:: Wydawca: Mystic
:: Ocena: 6,7
:: myspace
Zacznijmy od tego, iż „Pigs, Joys & Organs” to album pełen sprzeczności. Pierwsza połowa to eksperyment, szukanie, wyginanie rocka w rozmaite rejony, począwszy od elektroniki do chociażby odkurzania estetyki Joy Division („Joy”). Druga – spokój, piosenki, ballady, ćwierkające ptaszki. Lachowicz wersja soft. W wielkim uogólnieniu oczywiście. Wersja równie udana, równie wciągająca. Utwory z obu „części” różnią się, często nie pasują do siebie gatunkowo, lecz mimo to tworzą spójną całość. Nie ma tu żadnego przeboju, w najprostszym tego słowa znaczeniu („Płyń” z Anią Dąbrowską się kłania), a i tak czuć tutaj swoistą melodyjność, charakterystyczną dla twórczości Jacka. Już rozpoczynający „Grind My Soul” to prawdziwy majstersztyk i – co by nie powiedzieć – jedna z lepszych kompozycji na albumie. Ile tu się dzieje.. W ciągu zaledwie 5 minut mamy tutaj połączenie kwasowego, powykręcanego rocka oraz (w drugiej części) hipnotycznego, snującego się jednostajnym rytmem psycho-wymiatacza. „Anticipate”? Nie spuszczamy z tonu. Dobrze zatrzymać się też przy wspomnianym już „Joy”. Barwa głosu, oszczędna aranżacja, tytuł. No nie wiem, mnie przynajmniej kojarzy się jednoznacznie. W pozytywnym znaczeniu oczywiście. Jak wspomniałem, druga część płyty reprezentuje bardziej popowe, piosenkowe oblicze Lachowicza. Kapitalny songwriting słyszymy w melodyjnym, gitarowym „To Be Strong”, intrygującą grę ze słuchaczem prowadzi „Bajka”(utwór sprzed około 10 lat), w mały flirt z elektroniką wchodzą „Pax” oraz „Dumb’n'deaf”. Na sam koniec spokojne „Organs” oraz „All The People”, czyli łagodny, melodyjny finał. Szczególnie pozytywne wrażenie pozostawia drugi utwór, gdzie muzyk pięknie buduje napięcie radosnymi dźwiękami gitary akustycznej (serio, wsłuchajcie się w podkład).
Jacek Lachowicz nie zawiódł. Nagrał album dość zróżnicowany, który ciężko wpisać w konkretną szufladkę. Mamy tu zarówno mroczne, eksperymentalne próby, jak i lekkie, popowe fragmenty. Co prawda, nie znajdziemy tu nic aż tak przystępnego i przebojowego jak to zdarzało się wcześniej, ale przyznajmy to szczerze – zupełnie nie o to chodzi. „Pigs, Joys & Organs” to album dojrzały, na którym artysta podąża za swoją niezwykłą wizją. Mimo względnej rozbieżności stylistycznej, wszystko idealnie do siebie pasuje, tworząc spójną, harmonijną płytę. Polecam, szczególnie z racji, iż „Świnie” przepadły gdzieś w czasie swojej premiery (listopad ubiegłego roku), przytłoczone tzw. „jesiennym wysypem”. Jak się okazuje – zupełnie niesłusznie.
Tomasz Turski
Odpowiedz: