Już dłuższy czas temu zdążyliśmy się rozliczyć z minionym rokiem za sprawą naszego podsumowania TOP 30 najlepszych albumów 2009. Jak to z tego typu podsumowaniami organizowanymi na podsawie głosowań bywa – nie zawsze wiernie oddają one atmosferę obranego czasu, wiele cennych znalezisk ginie gdzieś w matematycznych procedurach i zostaje po nich nieprzyjemna dzióra. Dziś postanowiliśmy ją załatać. Dziesięć płyt, które nie zmieściły się w naszym poprzednim podsumowaniu, a wg niektórych redaktorów na to zasługiwały:
 


Bear In Heaven
„Beast Rest Forth Mouth”
Tak pewnie brzmieliby dziś Animal Collective, gdyby na „Merriweather Post Pavilion” nie zeszli na psy ku podnieceniu świata kolorowych magazynów, dj-i radiowych z zegarem biologicznym opóźnionym o jakieś cztery lata, albo występujących jak grzyby po deszczu niezal-blogasków świeżactwa, których niechybnie dopiero ta płyta rozdziewiczyła ze stanu wzdychań i podrygów przy Kings Of Leon, czy innym syfie…
Wgniatające w ziemię freak-folkowe rytmy, podbutowane mięsistą elektroniką z zacięciem post-rockowym (choć w większości przekazów medialnych zdecydowanie wyolbrzymianym) i linie wokalne, które spokojnie możnaby wystawić w Pepsi Challange do rywalizacji z melodyjnymi popisami Cedrica Bixler-Zavali z Mars Volty. W porównaniu do debiutu 100% odmieniony kurs poszukiwawczy – za to również jeszcze jeden plusik.
(Marcin Połeć)
 

Bye Bye Bicycle
„Compass”
Ekipa ze Szwecji umiejętnie czerpie z dokonań The Smiths i Arcade Fire. Na „Compass” nie unikają oczywiście lekkich słabości kompozycyjnych, lecz mimo to całokształt robi spore wrażenie. Rzadko której indie-rockowej kapelce udaje się nagrać tak spójny, miły dla ucha album. W dodatku debiutancki. Zdecydowanie to kupuję.
(Tomasz Turski)
 

Everything Is Made In China
„Automatic Movements”
Od premiery kawałek czasu zdążył już upłynąć, można bardziej trzeźwo spojrzeć na ostatnie wydawnictwo Rosjan z Everything Is Made In China. „Automatic Movements” aż chce się lubić, zwłaszcza dzięki doskonałej warstwie produkcyjnej, ciekawej oprawie, konceptowi. I oczywiście nietuzinkowemu brzmieniu, za sprawą kanadyjskiego Chemical Sound Studios, gdzie w swoim czasie nagrywali chociażby Godspeed You! Black Emperor. Ale z perspektywy czasu, mimo genialnego, uświetnionego wizualizacjami koncertu w Warszawie, który zdążył dać nam niezłego kopa (mimo zaledwie kilkunastoosobowej frekwencji), ciężko się nie zgodzić z tezą, że dosyć lekką płytę zaserwowało nam EIMIC. Zabawa formą – owszem, ale zbyt mało treści, zbyt mało zwrotów akcji. W zasadzie trzy miesiące po premierze w pamięci zostają nam trzy, góra cztery nagrania. Więc może jest jakieś szczęście w nieszczęściu, że do naszego TOP30 się nie załapali…
(Marcin Połeć)
 

George Dorn Screams
„O’Malley’s Bar”
Zaraz po premierze powiedziałem wprost: najcenniejszy polski materiał eksportowy od czasu „Wiosny Ludu” – podtrzymuję to do dziś. Nie przypadkowo to jedyny polski album, który zmieścił się w pięćdziesiątce najlepszych płyt roku 2009 wg naszego głosowania redakcyjnego. Dojrzalsi, odważniejsi, poszukujący. To już nie ten sam zespół, który utwory budował w oparciu o post-rockowe standardy, sprowadzając je do cichego wstępu, stopniowego budowania napięcia przy pomocy podwójnego delay-a, nowych sekwencji dodawanych do pętli, a wreszcie gitarowej, silnie przesterowanej eksplozji. George Dorn Screams to już światowa liga i w tym kontekście powinni być postrzegani przez najbliższe lata.
(Marcin Połeć)
 

Japandroids
„Post-Nothing”
Mimo, że czas jarania się filmikiem z Hitlerem już powoli przemija, to po prostu nie sposób nie zestawić debiutu Japandroids ze słowem-kluczem owej „produkcji”. Chodzi oczywiście o przysłowiowe już „pierdolnięcie”. O tak. „Post-Nothing” to pierdolnięcie. Tu nie ma żadnego cackania się ze słuchaczem, głaskania, zwolnienia. Jeśli nie sponiewiera Cię obecna dosłownie WSZĘDZIE perkusja, zrobi to niosąca pogrom gitara. Słuchanie „Post-Nothing” to kwestia: czy chcesz dać się zniszczyć, czy nie?! Zdecydowanie polecam opcję pierwszą.
(Tomasz Turski)
 

Jónsi & Alex
„Riceboy Sleeps”
Kiedy parę tygodni temu Sigur Rós ogłosili zawieszenie działalności, poczułem coś w rodzaju ulgi. Nie żebym ich nie lubił (wręcz przeciwnie – „Agaetis Byrjun” to jedna ważniejszych płyt mojego życia), ale ostatnie dwa wydawnictwa świadczyły o znacznym spadku formy. Może inaczej – nie był to spadek, ale raczej próba odnalezienia się w bardziej radosnych klimatach. Próba może i udana, ale po trzech pierwszych albumach – trochę mało przekonująca. W dodatku Jonsi szykuje teraz indie popowy album i… Ech, nie wyprzedzajmy faktów. Ale jak się okazuje również i w tym wesołym okresie Islandczyków odnaleźć można prawdziwą perłę. Jest nią oczywiście debiutancka płyta Jonsiego Birgissona i Alexa Somersa. Muzycy (notabene para) stworzyli absolutnie magiczny, przenoszący w inną przestrzeń materiał, który ciężko do końca zaszufladkować. Taki to niby ambient, post-rock, rozmyty modern classical. Czy to ważne? Ważne, że słuchając „Riceboy Sleeps” czujemy się niemal muskani przez wypływające z owej muzyki ciepłe, kojące promienie słońca.
(Tomasz Turski)
 

Mono
„Hymn to the Immortal Wind”
Bez problemu mógłbym wyliczyć wady tego wydawnictwa. Wtórny post-rock, doprowadzony do granic możliwości patos, długie, ciągnące się kompozycje. A jednak jest w tym wszystkim coś, co sprawia, że już od pierwszych dźwięków „Ashes In The Snow” ogarnia mnie wprost nieopisany chłód, sączący się z majestatycznych, skąpanych w pogłosie dźwięków. Te wszystkie figury smyczkowe, gitarowe tremolo, epickie crescenda. Niby wszystko już było a jednak…
(Tomasz Turski)
 

Phoenix
„Wolfgang Amadeus Phoenix”
Dobry przykład, jak czasem duszy niewiele do szczęścia potrzeba. Proste, dopracowane w każdej milisekundzie indie-pogrywanie z niezłym wokalem, dance-punkowymi układami, jak w singlowym „1901″. Chwila ciszy, gasną światła, nad głowami zaczyna się obracać szklana kula, na parkiet wbiegają małolatki w strojach od aerobiku, wymalowane różem, w upiętych włosach, przybranych wstążkami i kolesie w obcisłych dżinsach, do połowy rozpiętych koszulach i w synchronicznych ruchach wskrzeszają ducha przełomu lat 70/80, popowych super-produkcji z „Gorączką sobotniej nocy” na czele. Jeszcze jeden obrót, klaśnięcie – znowu jesteśmy w zupełnie innej bajce. I niby w warstwie twórczej nic nowego, to jednak produkcyjnie, jak stylówa Hitlera – bezbłędna!
(Marcin Połeć)
 

Sunn O)))
„Monoliths & Dimensions”
Czyli zdecydowany powiew świeżości w szufladce drone/doom. Do głosu dopuszczone zostają m.in. flety, harfy, waltornie, dziewczęcy chór oraz różne niezidentyfikowane, zapewniające niezapomniany klimat dźwięki. Czuwa też oczywiście Atilla i jego diaboliczny growl. Wciąż też na własnej skórze doświadczymy obecności nisko przestrojonych gitar, nie stanowiących już jednak aż tak dominującego składnika albumu. Zdecydowanie wielki plus dla panów z Sunn O))). Widzimy się przy okazji następnego wydawnictwa.
(Tomasz Turski)
 

Thao with the Get Down Stay Down
„Know Better Learn Faster”
Są dwie rzeczy, za które wprost ubóstwiam Thao Nguyen. Pierwsza to niespotykana wrażliwość, którą przejawia nie tylko w muzyce, ale i sposobie bycia, wszystkich momentach życiowych, niekonwencjonalnych wywiadach, długaśnych monologach, jakie potrafi wygłaszać do internetowej kamerki, a potem publikować na kanałach YouTube, czy towarzystkich rozmowach z przyjaciółmi, którym (za sprawą wścibskich paparazzi) udało się przeniknąć do sieci. Druga rzecz to urzekająca kobiecość, w dobie wojującego feminizmu, zażartej rywalizacji płci przez co niektórych postrzegana jako zbędny relikt przeszłości. Fakt, lubi czasem potrząsnąć słuchaczem, zaskoczyć nagłymi kontrastami w aranżacjach, uwolnić gitarowy potencjał zespołu i na jego tle wyrzutem krzyknąć: „What am I, just a body in your bed?!”. Choć i tak jej bunt od w tej kategorii wizerunkowo królujących Karen O, czy PJ Harvey, rozpieszczonych, zimnych suk rzucających Mansonowi wyzwanie na dyndające do kolan gumowe penisy będą dzielić setki lat świetlnych. Koniec końców i tak skruszona wyzna „but I need you to be better than me”. Ot, taki Kopciuszek w brutalnej krainie hajsu, dziwek i koksu. Kto to dziś kupi?…
(Marcin Połeć)
 

Bookmark and Share