępuje miejsca akustycznym klimatom. Tempo później zdecydowanie przyspiesza, jest rytmicznie i ponownie słyszymy prosty jak pas startowy rock przepleciony przez elektronikę. Plus nieśmiałe minimalistyczne wstawki. Tu i ówdzie utwory rozpoczyna gitara przy ognisku, wśród cykających koników polnych lub hipnotyczne rytmy.

Jeżeli można za coś pochwalić Fingers T, to zdecydowanie darmowe pobierania z jego last.fm. Jeżeli chodzi zaś o samą muzykę, bez chwytów „for free”, to ciężko wznieść na cześć jego materiału większe słowa pochwał od „niech będzie”, z miną skrzywioną jak po dawce cytryny. Traktować jako ciekawostkę. Mało ciekawą.

Bookmark and Share
18 mar 2010   Kategoria: wywiady

Phonique: Żyję muzyką!

Phonique, czyli Michael Vater – znany i ceniony DJ oraz producent pochodzący z Berlina. Na swoim koncie ma współpracę z takimi mistrzami elektronicznych dźwięków jak Dub Taylor, Erlend Øye (Kings Of Convenience), Steve Bug, Martin Landsky, czy legendarny kolektyw Jazzanova. Jego styl to oryginalna mieszanka Deep House, Tech House, Minimal House oraz Downbeat. Gra w największych klubach całego świata: w San Paulo, Helsinkach, Paryżu, Londynie, Marsylii, Wiedniu, Brukseli, san Francisco, Pradze, Tel Awiwie i wielu wielu innych. Phonique niebawem odwiedzi także nasz kraj. 9 kwietnia pojawi się w Sopocie, dzień później zagra w Łodzi.

Co zainspirowało Ciebie do tworzenia muzyki?

Phonique: Zawsze kochałem muzykę, dlatego zostałem Dj’em. Zawsze miałem głowę pełną dźwiękowych pomysłów, które chciałem wyrazić za pomocą muzyki.

Czy granie jest Twoją jedyną działalnością zawodową?

Phonique: Tak, żyję z grania. Jest wiele rzeczy, które mógłbym z powodzeniem robić, ale jak długo mogę tworzyć muzykę, i sprawiać radość ludziom moim graniem, chcę to właśnie robić! Najlepiej jak potrafię.

Jak opisałbyś berlińską secnę muzyczną? Czy uważasz, że Berlin wytworzył swoj specyficzny styl, rytm, różniący się od tego, co oferuje reszta kraju?

Phonique: Berlin bardzo różni sie dźwiękowo od reszty świata. Berlin jest wyjątkowy pod tym względem. Mamy tutaj wielu świetnych artystów i wiele świetnych klubów oraz masę rewelacyjnych imprez. I nie chodzi o pieniądze! W Berlinie możesz udać się do klubu za naprawdę małe pieniądze, w przeciwieństwie do Ibizy na przykład. Dlatego berlińska scena klubowa jest tak żywa. Czytaj całość »

Bookmark and Share
15 mar 2010   Kategoria: albumy

Dinosaur Feathers – Fantasy Memorial

:: Wydawca: Dinosaur Feathers
:: Ocena: 7,6

:: myspace

Łapiecie się czasem na tym, że sięgacie po albumy, z którymi nie wiążecie kompletnie żadnych oczekiwań, a ich odsłuch to bardziej formalność, niż chęć przeżycia czegoś wyjątkowego? Słuchacie nowych płyt nagranych przez zespoły, których nawet nie znacie i gdyby nie ta niezdrowa, muzyczna ciekawość, nigdy byście nie poznali? Albumy, wśród których największy odsetek stanowią te dające się określić mianem „średnie”, które pamiętamy jedynie z dwóch, trzech pierwszych utworów. I to nawet nie w każdym przypadku. Raz na jakiś czas owy proces przynosi jednak coś, dzięki czemu powiedzieć można: „było warto”. Jak się domyślacie, nie mówię tego bez powodu.

„Fantasy Memorial” należy oczywiście do tej drugiej grupy. Nie wiem skąd Dinosaur Feathers przybyli, ale materiał który prezentują na swoim debiutanckim albumie jest niesamowity. To nie głupi, prosty i oklepany indie rock, tylko coś znacznie bardziej przemyślanego i wciągającego. Fantastycznie skonstruowane melodie, czuwający nad wszystkim duch Animal Collective, doprowadzone do perfekcji ścieżki wokalne. Muzycy nie starają się iść na łatwiznę, a każda kolejna minuta potwierdza ich talent kompozytorski. Powtórzyć? Melodie. Nie prowadzą w ślepy punkt, nie wyrastają znikąd. Wszystko jest uzasadnione, dokładnie zaplanowane. Wiecie, to takie uczucie, kiedy słyszymy to, co dokładnie chcemy usłyszeć. Co oczywiście nie oznacza, iż jest to muzyka przewidywalna. Duch Animali? Nie wiem na ile jest to moje osobiste spostrzeżenie, ale brzmi to trochę jak „Strawberry Jam” i „Merriweather Post Pavillon” pozbawione całego tego aranżacyjnego i samplowego przepychu. Wokale? Misternie utkane, uzupełniające się partie idealnie wkomponowują się w muzykę. Jeśli więc ktoś powie mi, że Vampire Weekend przodują w szpikowaniu muzyki egzotycznymi inklinacjami, śmiało mogę stwierdzić: „ale to już beze mnie”. Bo „Fantasy Memorial” to album, który z minuty na minutę zaskakuje nas bardziej, niż można byłoby się tego spodziewać. Ja się nie spodziewałem. „Było warto”.

Bookmark and Share
10 mar 2010   Kategoria: albumy

Karen O and The Kids – Where The Wild Things Are

:: Wydawca: Mystic
:: Ocena: 4,9

:: last.fm

Zmanierowana, ze zdewastowaną psychiką, stylistycznie rozkapryszona Karen O idzie do przedszkola, czyli nagrywa album z dzieciakami. Rodzicie, zabierzcie pociechy od telewizora? Niekoniecznie. Pomysł tej kombinacji wydaje się być może niezbyt trafiony na wszelkie możliwe sposoby, ale efekt współpracy tej rozwrzeszczanej kobiałki ze zgrają dzikich dzieciaków wypada naprawdę sympatycznie. Karen wydaje się istną przedszkolanką, złagodniała i nabrała delikatnych wartości. Choć czasami daje upust swoim rozpoznawalnym skowytem (i tu pojawiają się problemy rozpoznawcze – nie do końca wiadomo, czy to Karen O, czy jeden z adoptowanych na potrzeby płyty dzieciaków), to jej rola na tej płycie utrzymywana jest w kołysankowym, delikatnym nastroju. Nawet przemycone tu i ówdzie brudne gitary nie psują tego nastroju. Całość przypomina wesołe spotkanie dzieciaków na kolonii przy ognisku. Tupanie, klaskanie, bezpretensjonalne śpiewy dziecięcych chórków, poprzedzane czasami motywami z bajek (tak, tak) to tutaj dźwięk powszedni.

Utwory nie są niepotrzebnie pokomplikowane – akustyczna gitarka, tamburynik i śpiewająca opiekunka O. Dla uniknięcia infantylizmu dodano szczyptę folkowo-bluesowych przypraw, przywołującą na myśl Katie Melua. Wszystko to jest bardzo sympatyczne i przyjemne. Oczywiście o aspiracji do bycia czymś więcej niż przyjemnym albumem nie ma tu mowy, ale nie przeszkadza to w zabawie z the kids.  Dominujące pozytywne opinie na laście nie są wyssane z palca. Naprawdę miło jest pokiwać dorosłą łepetynką w rytm dziecięcych klaśnięć o kolanka. Sama Karen O zapowiadała rozchlastaną na czerwono rzeź niewiniątek, ale stało się tak, że to dzieci poskromiły tego demona. Warto zaznaczyć offtopem, że to wszystko na rzecz mocno nierównego filmu „Where The Wild Things Are” Spike’a Jonzego.

Bookmark and Share