right_side
26 lip 2010   Kategoria: albumy

Liars – Sisterworld

:: Wydawca: Mute
:: Ocena: 4,9

:: myspace

Osoby nie znające muzyki Liars, mogą być zaskoczone słuchając nowej płyty nowojorskiego tria. Tytuł i okładka mogą sugerować oniryczny, rozchwiany emocjonalnie dream pop. Aczkolwiek mamy tu do czynienia z muzyką przewidywalną, szorstką i zaplanowaną co do minuty, przypominającą fabrykę z rygorystycznym planem pracy.

Bo nowa płyta Liars bardzo kojarzy się z surowym industrialnym klimatem. Chłodna, statyczna sekcja rytmiczna przywodząca na myśl nowofalowe zespoły z legendarnego CBGB’s. Potężna ściana dźwięku wytworzona przez gitary, pojawiająca się w niemal wszystkich kompozycjach,  to dług zaciągnięty u punkowych kapel różnych odmian tego nurtu muzycznego, tak prężnie działającego w Nowym Jorku (od Velvet Underground począwszy).

Słuchając tej płyty miałem nieodparte wrażenie, iż muzycy każdą sekundę, każdą nutę starannie przemyśleli, zero zaskoczeń, pełna konsekwencja, powtarzalność, automatyzm. Czy widzicie taśmę produkcyjną, rutynowo przesuwającą elementy składowe jakiegoś silniczka, czy innego rozrusznika? Linia produkcyjna mknie, nie dając chwili wytchnienia. Potężne i siermiężne riffy gitary wbijają się w uszy. I ten synestezyjny obraz trwa aż do „Proud Evolution” ─ fabryka ogłasza przerwę na śniadanie. A ta piosenka bardzo przypomina „Take it back” Pink Floyd, co nie jest rzecz jasna zarzutem, a jedynie moim zdziwieniem, iż trio może mieć tak rozległe fascynacje muzyczne, na co 6 poprzednich piosenek nie wskazywało.

Pauza skończona, wracamy do mozolnej pracy, do fajrantu jeszcze trochę, trzeba jakoś to wytrzymać. Ale już się potwornie nie chce tego ciągnąć. I tak jest z tą płytą. Trudno jest entuzjazmować się muzyką z góry przewidywalną, momentami epigońską, trawestującą tłuste lata art-punk’u. Zapomniano o treści, zbyt wiele poświęcono formie, chciano przypomnieć na tym albumie klimat lat 80. Byłoby to ok, gdyby „Sisterworld” była nagrywana 25-30 lat temu. W roku 2010 zalatuje to stęchlizną i koniunkturalizmem na ejtisowy revival.

Bookmark and Share
15 mar 2010   Kategoria: albumy

Dinosaur Feathers – Fantasy Memorial

:: Wydawca: Dinosaur Feathers
:: Ocena: 7,6

:: myspace

Łapiecie się czasem na tym, że sięgacie po albumy, z którymi nie wiążecie kompletnie żadnych oczekiwań, a ich odsłuch to bardziej formalność, niż chęć przeżycia czegoś wyjątkowego? Słuchacie nowych płyt nagranych przez zespoły, których nawet nie znacie i gdyby nie ta niezdrowa, muzyczna ciekawość, nigdy byście nie poznali? Albumy, wśród których największy odsetek stanowią te dające się określić mianem „średnie”, które pamiętamy jedynie z dwóch, trzech pierwszych utworów. I to nawet nie w każdym przypadku. Raz na jakiś czas owy proces przynosi jednak coś, dzięki czemu powiedzieć można: „było warto”. Jak się domyślacie, nie mówię tego bez powodu.

„Fantasy Memorial” należy oczywiście do tej drugiej grupy. Nie wiem skąd Dinosaur Feathers przybyli, ale materiał który prezentują na swoim debiutanckim albumie jest niesamowity. To nie głupi, prosty i oklepany indie rock, tylko coś znacznie bardziej przemyślanego i wciągającego. Fantastycznie skonstruowane melodie, czuwający nad wszystkim duch Animal Collective, doprowadzone do perfekcji ścieżki wokalne. Muzycy nie starają się iść na łatwiznę, a każda kolejna minuta potwierdza ich talent kompozytorski. Powtórzyć? Melodie. Nie prowadzą w ślepy punkt, nie wyrastają znikąd. Wszystko jest uzasadnione, dokładnie zaplanowane. Wiecie, to takie uczucie, kiedy słyszymy to, co dokładnie chcemy usłyszeć. Co oczywiście nie oznacza, iż jest to muzyka przewidywalna. Duch Animali? Nie wiem na ile jest to moje osobiste spostrzeżenie, ale brzmi to trochę jak „Strawberry Jam” i „Merriweather Post Pavillon” pozbawione całego tego aranżacyjnego i samplowego przepychu. Wokale? Misternie utkane, uzupełniające się partie idealnie wkomponowują się w muzykę. Jeśli więc ktoś powie mi, że Vampire Weekend przodują w szpikowaniu muzyki egzotycznymi inklinacjami, śmiało mogę stwierdzić: „ale to już beze mnie”. Bo „Fantasy Memorial” to album, który z minuty na minutę zaskakuje nas bardziej, niż można byłoby się tego spodziewać. Ja się nie spodziewałem. „Było warto”.

Bookmark and Share
8 mar 2010   Kategoria: cast

Darwin Deez – Radar Detector

Darwin Deez – Radar Detector from Lucky Number Music on Vimeo.

Kawałek totalnie typowy – Gitarowy hook, falsetujący wokal i prosty chwytliwy refren. Uderzający gdzieś minimalną infantylną formułą do Jens Lekmana, Camery czy Belle & Sebastian, a gitarą do dynamiki The Strokes, ale to typowość nie w sensie poziomu, a typowość w sensie wykorzystania form. Z kolei te jakiś czas temu przestały być używane w należyty „typowy” sposób, ale coś mi się wydaje że to zelektryzowanie niezależnego popu, z jakim mieliśmy kontakt po koniec dekady, szybko minie…
Abstrahując od dziejoznawczych rozkmin, może okazać się, że Darwin nie jest jedno-strzałkowcem, na koncie ma już dwa bardzo dobre kawałki („The City”, „Constellations”) operujące podobną formą, ale totalnie i mniej totalnie niedopracowane, koleś się bawi, a przecież „Talent siedzi w człowieku, wiedza i umiejętności to tylko środki do urzeczywistnienia go”, czy coś w tym stylu powiedział Borys D.

Bookmark and Share
7 mar 2010   Kategoria: albumy

Jacek Lachowicz – Pigs Joys And Organs

:: Wydawca: Mystic
:: Ocena: 6,7

:: myspace

Zacznijmy od tego, iż „Pigs, Joys & Organs” to album pełen sprzeczności. Pierwsza połowa to eksperyment, szukanie, wyginanie rocka w rozmaite rejony, począwszy od elektroniki do chociażby odkurzania estetyki Joy Division („Joy”). Druga – spokój, piosenki, ballady, ćwierkające ptaszki. Lachowicz wersja soft. W wielkim uogólnieniu oczywiście. Wersja równie udana, równie wciągająca. Utwory z obu „części” różnią się, często nie pasują do siebie gatunkowo, lecz mimo to tworzą spójną całość. Nie ma tu żadnego przeboju, w najprostszym tego słowa znaczeniu („Płyń” z Anią Dąbrowską się kłania), a i tak czuć tutaj swoistą melodyjność, charakterystyczną dla twórczości Jacka. Już rozpoczynający „Grind My Soul” to prawdziwy majstersztyk i – co by nie powiedzieć – jedna z lepszych kompozycji na albumie. Ile tu się dzieje.. W ciągu zaledwie 5 minut mamy tutaj połączenie kwasowego, powykręcanego rocka oraz (w drugiej części) hipnotycznego, snującego się jednostajnym rytmem psycho-wymiatacza. „Anticipate”? Nie spuszczamy z tonu. Dobrze zatrzymać się też przy wspomnianym już „Joy”. Barwa głosu, oszczędna aranżacja, tytuł. No nie wiem, mnie przynajmniej kojarzy się jednoznacznie. W pozytywnym znaczeniu oczywiście. Jak wspomniałem, druga część płyty reprezentuje bardziej popowe, piosenkowe oblicze Lachowicza. Kapitalny songwriting słyszymy w melodyjnym, gitarowym „To Be Strong”, intrygującą grę ze słuchaczem prowadzi „Bajka”(utwór sprzed około 10 lat), w mały flirt z elektroniką wchodzą „Pax” oraz „Dumb’n'deaf”. Na sam koniec spokojne „Organs” oraz „All The People”, czyli łagodny, melodyjny finał. Szczególnie pozytywne wrażenie pozostawia drugi utwór, gdzie muzyk pięknie buduje napięcie radosnymi dźwiękami gitary akustycznej (serio, wsłuchajcie się w podkład).

Jacek Lachowicz nie zawiódł. Nagrał album dość zróżnicowany, który ciężko wpisać w konkretną szufladkę. Mamy tu zarówno mroczne, eksperymentalne próby, jak i lekkie, popowe fragmenty. Co prawda, nie znajdziemy tu nic aż tak przystępnego i przebojowego jak to zdarzało się wcześniej, ale przyznajmy to szczerze – zupełnie nie o to chodzi. „Pigs, Joys & Organs” to album dojrzały, na którym artysta podąża za swoją niezwykłą wizją. Mimo względnej rozbieżności stylistycznej, wszystko idealnie do siebie pasuje, tworząc spójną, harmonijną płytę. Polecam, szczególnie z racji, iż „Świnie” przepadły gdzieś w czasie swojej premiery (listopad ubiegłego roku), przytłoczone tzw. „jesiennym wysypem”. Jak się okazuje – zupełnie niesłusznie.

Bookmark and Share
18 lut 2010   Kategoria: albumy

Yeasayer – Odd Blood

:: Wydawca: Secretly Canadian
:: Ocena: 6,6

:: www/ myspace

Zacznijmy od rzeczy absolutnie historycznej i przełomowej. Spójrzcie na prawo. Widzicie okładkę? Jak pamiętamy, już „All Hour Cymbals” było swego rodzaju pochwałą brzydoty, ale to, co zaproponował „grafik” tym razem to wejście na jakiś nowy, nieznany wcześniej poziom. No spójrzcie tylko. Ja słowami nie jestem tego w stanie opisać i nawet nie będę próbował. W każdym razie – powala, nie? Na szczęście owe „dzieło” jest tylko dodatkiem do rzeczy najważniejszej, czyli oczywiście muzyki. Zatem teraz już bez zbędnego wylewania jadu na oprawę graficzną. Zeszłoroczny „Ambling Alp” robił wrażenie. Nie tylko zapowiadał lekką zmianę (odejście od .. hm, psychodelicznego folku na rzecz bardziej elektronicznych, tanecznych wręcz klimatów), ale także swoją przebojowością podbił serca słuchaczy, w skutek czego wymieniany był nawet wśród najlepszych singli roku 2009. Lepszej rekomendacji nadchodzącego albumu być nie mogło. Wraz z ukazaniem się „Odd Blood” emocje jednak opadły. Wrzawa ucichła, nie ma żadnej euforii, a moje prognozy o hajpie rozmiaru zeszłorocznego „Merriweather Post Pavillon” nie sprawdziły się. Przede wszystkim – jest to album strasznie nierówny, gdzie pierwsza połowa wyraźnie dominuje nad drugą. Kawałki takie jak „Grizzelda”, „Mondegreen” czy „Strange Reunions” giną przytłoczone kapitalnym początkiem w postaci (kolejno) „The Children”, „Ambling Amp”, „Madder Red” i moim ulubionym „I Remember”(tekst, tekst!). A przecież są jeszcze niezłe, umiejscowione po środku „O.N.E”, „Rome” i „Love Me Girl”.

Ostateczna ocena powinna być zatem, mimo wszystko, wysoka. Ale zaraz, zaraz… Czy nie nadużywamy tutaj efektu świeżości? Niestety, zauważyłem, że po paru odsłuchach coraz mniej chce się do owego albumu wracać. Pamiętamy co prawda fantastyczny start, ale to co dzieje się dalej stopniowo zaciera się w pamięci. Coraz bardziej. Zmiana brzmienia ostatecznie chyba nie wyszła muzykom na dobre. Yeasayer z „All Hour Cymbals” miał w sobie coś wyjątkowego, magicznego. To materiał którego, mimo upływu 3 lat, dalej chce się słuchać, odkrywać na nowo. Tutaj cała oprawa trochę męczy, szybko powszednieje. Wszystkie karty zostały wyłożone za pierwszym razem. Nie ma w co się zagłębiać, nad czym myśleć. Jak już wspomniałem, to bardzo dobry materiał. Przebojowy, taneczny, wciągający. Z tym, że niestety dość ulotny. Może jednak lepiej będzie przeprosić się z gitarami? I przy okazji – zmienić grafika.

autor: Tomasz Turski


:: Ocena: 4,0

Yeasayer zadebiutował w 2007 roku, naprawdę dobrym albumem, eksperymentalny pop, ożywiony etnicznymi elementami, zyskał wiele pozytywnych recenzji. Twórczość zespołu opierała się na bardzo prostym schemacie, wyławianie świeżych trendów muzycznych i uplastycznianie ich własnymi kompozycjami, skutek był bardzo solidny, bo owe adaptacje często charakteryzowały się lepszym, bardziej przystępnym podjęciem twórczym niż u autorów pierwotnych. Dziś schemat jest podobny, zachodzi ta sama relacja między muzycznymi trendami, a twórczością, tyle że background albumu ma inną selekcję, nie tak trafną, nie tak synergiczną, nie tak skorą do wykazania przewagi.

Pierwszy utwór aż bije tą konsekwencją. „The Children” od momentu pojawienia się bębnów jawi się niczym odrzut z albumu Fever Ray, a już wtrącony zniekształcony wokal dopełnia to wrażenie. Może podczas pierwszego odsłuchu nie było to aż tak rażące, ale przy każdym kolejnym, ta wtórność występowała jak ostrzeżenie. „Ambling Alp” jako singiel zaistniał w internecie w okolicach listopada i naprawdę był dobrą zapowiedzią dla tej płyty. W kwestii jakości tego kawałka dalej nic się nie zmieniło, ale album nie posiadający konkretnej koncepcji po prostu zabija takie wyjątki, sprowadza je do poziomu reszty płyty. „Madder Red” i „I remember” to już totalna nuda, typowy dla tej plyty new wave lat 80. sprzężony z nową elektroniką, ale jakoś bez efektu, średni pop. Troche przy „ONE” sytuacja się ożywia, słychać podobną energię, co przy „Ampling”. Esencja kompozycji to refren, utwór mógłby być bardziej rozbudowany o jego elementy. W zasadzie każdy kolejny utwór („Love Me Girl”, „Rome”, „Strange Reunions”, „Mondegreen”, „Grizelda”) wkomponowuje się w moją opinię ze wstępu, czyli: założenia fajne, ale efekt okazał się destrukcyjny, szczególnie „Strange Reunions” i „Grizelda”, oparte na estetyce freak-folkowo-psychodelicznej, inspiracje poszły w niebezpieczną stronę, gigantów których powielać na „swój lepszy sposób”, nijak się nie da.

Yeasayer licząc od początku na swój talent do „przetwórstwa” szybko przejechał się na przyjętej konwencji, album jakby z musu mógł poczekać, bo to jeszcze nie był czas, może za mało wydarzyło się dla nich w muzyce w ciągu tych dwóch lat, a może to efekt drugiego albumu. Jest jednak w całej tej płycie kwestia, która szczególnie zastanawia, w paru kawałkach („Ampling Alp”, „One”, „Rome”, „Mondegreen”) czuć energię, jakby nowo obrany kierunek, coś czego wcześniej nie było. Może wystarczyłoby pociągnąć ten temat, byłoby dużo lepiej.

autor: Patryk Kanarek

Bookmark and Share
7 lut 2010   Kategoria: albumy

Kyst – Cotton Touch

:: Wydawca: Gingerbread Records
:: Ocena: 5,8

:: myspace

Nie pamiętam dokładnie, kiedy pierwszy raz usłyszałem o Kyst. Strzelam, że mógł być to jakoś początek roku 2009, może trochę wcześniej. Dwóch (czasami czterech) młodych chłopaków, którzy po założeniu zespołu w Norwegii funkcjonują obecnie na terenie Trójmiasta. Przesłuchałem dość obiecujące „Tar EP”, zapoznałem się z zamieszczonymi w internecie koncertowymi klipami. Nie powiem, żeby mnie to swego czasu jakoś powaliło, ale na pewno zachęciło do śledzenia dalszych poczynań grupy. Następnie były słuchy o współpracy z Cieślakiem, napinka spowodowana rzekomym podobieństwem „How I Want” do Elverumowskiego „I Felt Your Shape”. Takie bardziej cząstkowe, wyrywkowe i zasłyszane gdzieniegdzie informacje. No ale mamy w końcu początek roku 2010, czyli długogrający debiut – „Cotton Touch”. Wypada w końcu o chłopakach z Kyst powiedzieć trochę więcej.

Zastanawiam się, od jakiej strony ugryźć ten album. Czytając różne opinie na jego temat, zdecydowanie dominuje postawa typu: „coś im nie wyszło”. Pytam więc: dlaczego? Co jest aż tak nieudane i słabe? Mamy tutaj 11 utworów, część znana z „Tar EP”, część znana z koncertów (miałem okazję w jednym uczestniczyć, polecam). Niektóre typowo piosenkowe („How I Want”, „Grass So Bright”), inne z kolei sprawiają wrażenie ugrzecznionej wersji odjazdów Ścianki (nie bezpośrednio, ale myślę, że akurat to skojarzenie ma tutaj dość jasne podstawy). Zabawa każdym dźwiękiem, intrygujące przeplatanie muzyki z ciszą, przeróżne perkusjonalia, dęciaki, wiolonczela. Pomysłów raczej nie brakuje. Brakuje za to jedynie obecnych na koncertach żywszych eksplozji gitarowo-perkusyjnych. Sporo na albumie momentów gdzie aż prosi się o „pierdolnięcie”, które niestety nie następuje (a jeśli już, to niestety mocno złagodzone). Ale poza tym – no nie wiem, malkontenci, może jednak warto trochę odpuścić i posłuchać „Cotton Touch” z odrobiną dystansu?

Słucham, słucham, a dosłuchać się nie mogę, co takiego niby złego i miałkiego jest w tym albumie. Oczywiście można zarzucić, że wszelkie bardziej eksperymentalne posunięcia to próba przykrycia słabości kompozycyjnych, że miejscami naprawdę wieje nudą ale.. Po co sobie psuć zabawę? „Cotton Touch” jak najbardziej da się „łyknąć” w całości, za jednym razem. I chociaż żadnym przełomem owe wydawnictwo na pewno nie jest, to zdecydowanie nie powinno też ono nikogo odrzucić.

Bookmark and Share
4 lut 2010   Kategoria: albumy

Mount Eerie – Black Wooden EP

:: Wydawca: Southern Records
:: Ocena: 5,6

:: myspace

Gdyby ktoś poprosił mnie o wskazanie najważniejszej postaci w muzyce ubiegłej dekady, bez wątpienia wytypowałbym Phila Elveruma. Otóż ten 32-letni obecnie Amerykanin (…i w tym momencie autor rozpływa się w pretensjonalnym eseju na temat twórczości owego artysty, śmiało określając „Mount Eerie” jako jego ulubioną płytę okresu 2000-2009). Jak dobrze jednak wiemy, muzykowi ostatnio nie wiedzie się dobrze (w sensie muzycznym oczywiście). Co prawda zeszłoroczne „Wind’s Poem” zwiastowało pewien powrót do wysokiej formy, lecz wejście Phila w nową dekadę nie robi już niestety większego wrażenia. Na samym początku należy oczywiście podkreślić, iż „Black Wooden EP” nie jest materiałem nowym (bo zarejestrowanym w 2007 roku w Londynie w ramach tzw. „Latiutude Series”). Co oczywiście żadnej różnicy nie robi. Artysta znowu sięga głownie po gitarę akustyczną, męcząc coraz to bardziej oklepane schematy. Zaznaczam – to nie tak, że to jakiś słaby materiał i nie o to będę się czepiał. Po prostu mnogość odgrywanych ponownie patentów sprawia, że słucha się tego jak losowo wygenerowanych piosenek z aplikacji „Make your own Mount Eerie song!”. Od początku – tytułowe „Black Wooden” brzmi dziwnie znajomo. Aż za bardzo (odsyłam do „Wind’s Poem”). „The Bottomless Pit” minimalnie wyłamuje się z autocytatów, co czyni go jednym z dwóch ciekawych punktów wydawnictwa. „If We Knew” – który to już raz? Akustyczna wersja „Appetite” z „Black Wooden Ceiling Opening” (lub odwrotnie – pierwowzór tej mocniejszej) – po co? Stosunkowo broni się mocno podszyty przesterowaną gitarą, niespełna 6-minutowy „Marriage”. Kończymy krótkim, akustycznym „Mount Eerie Revealed” (czy trzeba coś jeszcze dodawać?). Fajnie, fajnie, ale ja czuję się jednak trochę oszukany.

No i jak tu ocenić drogiego Phila? Przecież tak właściwie, to nagrał dobry materiał. Dla kogoś średnio zaznajomionego z twórczością The Microphones i Mount Eerie „Black Wooden” może być całkiem interesującą propozycją. Ale z drugiej strony – lekcje z Elveruma mamy przecież odrobione. Ciężko taką oto EP-kę traktować w oderwaniu od innych, co czyni ją zdecydowanie mniej atrakcyjną. Phil Elverum za swoje osiągnięcia z ubiegłej dekady ma u mnie właściwie dożywotni kredyt zaufania. Byłoby trochę szkoda, jeśli śledzenie jego kolejnych wydawnictw wiązałoby się tylko z wiecznym oczekiwaniem na „coś nowego” i każdorazowym jękiem zawodu.

Bookmark and Share
10 sty 2010   Kategoria: albumy

Micachu – Jewellery

:: Wydawca: Rough Trade
:: Ocena: 6,5

:: www / myspace

Kosmos. Poplątanie z pomieszaniem – taki wniosek wyciągnąłem po pierwszym przesłuchaniu albumu 21-letniej Mici Levi. Warto było jednak dać jej drugą szansę. Wtedy nadeszło rozwiązanie, nadal pogmatwane, ale już bardziej atrakcyjne.

„Jewellery” to ciężkostrawny materiał. Zaczyna się brudno – od początku słyszymy muzyczny eksperyment Micachu dodatkowo skomplikowany jej własnym głosem. Ten jest niemalże całkowicie uniwersalny płciowo. Każdy utwór – a te są dość krótkie – słuchacza RMF MAXXX przyprawi o zakłopotanie. Pozbawione schematu „zwrotka-refren”, aranżacyjnie zdeformowane nadmiarem dźwięków. Wszystko przypomina niekiedy mieszankę przypadkowych zakłóceń, przerwań właściwego utworu. Drewniane sztućce i wypchane powietrzem kartony? A jakże.

Tak więc panie MIA, Lady Sovereign i Speech Debelle zdecydowanie powinny zrobić miejsce w loży utalentowanych dziewczyn, niestroniących od radykalnych strategii. „Jewellery” brzmi jak one wszystkie razem, przemielone przez Hot Chip. No prawdziwe cudo. Pani Mica skleja własne instrumenty, komponuje przy użyciu rozstrojonych gitar, frymuśnych sampli i syntezatorów. Jej kolegą przy montowaniu całego materiału był Matthew Herbert.

Dobry materiał na wysiłek umysłu pod kątem słuchania. Nic dziwnego, skoro można w nim usłyszeć gitarę jej własnej produkcji i najnormalniejszy w świecie odgłos odkurzacza, sprytnie wklejonego między inne muzyczne motywy.

Bookmark and Share
23 gru 2009   Kategoria: muzo-cast

Yoñlu – Boy And The Tiger

Chyba jedna z najpiękniejszych i najbardziej przejmujących piosenek z „albumu” tego 16-latka. Jego recenzję możecie przeczytać tutaj.

Bookmark and Share

:: Wydawca: Luaka Bop
:: Ocena: 8,3

:: www / myspace

26 lipca 2006 roku, o godzinie 18:18, 16-letni Brazylijczyk Vinicius Gageiro Marques na jednej z grup dyskusyjnych Google, w dziale „alt.suicide.methods” pisał:

POTRZEBNA SZYBKA POMOC

Za chwilę będę próbował metody CO (zatrucie tlenkiem węgla), właśnie rozpalam w łazience 2 małe grille. Przesyłam zdjęcie – http://home.no/yonlu/Fire.jpg Możecie powiedzieć mi czy jest wystarczająco dużo węgla i kiedy będę mógł w końcu wejść tam i się położyć? Proszę, pomóżcie, nie mam za wiele czasu.
Będę sprawdzał wątek na bieżąco.

26 minut później Vinicius (Yoñlu) pisał:

Boże, nie mogę znieść tej temperatury. Tu się robi tak cholernie gorąco… Co mogę na siebie nałożyć, żeby jakoś to złagodzić? Wziąłem przed chwilą prysznic, ale to nic nie pomogło.

CO MAM ZROBIĆ?
Co mogę wziąć żeby szybko zasnąć? Może wódka?
Na Boga, czy ktoś może mi pomóc?

O godzinie 19:02 Yoñlu wysyła poprawiony link do zdjęcia:

http://home.no/yonlu/FIRE.JPG
To powinno działać.

Jest to niestety już ostatni znak życia od Viniciusa Gageiro Marquesa. Na grupie rozpoczyna się dyskusja. Użytkownicy potępiają lub starają się tłumaczyć zachowanie 16-letniego Yoñlu.

Jesteś kompletnym idiotą! Mam nadzieję, że uda ci się w końcu umrzeć, nie mieszając w to nikogo z twojego otoczenia, ty kretynie. – dtb

Jesteś pewien, że naprawdę jest aż tak źle? To trochę szalone, może spróbuj o tym po prostu nie myśleć? – Andy000

Cztery dni później na forum dociera wiadomość o jego śmierci. Z różnych informacji dowiadujemy się m.in., że zrozpaczona rodzina opisuje wszystko jako „nieszczęśliwy wypadek”. Prawda jest jednak dużo bardziej tragiczna. Nie ma wątpliwości – dnia 26 lipca 2006 roku Vinicius popełnił samobójstwo.

Podczas przeszukiwania jego komputera, ojciec natknął się na wiele nagranych przez niego piosenek. Co więcej, okazało się, że, muzyka syna budziła spore zainteresowanie wśród internautów (nawet tych europejskich). „A Society in Which No Tear Is Shed Is Inconceivably Mediocre” to pierwszy oficjalnie wydany przez Luaka Bop album Brazylijczyka. Jego zawartość, w połączeniu z tragiczną historią robi naprawdę olbrzymie wrażenie. Wydaje się, że mimo młodego wieku, Vinicius był bardzo dojrzałym i poważnym człowiekiem. Czasami aż za poważnym (sama matka mniej więcej tak go opisywała). Zagorzały czytelnik Franza Kafki nie potrafił odnaleźć się w otaczającym go świecie. Jego postawę odzwierciedlają bolesne, pełne smutku, pozbawione jakiejkolwiek nadziei teksty. Weźmy np. takie „Suicide”. Komentarz wydaje się zbędny.

Now I find that days slip through in loneliness
Now I see it doesn’t help to understand
How the pain became world-sized
How I realized
That life is losing friends

Oczywiście cały album nie jest tylko i wyłącznie wyrazem bólu młodego Brazylijczyka. Yoñlu to nie zasłuchany w Joy Division, ubierający się na czarno emo z gitarą, tylko utalentowany multiinstrumentalista z pomysłami, jakich wielu bardziej doświadczonych twórców mogłoby mu tylko pozazdrościć. Mimo, iż brzmieniowo jest to raczej lo-fi, „A Society in Which No Tear Is Shed Is Inconceivably Mediocre” to prawdziwy wachlarz stylistyczny. Znajdziemy tu zarówno czerpiące z Elliota Smitha i Nicka Drake’a spokojne, gitarowe ballady („Suicide”, „Estrela, Estrela”), jak i wpadające w bardziej tropikalne klimaty fragmenty świadczące chociażby o inspirowaniu się Caetano Veloso czy Gilberto Gilem („I Know What It’s Like”, „Olhe Por Nós”). W twórczości Viniciusa pojawia się nawet flirt z elektroniką i hip-hopem („Deskjet”, „The Boy And The Tiger”). Całość dopełnia łatwo wyczuwalna nuta niepokoju, która sprawia, że na nawet te pozornie weselsze momenty noszą w sobie piętno weltschmerzu muzyka.

Mówienie o tym albumie tylko i wyłącznie w kontekście muzyki wydaje się trochę nie na miejscu. Dopiero wtedy, gdy zagłębimy się w tragiczną historię Marquesa, przeczytamy jego ostatnie słowa, przyjrzymy się bliżej tekstom, uda nam się stworzyć dość klarowny obraz całości. Obraz jakże smutny i przejmujący. Pozostaje tylko pochylić głowę i zastanowić się, ile to jeszcze wspaniałych pomysłów mogłoby narodzić się w głowie 16-letniego wówczas Yoñlu. Niestety, tego już nigdy się nie dowiemy.

Bookmark and Share