:: Wydawca: Mystic
:: Ocena: 4,9
:: last.fm
Zmanierowana, ze zdewastowaną psychiką, stylistycznie rozkapryszona Karen O idzie do przedszkola, czyli nagrywa album z dzieciakami. Rodzicie, zabierzcie pociechy od telewizora? Niekoniecznie. Pomysł tej kombinacji wydaje się być może niezbyt trafiony na wszelkie możliwe sposoby, ale efekt współpracy tej rozwrzeszczanej kobiałki ze zgrają dzikich dzieciaków wypada naprawdę sympatycznie. Karen wydaje się istną przedszkolanką, złagodniała i nabrała delikatnych wartości. Choć czasami daje upust swoim rozpoznawalnym skowytem (i tu pojawiają się problemy rozpoznawcze – nie do końca wiadomo, czy to Karen O, czy jeden z adoptowanych na potrzeby płyty dzieciaków), to jej rola na tej płycie utrzymywana jest w kołysankowym, delikatnym nastroju. Nawet przemycone tu i ówdzie brudne gitary nie psują tego nastroju. Całość przypomina wesołe spotkanie dzieciaków na kolonii przy ognisku. Tupanie, klaskanie, bezpretensjonalne śpiewy dziecięcych chórków, poprzedzane czasami motywami z bajek (tak, tak) to tutaj dźwięk powszedni.
Utwory nie są niepotrzebnie pokomplikowane – akustyczna gitarka, tamburynik i śpiewająca opiekunka O. Dla uniknięcia infantylizmu dodano szczyptę folkowo-bluesowych przypraw, przywołującą na myśl Katie Melua. Wszystko to jest bardzo sympatyczne i przyjemne. Oczywiście o aspiracji do bycia czymś więcej niż przyjemnym albumem nie ma tu mowy, ale nie przeszkadza to w zabawie z the kids. Dominujące pozytywne opinie na laście nie są wyssane z palca. Naprawdę miło jest pokiwać dorosłą łepetynką w rytm dziecięcych klaśnięć o kolanka. Sama Karen O zapowiadała rozchlastaną na czerwono rzeź niewiniątek, ale stało się tak, że to dzieci poskromiły tego demona. Warto zaznaczyć offtopem, że to wszystko na rzecz mocno nierównego filmu „Where The Wild Things Are” Spike’a Jonzego.
Michał Chmielewski
Odpowiedz: