No i mamy koniec roku: roku kryzysu ekonomicznego, wzmożenia działań militarnych USA na Bliskim Wschodzie („Yes, we can!”), globalnego ocieplenia, odejścia Króla Popu, afer rozpętanych przez Autorytety Moralne z wciąganiem amfy, posuwaniem dziwek i dzieci w tle… ale też roku – jednego z najciekawszych tej dekady – jeśli chodzi o przemysł muzyczny. Nie jest to w zasadzie nic mądrego, ale w ludzkiej naturze jest zakodowana skłonność do porządkowania pewnych rzeczy, szufladkowania ich, układania w rankingi, jakby nagrywanie muzyki było dyscypliną sportową, a zakończenie roku okazją do olimpiady, więc… gramy w to! Poniżej nasz top 30 na podstawie głosowania redakcyjnego. Have fun!
 


Miejsca: 30 – 21

Przejdź do: | 30 – 21 | 20 – 11 | 10 – 1 |


Martyn
„Great Lengths”
Stwierdzenie, że debiut Martijna Deykersa, bardziej znanego jako Martyn, był jednym z najbardziej interesujących albumów dubstepowych 2009 roku byłoby trochę niesprawiedliwe, ponieważ Holender sukcesywnie zaciera granice pomiędzy gatunkami. Poszatkowane bity stanowią jedynie punkt wyjścia dla jego rozbudowanych kompozycji, które odwołują się zarówno do motoryki techno, jak i do estetyki głębokiego house’u. Wszystko to sprawia, że „Great Lenghts” zyskuje z każdym kolejnym przesłuchaniem.
(Wojciech Michaluk)
 

The Paper Chase
„Someday This All Could Be Yours vol. 1″
Congleton do groteskowego teatru muzyki The Paper Chase wprowadza chwytliwe melodie i powykręcane orkiestracje. Nie ma się jednak o co bać. Twardy charakter grupy wciąż jasno podkreślany jest przez mocarne teksty (ale serio, sprawdźcie to) i bezkompromisowe, chore aranżacje. W telegraficznym skrócie – więcej melodii, ale dalej liczy się przede wszystkim pierdolnięcie!
(Tomasz Turski)
 

The Bird and the Bee
„Ray Guns Are Not Just the Future”
Dwanaście utworów, w których Greg Kurstin daje popis swoich kompozytorsko-producenckich umiejętności, a Inara George rozkochuje w sobie wszystkich tych, którzy nie widzieli nigdy jej zdjęć (żart). Chętnie posłuchałbym bardziej przebojowego i melodyjnego zestawu piosenek, który wyszedł w 2009 roku, jednak na myśl przychodzi mi tylko Lily Allen. Z kim? Z Kurstinem, który wydaje się być swoim jedynym konkurentem na słodko-kobieco-popowym poletku. I jednocześnie, w zalewie świetnych Sa-Ra’ów, Fashawnów i Dam-Funków, broni honoru zwycięskiej cywilizacji białych ludzi, czy coś tam, jak to mówił uznany krytyk muzyczny Robert Leszczyński. Fanfare.
(Przemek Zieliński)
 

Vitalic
„Flashmob”
Vitalic kazał nam czekać na swój drugi długogrający krążek niemal cztery lata. Przez ten czas moda na electroclash, z którym Francuz usilnie był kojarzony, zdążyła się już na szczęście skończyć, a Pascal Arbez swoją nową płytą udowadnia, że nadal jest doskonałym producentem. Wybuchowa mieszanka electro, disco i wysmakowanego popu czyni z „Flashmob” szalenie absorbujący i porywający album, pełny charakterystycznych dla niego hałaśliwych riffów i przesterowanych synthów, które kontrastują ze spokojniejszymi, bardziej radiowymi numerami. Niewielu spodziewało się, że Vitalic nagra jeszcze album równie dobry, co „OK Cowboy”.
(Wojciech Michaluk)
 

Dinosaur Jr.
„Farm”
Zabawna sytuacja z tym „Farm”. Przypuszczam, iż gdyby ten album był moim pierwszym zetknięciem z Dinosaur Jr., odniósłbym wrażenie obcowania ze stosunkowo młodym, inteligentnie czerpiącym z amerykańskiego indie rocka lat 90 składem. Tymczasem, członkowie grupy mają na karku średnio po 45 wiosen (bawiąc się dalej w liczby – formacja, wliczając osmioletnią przerwę między 1997 a 2005, istnieje lat 26)! Trio z niejednego pieca chleb jadło, swoje dla muzyki zrobiło, a mimo to dalej nagrywają i koncertują, deklasując przy tym większość silących się dzisiaj na zaistnienie młodzieżowych grup. Wypada tylko dalej życzyć panom takiej formy.
(Tomasz Turski)
 

Fuck Buttons
„Tarot Sport”
Gdy parę miesięcy temu opowiadałem znajomemu o potędze owej płyty Fuck Buttons oraz jej wyższości nad debiutem, spytał zgryźliwie: „a jakie to zmiany mogli wprowadzić do muzyki opierającej się na dźwiękach typu SZRZSZRZSZRZ?” C’mon, przecież to oczywiste już po pierwszym odsłuchu. „Tarot Sport” to podróż. Hipnotyzująca, wciągająca i przede wszystkim – przyjemna. To już nie lekko przynudzające szorowanie ze „Street Horsing”, tylko śmiałe posunięcie w kierunku wyprowadzenia na pierwszy plan melodii. Pięć długich, powolnie rozwijających się, pulsujących nie zmieniającym się rytmem utworów. Dwa nieco bardziej poszarpane, „jedynie” 4-5 minutowe fragmenty jako chwilowe wyrwanie z transu. Godzina spędzona w innym świecie.
(Tomasz Turski)
 

Washed Out
„Life of Leisure”
Pogoda ostatnimi dniami nas nie rozpieszcza – w całej Europie tylko mróz, śnieg i wiatr. W takich chwilach człowiek nie myśli o niczym innym jak tylko o smacznym drinku spożywanym gdzieś daleko na południu, na piaszczystej plaży, w promieniach słońca zachodzącego nad ciepłym oceanem. Potraficie poczuć ten klimat? Washed Out – posłuchajcie go. Wydał dwie świetne EP-ki – „High Times” i opisywaną „Life Of Leisure” i tak, to jest właśnie to. Słońce, woda, zimne drinki i piękne kobiety. W środku zimy, w waszym domu.
(Kamil Brzeziński)
 

Demdike Stare
„Symbiosis”
Muzyczna podróż w nieznane. Industrialny chłód, ambientowa przestrzeń, dubowe eksperymenty. Wszystko to zatopione w mrocznej, odhumanizowej atmosferze. Tylko na słuchawki, tylko w nocy. I tylko gdy mamy dużo wolnego czasu i jesteśmy w stanie dać się pochłonąć „Symbiosis” w całości. Fascynująca przygoda dla odważnych.
(Kamil Brzeziński)
 

Akron/Family
„Set’Em Wild, Set’em Free”
Można zarzucić „Everyone is Guilty” że przeciwnie do poprzedniej płyty „Love is Simple” nie ma żadnego killera na miarę „Ed is a Portal”. Niemniej nawet bez tego udało im się nagrać nieprzyzwoicie dobrą płytę, gdzie math rockowe patenty, psychodeliczne, a nawet dość osobliwy power violence’owy „MBF” nie kala tego freak folkowego gniazda, a co więcej jest dobrym dopełnieniem do szalonych odjazdów nowego dzieła Akron/Family
(Damian Budziszewski)
 

The Pains of Being Pure at Heart
„The Pains of Being Pure at Heart”
My Bloody Valentine spotykają Belle & Sebastian. Czyli shoegaze’owa oprawa wysokiej klasy twee popowych melodii. A może odwrotnie? Bardziej „utweepopowiona” postać shoegaze’u, dream popu? Nieważne. Ważne, że przy słuchaniu debiutu nowojorskiego kwartetu zaczynamy się zastanawiać, jak coś do tego stopnia oklepanego i – powiedzmy do sobie szczerze – wtórnego, może się aż tak podobać.
(Tomasz Turski)
 

Nawigacja

Przejdź do: | 30 – 21 | 20 – 11 | 10 – 1 |


Bookmark and Share