
Aligatory to wredne predatory. Przekonał się o tym jeden z naszych polskich braci na obczyźnie, przekonał się o tym i Czarek Nowak, znany bardziej jako CeZik.
Cezik udziela się w bandzie Hadrony, przeszedł drogę promocji w TVN-owskiej ramówce, gdzie zyskał sympatię śpiewaniem a capella kapsw an. Relacja anonimowego dokarmiacza dzikich aligatorów z Illinois zainspirowała CeZika i jego kompana MerCa do nagrania rekonstrukcji tych drastycznych wydarzeń. Znakomicie odwzorowany ciąg wydarzeń – jest szwagier, jest gary muw aut, jest ajm gona giwem a ciken, no i jest aligator we własnej osobie. Efekt porażający. Pozytywnie.
Kolejność odtworzenia: najpierw relacja wujka z Illionois, potem dopiero:
Posłuchaj: MerC ‘N CeZik – Forfiter Blues
Aligatory to wredne predatory. Przekonał się o tym jeden z naszych
polskich braci na obczyźnie, przekonał się o tym i Czarek Nowak,
znany bardziej jako CeZik.
Cezik to udzielający się w bandzie Hardony, wypromowany w TVN-owskiej ramówce śpiewaniem a capell kapsw an zyskał masową sympatię widzów
Relacja anonimowego dokarmiacza dzikich aligatorów z Illinois
zainspirowała CeZika i jego kompana MerCa do nagrania rekonstrukcji
tych drastycznych wydarzeń. Znakomicie odwzorowany ciąg wydarzeń -
jest szwagier, jest gary muw aut, jest aj gona giwem a ciken no i
jest aligator. Efekt porażający. Pozytywnie.
Kolejność odtworznenia: najpierw relacja wujka z Illionois, potem CeZik i MerC.

:: Wydawca: Dramatico
:: Ocena: 7,0
:: myspace
Tak niespokojnie czekałem, kiedy melancholia autorstwa Katie Melua przerodzi się w banalne marudzenie. Jednak bateryjki refleksyjnego smutku tej Gruzinki jeszcze się nie wyczerpały. Oj nie.
Po raz pierwszy zaskoczenie – “The Flood” wypuszczony tuż przed płytą sygnalizował zmianę. To nie była ta Melua od “Nine Milion Bicycles”, “Spider Web” ani od “If You Were a Sailboat”. Znaczy była i nie była, bo do połowy utworu wszystko się zgadzało – spokojnie, czule, delikatnie. Przyspieszenie, jakie nagle następuje w tym utworze, początkowo miesza uczucia, ale idzie się przyzwyczaić. “The Flood” można było odczytać jako zapowiedź: Hej, to ja, Katie, trochę inna, ale to ciągle ja. I faktycznie, cała płyta to znana i lubiana Kasia. Co prawda, o lekko zmienionej orientacji aranżacyjnej, ale nie urąga to jej gracji ani ździebka.
Zaczyna się od przecudownego “I’d Love to Kill You”. Ta akustyczna ballada, jeśli Was nie ruszy, to idźcie do diabła. Czuły hook zawodzenia zamiast refrenu to najpiękniejsze, co słyszałem w tym roku. Kropka. Mówcie co chcecie. “The Flood” jak była mowa – zaskakuje (in plus). Wodewilowe “Moment off Madness” to, w skrócie, ten pieprzony kolec u róży. Pomińmy go zatem. Na “Red Balloons” potwierdza się status Melua jako doskonałej montażystki romantycznych kompozycji. “God on Drums, Devil on the Bass” to chyba pierwszy pokaz jej agresywniejszej strony. Zaskakuje także elektroniczne, nomen omen zakręcone “Twisted”. Już standardowe, choć trochę niespokojne, tytułowe “The House” godnie zamyka całość albumu, którego tematyka rozbija się głównie o wątki tak znienawidzonych rozterek sercowych i śliskiego szczęścia. Całość brzmi bardzo lekko, przemyślanie oraz – uwaga, deja vu! – czule i delikatnie. Najlepszy, jeśli nie przesadzam, album Melua.
Katie Melua przerodzi się w banalne
marudzenie. Jednak bateryjki refleksyjnego
smutku tej Gruzinki jeszcze się nie
wyczerpały.
Po raz pierwszy zaskoczenie – “The flood”
wypuszczony tuż przed płytą zaskoczył. To
nie była ta Melua od “Nine milion
bicycles”, “Spider web” ani od “If you were
a sailboat”. Znaczy była i nie była, bo do
połowy utworu wszystko się zgadzało -
spokojnie, czule, delikatnie.
Przyspieszenie, jakie nagle następuje,
początkowo miesza uczucia, ale idzie się
przywyknąć. “The flood” można było odczytać
jako zapowiedź: “Hej, to ja, Katie, trochę
inna, ale to ciągle ja”. I faktycznie, cała
płyta to znana i lubiana Kasia. Co prawda,
o lekko zmienionej orientacji aranżacyjnej,
ale nie urąga to jej gracji.
Zaczyna się od przecudownego “I’d love to
kill you”. Ta akustyczna ballada, jeśli Was
nie ruszy, idźcie do diabła. Czuły hook
zawodzenia zamiast refrenu to
najpiękniejsze, co słyszałem w tym roku.
Kropka. Mówcie co chcecie. “The flood” jak
mówiłem – zaskakuje na plus. Wodewilowe
“Moment off madness” to, w skrócie, ten
pieprzony kolec u róży. Pomińmy go zatem.
Na “Red Balloons” potwierdza się status
Melua jako doskonałej montażystki
romantycznych kompozycji. “God on drums,
Devil on the bass” to chyba jej pierwszy
pokaz agresywniejszej strony. Zaskakuje
także elektroniczne, nomen omen zakręcone
“Twisted”. Już standardowe, choć trochę
niespokojne, tytułowe “The house” godnie
zamyka całość albumu, którego tematyka
rozbia się głównie o wątki tak
znienawidzonych rozterek sercowych i
śliskiego szczęścia. Całość brzmi bardzo
lekko, przemyślanie oraz – deja vu, uwaga!
- czule i delikatnie.
:: Wydawca: Mystic
:: Ocena: 4,9
:: last.fm
Zmanierowana, ze zdewastowaną psychiką, stylistycznie rozkapryszona Karen O idzie do przedszkola, czyli nagrywa album z dzieciakami. Rodzicie, zabierzcie pociechy od telewizora? Niekoniecznie. Pomysł tej kombinacji wydaje się być może niezbyt trafiony na wszelkie możliwe sposoby, ale efekt współpracy tej rozwrzeszczanej kobiałki ze zgrają dzikich dzieciaków wypada naprawdę sympatycznie. Karen wydaje się istną przedszkolanką, złagodniała i nabrała delikatnych wartości. Choć czasami daje upust swoim rozpoznawalnym skowytem (i tu pojawiają się problemy rozpoznawcze – nie do końca wiadomo, czy to Karen O, czy jeden z adoptowanych na potrzeby płyty dzieciaków), to jej rola na tej płycie utrzymywana jest w kołysankowym, delikatnym nastroju. Nawet przemycone tu i ówdzie brudne gitary nie psują tego nastroju. Całość przypomina wesołe spotkanie dzieciaków na kolonii przy ognisku. Tupanie, klaskanie, bezpretensjonalne śpiewy dziecięcych chórków, poprzedzane czasami motywami z bajek (tak, tak) to tutaj dźwięk powszedni.
Utwory nie są niepotrzebnie pokomplikowane – akustyczna gitarka, tamburynik i śpiewająca opiekunka O. Dla uniknięcia infantylizmu dodano szczyptę folkowo-bluesowych przypraw, przywołującą na myśl Katie Melua. Wszystko to jest bardzo sympatyczne i przyjemne. Oczywiście o aspiracji do bycia czymś więcej niż przyjemnym albumem nie ma tu mowy, ale nie przeszkadza to w zabawie z the kids. Dominujące pozytywne opinie na laście nie są wyssane z palca. Naprawdę miło jest pokiwać dorosłą łepetynką w rytm dziecięcych klaśnięć o kolanka. Sama Karen O zapowiadała rozchlastaną na czerwono rzeź niewiniątek, ale stało się tak, że to dzieci poskromiły tego demona. Warto zaznaczyć offtopem, że to wszystko na rzecz mocno nierównego filmu “Where The Wild Things Are” Spike’a Jonzego.
Say hello to YouTube, Scott! mam nadzieję, że ta budka, na tle której zawsze występujesz, to nie twój dom, chociaż palce masz czarniejsze niż ta banda krzywiących ze zdziwienia ryje szatanistów buty, do pełnego obrazu brakuje Ci chyba tylko rzymskiego setnika batem popędzającego “graj i tańcz, czarnuchu, pomiocie proletaryjacki!”, masz kawał głosu, i pewnie osobowość, wygrałbyś Idola, znaczy zajął drugie miejsce, ale i tak masz na to wyjebane, więc tak trzymaj, byku!