right_side
10 sie 2010   Kategoria: albumy

Flying Lotus – Cosmogramma

:: Wydawca: Warp Records
:: Ocena: 7,7

:: myspace

Wyglądam za okno. Gwiazdy. Galaktyki. Mgławice. Feeria barw.

Tworzenie, niszczenie, kreacja, destrukcja, chaos-chaos-cha-os->e-w-o-l-u-c-j-a->ewo-lu-cja->ewolucja->ład,porządek.
Początekpoczątek-koniec. Koniec&początek. Początek(koniec). Pętla. Nieskończoność. Głębia. Narodziny i śmierć. Powstanie. tworzenie. sTWORZENIE.

Zapadamy się.

Rodzimy.


.
Płyniemy poprzez wszechświat. STOP. Dookoła nas wybuchają galaktyki. STOP. Czarne dziury wchłaniają materię. STOP. Dookoła nas dzieje się tyle, że nie wszystko zauważamy. STOP. Nasza podróż zapętla się. STOP. Zaczynamy od nowa. STOP. Dostrzegamy nowe rzeczy. STOP. Dookoła nas nieskończność. STOP.

Czas. Nie. Istnieje.

Bookmark and Share
5 sie 2010   Kategoria: single

Robyn – Hang With Me

Piętnaście lat na scenie, pięć świetnych płyt, szósta w drodze,  wytyczenie elektropopowego standardu i wielki szacunek krytyków. Robyn – ktoś więcej niż jakaś tam piosenkarka.

Nie śmiałbym nawet przypuszczać, że jej kariera choć przez chwilę była w czyjś rękach, bo na pewno prócz samego talentu, nie można odmówić jej celowości w działaniu, gustu muzycznego (współpraca z najlepszymi światowymi producentami – Åhlund, Diplo, Röyksopp, Lindström, Alexander Kronlund , Kleerup) i konkretnie realizowanego pomysłu na siebie, ponieważ Robin ma swoją muzyczną godność.

„Hang With Me” to utwór promujący drugą część płyty Body Talk, klimatyczne przeciwieństwo promującego część pierwszą, agresywnego „Dancing on my own”. Lekki utwór, z dominującą krótką klawiszową pętlą, twardy hi-hat i oczywiście mistrzowskie partie wokalne. Smakowicie, jak zawsze!

Posłuchaj: Robyn – Hang With Me

Bookmark and Share
4 sie 2010   Kategoria: single

LBCK – Start

Każde wakacje mają swój hit – to truizm. Jednakże termin „hit wakacyjny” nie ma stricte encyklopedycznej regułki. Wielu „znawców muzyki” próbowało ustalić, jak taki szlagier powstaje oraz jaki jest jego przepis. Niestety bądź stety badania tego zjawiska zawsze kończyły się fiaskiem.

„Start” zapewne nie przebije się do mainstream’owej świadomości, aczkolwiek śmiało może stawać w szranki o miano wakacyjnego underground’owego hitu electro. I trudno do końca powiedzieć dlaczego, bo to przecież „hit wakacyjny”… Można natomiast opisać ten kawałek używając konwencjonalnych metod. Świetny, taneczny bit – sprawiający, że nóżka chodzi, sample będące reminiscencją disco z przełomu lat 70/80 (czyli wszędobylskie 80’s! ale w dobrze wyważonych proporcjach, ten revival nie musi się wcale kończyć) no i bujający wszystkie części ciała trance’owy flow… Co więcej pozostaje? Nic, tylko wyjście na parkiet!

Na koniec naszła mnie konstatacja, że może choć trochę udało mi się przybliżyć do sformułowania definicji „hit wakacyjny”. Bo to nic trudnego, wystarczy by dany kawałek był po prostu dobry i przebojowy.

Marcin Bubiński

No i lekkość, co nie Marcinie?! Bo ciężkie utwory w wakacje ciężko jest kochać. A  ta muzyczna furia w wykonaniu Long Beach City Kids to przede wszystkim taki lajcik. Bawiąc się we francuski macanki przede wszystkim trzeba wiedzieć, co rżnąć, a najlepiej ciąć – wtedy to wychodzi najlepiej. Inaczej rzeźnia. Bo wbrew pozorom ma to sporo wspólnego z chirurgią albo masarnią. Teoretycznie, oczywiście! Trzeba robić krótkie,  bardzo precyzyjne, bez zbędnych szkód, cięcia. Szyć minimalizując blizny.

LBCK tak to właśnie robią, ich sampling to przede wszystkim zgrabny 80sowy pop, tną pętle, bębny, z refrenów robią ornamenty a wszystko kładą na własnej bazie. Mają swój standard, a „Start” zbytnio nie odbiega od niego. Ich album był by tragiczny.

Ale chyba zdają sobie sprawę, że ich fach to estetyczna lekkość w pojedynkę.

Patryk Kanarek

Posłuchaj: LBCK – Start

Bookmark and Share
22 lip 2010   Kategoria: albumy

Caribou – Swim

:: Wydawca: Merge
:: Ocena: 7,4

:: myspace

Ostatnimi czasy ogromną furorę robi termin „freak folk”. Wszystko otagowane w powyższy sposób, ma szansę odbić się głębokim echem w eterze, dostać wysoką notę na pitchforku itd. Na razie jednak jest się czym zachwycać, nie muszę mówić, ile radości przysporzyli nam ostatnio Grizzly Bear, Local Natives, Fleet Foxes etc. „Freak folk” nie jest jeszcze słowem skompromitowanym, jak wszędobylskie „indie rock”. Moje pytanie brzmi jednak: dlaczego tylko folk ma prawo być freak? Tę nurtującą mnie wątpliwość potęguje wysłuchanie nowej płyty Dana Snaith’a, tworzącego pod szyldem swego projektu Caribou.

Muzyka na „Swim” jest jeszcze bardziej pokręcona i nie do zaszufladkowania niż twórczość zespołów przytoczonych wyżej, czy im podobnych. Dan w wywiadzie dla czerwcowej „Machiny” stwierdził, iż najważniejsza jest sztuka tłumaczenia myśli na dźwięki. Muszę skonstatować, iż myśli tego muzyka muszą być niezwykle intensywne, bujne, kolorowe. Snaith zachwyca także muzycznym obyciem oraz erudycją. Świetnie prześledził parkietowe trendy, szukając inspiracji gdzie tylko popadnie. Doskonale odczytał modę na tłuste dub stepowe bity, będące ostatnio na topie. Jego muzyka na tym albumie jest doskonale poukładana, przemyślana, ma ręce i nogi – mym skromnym zdaniem to zasługa osłuchania z wydawnictwami Bonobo. Wydaję się również, że artysta ucieka w tak abstrakcyjne rejony, jak avant jazz spod znaku Sun Ra, stąd też momentami jest bardziej ponuro, mroczno i psychodelicznie(oczywiście te inspiracje Snaith przetworzył na własną modłę), a mimo to jego koncepcja jest bardzo przystępna. Ta muzyka nie męczy, nie sprawia, iż trzeba iść po drinka, aby jakoś ją przeboleć. Wręcz zaprasza na parkiet ubrana w ciepłe, duszne, przestrzenne house’owe melodie – to już wyraźny wpływ Jeremy’ego Greenspena z Junior Boys, zaproszonego do współpracy nad płytą. I ta kolaboracja również wydaje się strzałem w dziesiątkę twórcy Caribou, bo któż inny jak nie współtwórca świetnej „Begone Dull Care” mógłby przyozdobić album w tak przyjazny, parkietowy flow? Na koniec nie zapomniano także o specjalnych smaczkach. Pojawia się szczypta muzyki etno – utwór otwierający płytę poprzez tytuł powinien kojarzyć się z Ukrainą, ja tam słyszę bałkański folk, „Bowls” to rytm podchwycony z afrykańskiej sawanny i przetworzony przez elektroniczne zabawki. I tak można w nieskończoność, ponieważ ten album bucha od ciekawych pomysłów, którymi można by obdzielić pięć innych. Dawno nie wpadła mi w ręce płyta tak wieloznaczna, tak nie monochromatyczna, a zarazem niezwykle spójna i przystępna.

Pozostaje jeszcze bić brawa projektowi Caribou za niezwykłą spójność twórczą, również pod kątem jej poziomu. W czasach, gdy wielu artystów nagrywa jedną dobrą płytę, Dan Snaith konsekwentnie zdobywa swoją publiczność świetną muzyką, a nie ekscesami różnej natury. Po prostu!

Bookmark and Share
26 cze 2010   Kategoria: albumy

MIA – /\/\/\Y/\

:: Wydawca: XL
:: Ocena: 7,0

:: myspace

Wystarczy. Kurz pierwszych emocji opadł, czyli czas podsumować.

A jest co. MIA po raz trzeci zaskakuje koktajlem rytmów i dźwięków. Niby nie należało się spodziewać niczego innego, bo Mathangi Arulpragasam nigdy przecież nie chadzała tymi ścieżkami, co jej koleżanki, które usilnie doczepiają swoje nazwisko do produkcji Timbalanda, ale i tak w napięciu oczekiwało się wyroku, jaki samodzielnie wystawi się płycie „/\/\/\y/\” po premierze (czy też wycieku).

Jakiejś prawdziwej rewolty tutaj nie uświadczymy – w dalszym ciągu muzyka MII to żonglerka konwencjami, przytaczanie cytatów i haseł, z tą różnicą, że znacznie głośniejsza niż „Kala” i „Arular”. Już drugi utwór „Steppin up” to prawdziwe wejście smoczycy, wspomaganej piłą mechaniczną (tak, tak) i wyznaczającej brutalny rytm utworu. Tym samym Four Tet przegrywa w rankingu Nietypowe Dźwięki. Dalej jest niemniej zróżnicowanie. MIA balansuje na granicach kilku gatunków, to zwalniając, to przyspieszając tempo, ale zachowując ciągle pewien poziom. W tym jednak szkopuł, że na tle takiego właśnie „Steppin up”, „XXXO” czy „Meds and Feds” reszta, wolniejsza część płyty, wypada trochę blado. To oczywiste, że należało zwolnić w paru miejscach (ciężko byłoby połączyć takie reggae z mocnym, szybkim rytmem), choć być może należało też pójść tym kierunkiem po raz pierwszy i nagrać w pełni hałaśliwą płytę, która po wyjęciu słuchawek z uszu zostawiałaby kilkudniowe echo. A tak mamy tylko kolejne CD pani Mahangi – różniące się od poprzedników, ale w ten charakterystyczny, przewidywalny sposób. Ciągle są to muzyczne puzzle, przekątna kilku gatunków i zadziorny charakterek made in Sir Lanka (ze szlabanem na USA), ale – jak to się mówi – do trzech razy sztuka. Za czwartym razem (daj Boże, by był) nie będzie już tak dobrze i optymistycznie.

Wystarczy. Kurz pierwszych emocji opadł, czyli czas

podsumować.

A jest co. MIA po raz trzeci zaskakuje koktailem rytmów i

dźwięków. Niby nie należało się spodziewać niczego

innego, bo Mathangi Arulpragasam nigdy przecież nie

chadzała tymi ścieżkami, co jej koleżanki, które usilnie

doczepiają swoje nazwisko do produkcji Timbalanda, ale

w napięciu oczekiwało się wyroku, jaki samodzielnie

wystawi się płycie „/\/\/\y/\” po premierze (czy też

wyciecku).

Jakiejś prawdziwej rewolty tutaj nie uświadczymy – w

dalszym ciągu muzyka MII to żonglerka konwencjami,

przytaczanie cytatów i haseł, z tą różnicą, że znacznie

głośniejsza niż „Kala” i „Arular”. Już drugi utwór

„Steppin up” to prawdziwe wejście smoczycy,

wspomaganej piłą mechaniczną (tak, tak) wyznaczającej

brutalny rytm utworu. Tym samym Four Tet przegrywa

w rankingu Nietypowe Dźwięki. Dalej jest niemniej

zróżnicowanie. MIA balansuje na granicach kilku

gatunków, to zwalniając, to przyspieszając tempo, ale

zachowując ciągle pewien poziom. W tym jednak

szkopuł, że na tle takiego właśnie „Steppin up”, „XXXO”

czy „Meds and Feds” reszta, wolniejsza część płyty,

wypada trochę blado. To oczywiste, że należało zwolnić

w paru miejscach (ciężko byłoby połączyć takie reagge z

mocnym, szybkim rytmem), być może należało też pójść

tym kierunkiem po raz pierwszy i nagrać w pełni

hałaśliwą płytę, która po wyjęciu słuchawek z uszu

zostawiałaby kilku dniowe echo. Tak mamy tylko kolejne

CD pani Mahangi – różniące się od poprzedników, ale w

niecharakterystyczny, przewidywalny sposób. Ciągle są

to muzyczne puzzle, przekątna kilku gatunków i

zadziorny charakterek made in Sir Lanka (ze szlabanem

na USA), ale – jak to się mówi – do trzech razy sztuka. Za

czwartym razem (daj Boże, by był) nie będzie już tak

dobrze i optymistycznie.

XL

Bookmark and Share
11 cze 2010   Kategoria: albumy

Steve Mason – Boys Outside

:: Wydawca: Double Six
:: Ocena: 6,5

:: www

Gdzieś pośród wszystkich klasyków, dajmy na to z drugiej połowy lat 90 i początku ubiegłej dekady, troszeczkę z tyłu na półce z płytami znajdziemy wydawnictwa The Beta Band. Lekko zakurzone, troszeczkę zapomniane. Tak to jest, gdy zespół na dalszy plan spycha parcie na zajebistość i granie tego, co tam akurat popularne. Otaczająca ich przełomowość sprawiła, że na The Beta Band patrzy się raczej z lekkim dystansem. Nie chcę pozować na żadnego ich znawcę, ale faktu, że nigdy w pełni nie doświadczyli czegoś takiego jak „hype” chyba nie da się podważyć. Chociaż „Dry The Rain” zna pewnie każdy, podobnie jak klip z bieganiem po plaży. Ale co z resztą?

Oczywiście mam nadzieję, że trochę przesadzam z tą masową znieczulicą. Może po prostu fani The Beta Band to również ludzie, którzy swoim uwielbieniem raczej nie afiszują się na każdym kroku? No ale żeby nie odbiegać zbytnio od meritum i nie przedłużać – Steve Mason, głos owej formacji, wydał album solowy. No i tu właściwie należałoby powtórzyć twierdzenie z pierwszego akapitu. „Boys Outside” nazwać można eleganckim nudzeniem, trochę bardziej upopowioną wersją samego siebie sprzed ponad 10 lat, muzyką bez większej dozy hooków i wpadających od razu w ucho zagrywek. Co prawda, przy pierwszych odsłuchach błyszczą te bardziej „oczywiste” kawałki jak „The Letter”,  czy singlowe „Lost And Found” i „All Come Down”, ale wyrównanie szali to kwestia co najwyżej jednego popołudnia. Co oczywiście nie oznacza, iż tylko tyle mamy tej płycie poświęcić. Bo i głos ładny, piosenki ciekawe, nie nachalne, eleganckie. Czuje się w pełni kupiony, a i zaskoczony. Bo, szczerze mówiąc, aż tak dobrego albumu się nie spodziewałem.

Bookmark and Share
14 maj 2010   Kategoria: single

Human Life – In It Together

Mam nową fajną rzecz.  Nowe fajne rzeczy są fajne, choć czasem nie do końca są aż tak nowe. Szczególnie w obecnej epoce revivali, to jednak wciąż są fajne.
„In it Together” to taka właśnie nowa fajna rzecz. Ten kawałek ma w sobie krótki motyw lub – jak kto woli – kilka elementów, które spójnie stanowią o całej fajności i tych peanach. Otóż mamy tu rozmarzone pasma syntezatora, gdzieś spływające w decybelach, zmieszane z 8 bitową przygrywką i mocną stopę w stylu disco przytupu w parkiet. Dalej w to wszystko wcina się funkowy bas i soulowy miękki „magical” wokal. Spójność, dawkowanie , naprawdę jest fajnie.

Co do samej grupy, Human Life próbują iść już raz przetartą ścieżka. Remixy, super kawałek i dużo informacji, wszędzie gdzie się da. Efekt jest taki, że wcześniej ich nie znałem, a teraz czekam na następny kawałek. Złudne to. Podobnie było w przypadku Miami Horror , burza informacyjna i rewelacyjny utwór „Sometimes”, od którego w zasadzie nic z ich strony ciekawe nie wyszło. Więc nie próbujcie o nich pamiętać, smakujcie tylko kawałek – takie czasy…

Posłuchaj: Human Life – In It Together

Bookmark and Share
10 maj 2010   Kategoria: albumy

Delorean – Subiza

:: Wydawca: Fool House
:: Ocena: 7,2

:: myspace

Jeśli chodzi o nowe albumy to w połowie roku 2010 można dopuścić się wszelakiego rozpasania muzycznego, repetycji najbardziej unikatowych form. Te ukierunkowania mają nawet dość duże szanse, żeby zostać pokochanymi, czego w zasadzie jesteśmy świadkami. Jednak w połowie tego ponoć (?) cholernie przełomowego roku, jeśli chodzi o nowe płyty, solidną pionę można dostać nagrywając dobry album opierający się na stylistyce, która od dłuższego czasu krąży na dzielnicy, i mogło się wydawać, że powoli smutnieje, słabnie. A tu jednak nie.

Nowy album Deloaren formą zorientowany jest właśnie na stylisykę oswojoną dla ucha, na belaryczny pop, oczywiście z elementami dance i delikatnego eksperymentu. De facto to materia, w której każdy z nas ma już wypracowaną playlistę marzeń, co dodatkowo potwierdza, że idąc w tą stronę, łatwo nie będzie… A przecież mogli inaczej. Pojedyncze utwory Delorean, smakowały w kategorii chillwave, więc opcja rozpasania jakaś była. Subiza ujmuje niesamowitą równością, można mówić o praktycznym braku większego rozbicia stylistycznego i poziomu, każdy kawałek jest na podobnym, co często w bliskich konfiguracjach bywało zgubne, jak choćby w przypadku, nowego albumu Caribou. Tu jest to raczej efektem solidnie wypracowanych kompozycji. „Grow” jest jednocześnie najlepszym utworem na płycie i zarazem najlepiej obrazującym jej charakter. Delikatny klimat syntezatora i wokali, wzmocniony jest silnym tłem, wskakują przemiennie krótkie partie smyczków, gitar, pianina, które dają efekt „płynięcia” – obecny na całym albumie. Szczerze powiedziawszy, słuchając Subizy przychodziło mi na myśl wydawnictwo „A new Chance” TTA, powierzchownie to bardzo podobny album, jednak w rozbiciu różnice grają na korzyść Delorean. Na poziomie składowym, album TTA to kompozycje i refreny, które w pojedynkę rozbijały bank, jednak posiadał też utwory, które przez singlowy charakter albumu i w połączeniu ze słabością, rozmywały widmo idealizmu płyty np. „Miami”. Tu z kolei nie mamy utworu, który mógły dobitnie zdominować album, ani też utworu, który mógłby rozbić szeregi. Jest efekt lekkiego wstawienia w Trip muzyczny, bez nudy, ciekawa podróż. Jeśli chodzi o „Balearic” to jeden z najlepszych albumów w tej bandzie. Od początku do końca zmyślnie, bez fajerwerków, wyprodukowany, oczywiście żadnych blizn po skalpelu nie ma.

Za to jest chwała.

Bookmark and Share

Zespół tworzą dwaj muzycy pochodzący z Cambridge (tego leżącego obok Bostonu): grający na instrumentach klawiszowych i obsługujący samplery Max Lewis oraz grający na klawiszach i basie Mirza Ramic. Muzyka, którą tworzą obaj panowie, to niebanalna mieszanka trip-hopu, post-rocka oraz elektroniki, bujnie okraszona filmowo – mrocznymi dźwiękowymi kolażami. W swoim dorobku mają wydaną w 2006 r. debiutancką EP-kę „Bliss Was In That Dawn To Be Alice” oraz longplay „Black Paris 86″ z 2007 roku.

Latem 2009 r. zespół przygotował długogrający krążek pt. „Matador” z udziałem takich muzyków jak Philip Jamieson z grupy Caspian, Mona Elliott z zespołu Travels, czy Adam Arrigo z The Main Drag. Utwory z tego albumu będziemy mogli już niebawem usłyszeć w Polsce, podczas europejskiej trasy koncertowej zespołu. Grupa zagra w Warszawie (6 maja), Wrocławiu (9 maja) oraz Krakowie (10 maja). Mnie zaś udało się zwywiadować jednego z muzyków tworzących Arms and Sleepers – Mirzę Ramica, który wielokrotnie powtarzał mi, iż bardzo jest podekscytowany faktem ponownych odwiedzin naszego kraju! Polscy fani Arms and Sleepers na pewno też!

Kto i w jaki sposób wpadł na pomysł z taką nazwą zespołu? Dlaczego nazwa Arms and Sleepers?

Mirza Ramic: Zanim założyliśmy z Maxem Arms and Sleepers, graliśmy w innym zespole. Mieliśmy zamiar wydać podwójny album, gdzie jedna strona miała nazywać się „Arms”,a druga „Sleepers”. Minął rok, a my nadal tkwiliśmy w martwym punkcie, nie wydając żadnego materiału. Kiedy zespół się rozpadł, połączylismy te dwa słowa: arms i sleepers i tak powstała nazwa zespołu. Jeśli chodzi o samo znaczenie, to obaj z Maxem interpretujemy nazwę naszego zespołu w różny sposób. Ale dla mnie ma ona głównie związek z tym, jak działa świat, w którym żyjemy. Niektórzy ludzie mają „ramiona” (gra słów, „arms” oznacza w jęz. angielskim zarówno „ramiona” jak i „broń”), których używają jako broni do wymuszania przyjęcia swoich przekonań przez innych, co skutkuje morderstwami, głodem, etc. „Sleepers”, a więc „Ci śpiący” to wielu z nas, którzy albo pozostają ślepi na te problemy, albo je ignorują, ponieważ żyją w dobrobycie i nie stykają się z nimi. Czytaj całość »

Bookmark and Share
1 maj 2010   Kategoria: wywiady

Kamp!: Walka nie jest skończona

Gdy się pojawili, słuchacze w kraju nad Wisłą byli solidnie głodni popu o elektronicznym zacięciu, więc już na starcie zespól dostał zapas kultu od hipsterów. Mogli to wszystko szybko stłamsić, jednak tak się nie stało, starannie realizowany pomysł na siebie poskutkował tym, że dziś są jednym z najlepszych i najlepiej prognozujących polskich zespołów. Kamp! to trzy osoby: Radek, Michał i Tomek, które mają zajebistą świadomość swojej pozycji i tego, na jakim etapie się znajdują oraz jak wiele jeszcze mają do zrobienia. Podejmując kolejne wątki wywiadu miałem wrażenie, że oni sami już wiele razy zdążyli to przeanalizować.

Zacznę od pytania chyba najważniejszego, pracujecie nad płyta?

Tomek: Pracujemy nad pierwszą płytą. Na razie nie jesteśmy nawet w połowie drogi, ale czekamy na swój dobry moment, kiedy przyjdzie lato, kiedy będziemy mieli mniej koncertów i więcej czasu, żeby przysiąść nad materiałem. Chłopaki macie coś do powiedzenia?

Radek: Bardzo długo koncepcyjnie walczyliśmy jak podejść do płyty, jak w ogóle ją ugryźć.

Michał: Walka nie jest skończona.

Radek: Właśnie, walka nie jest skończona, ale jesteśmy na dobrej drodze. Byłeś na próbie to pewnie słyszałeś – graliśmy właściwie tylko nowe kawałki, chcemy sprawdzić jak działają na ludzi. Jest to trochę stresujące ale sprawia też dużą radochę. Czytaj całość »

Bookmark and Share