:: Wydawca: : Vagrant Records
:: Ocena: 5,5
:: myspace
Wyrwany z albumu tego albumu kawałek „Home” zyskuje ostatnio dzięki temu uroczemu montażowi. Przyjrzyjmy się jednak całości.
„Up From Below” to jakby pocztówka sprzed pięćdziesięciu lat, kiedy to koedukacyjny pyłek flower-power unosił się na Ameryką. Cała płyta wydaje się przetransportowana w czasie – podobnie jak Edward i jego Zerosi. Nastroje, jakich tu doświadczamy, zmieniają się – raz tupiemy nóżką do ww. „Home”, innym razem zapadamy w folkowe, z deka psychodeliczne indie. Całość brzmi całkiem eklektycznie i (nie czepiając się ogólnego wydechu hippie) niejednoznacznie. Bardzo przyjemnie byłoby napisać o nich, że są niesamowici, jak to czynią rzesze fanów, wypisując sweet komcie pod ich utworami, tyle że nie są. Ale też ciężko się na siłę przyczepić tu do czegokolwiek, bo „Up From Below” jest w gruncie rzeczy całkiem niezłe. Jest wesołe, relaksacyjne, ale i momentami poważne. Tytułowy utwór, zaraz za „Home”, jego country otoczka jest całkiem chwytliwe. „Black water” wzrusza i rozczula – nie wiem jak wy, ale mnie dźwięk harmonijki ustnej hipnotyzuje. Każdy utwór jest z lekka podobny, ale i inny, na inną okazję. W związku z tym płyta częściowo nadaje się do samochodu, w podróż, do ogniska, do domu. Wszędzie.
Bezpretensjonalne podejście autorów „Up From Below” do tego, co robią, nastraja tak pozytywnie, iż nawet ogólny rozrachunek kontaktu z nimi na tym zyskuje. Słychać, że płyta robiona jest z przyjemnością, nie na siłę, bez spiny. Podejdźcie tak do niej, a może i wam przypadnie do gustu.
Wyrwany z albumu Edward Sharpe & The
Magnetic Zeros kawałek „Home” zywskuje
ostatnio dzięki temu uroczemu montażowi.
Przyjrzyjmy się jednak całości.
„Up from below” to jakby pocztówka sprzed
pięćdziesiąciu lat, kiedy to koedukacyjny
pyłek flower-power unosił się na Ameryką.
Cała płyta wydaje się przetransportowana w
czasie – podobnie jak Edward i jego Zerosi.
Nastroje, jakich tu doświadczamy, zmieniają
się, raz tupiemy nóżką do ww. „Home”, innym
razem zapadamy w folkowe, z deka
psychodeliczne indie. Całość brzmi całkiem
eklektycznie i (nie czepiając się ogólnego
wydechu hippie) niejednoznacznie. Bardzo
przyjemnie byłoby napisać o nich, że są
niesamowici, jak to czynią rzesze fanów,
wypisując sweet komcie pod ich utworami. I w
zasadzie ciężko się na siłę przyczepić tu do
czegokolwiek, bo „Up from below” jest
całkiem niezłe. Jest wesołe, relaksacyjne, ale
i momentami poważne. Tytułowy utwór, zaraz
za „Home”, jego country otoczka brzmi bardzo
chwytliwie. „Black water” wzrusza i rozczula -
nie wiem jak wy, ale mnie dźwięk harmonijki
ustnej hipnotyzuje. Każdy utwór jest z lekka
podobny, ale i inny, na inną okazję. W związku
z tym płyta częściowo nadaje się do
samochodu, w podróż, do ogniska, do domu.
Wszędzie.
Bezpretensjonalne podejście autorów „Up
from below” nastraja tak pozytywnie, iż nawet
ogólny rozrachunek kontaktu z nimi na tym
zyskuje. Słychać, że płyta robiona jest z
przyjemnością, nie na siłę, bez spiny.
Podejdźcie tak do niej, a może i wam
przypadnie do gustu.
:: Wydawca: Locco Records
:: Ocena: 5,2
:: myspace
Chcecie bajkę? Oto bajka. Jest chłopak i jest gitara. Jest pare dobrych wróżek i miła dla oka sceneria. Bajka jest po angielsku, polskich napisów – brak.
Główna postać – młody, zdolny Peter, mieszka sobie na bajkowej wyspie. Tam sobie co nieco pobrzdękuje i podśpiewuje. Pewnego dnia zjawiają się dobre wróżki, dają kasę, czas, chęci i pomagają Peterowi w wydaniu pierwszej płyty. Tak więc Peter zaprasza nas na swoją wyspę. Wizyta trwa niespełna szesnaście minut, krótka, bo pierwsza. Słuchamy tam ćwierkających ptaszków, przesiadujemy nad oceanem i oglądamy zachody słońca. A Peter nam o tym prawi dźwięcznie i wdzięcznie. Bajka składa się z czterech części. Na powitanie „Morning Bird” – subtelna pobudka w wiosenny poranek, następnie „Private Ocean To Drift”, gdzie ciepły klimat współtworzy Magda Noweta, wokalistka Let The Boy Decide (użyczająca głosu także w poprzenim utworze), numer trzy – „Recluse’s Guide”, pięknie się rozwija przypominając nawet pierwsze kompozycje Coldplay, uwieńczeniem natomiast jest przyjemne „In My Island”. Teksty niegłupie, melodie miłe dla ucha.
Peter i jego gitara wyruszyli snuć muzyczne opowiastki na żywo w różnych polskich miastach. Jednak w każdej bajce występuje czarny charakter. W naszej może nieco już wyblakły, ale jednak – w tej roli Centralna Komisja Egzaminacyjna, która już w maju każe naszemu bohaterowi usiąść do wypełniania arkuszy maturalnych, skutecznie zakłócając trasę koncertową. Ale bez obaw – jak przewiduje klasyczny bajkowy scenariusz – dobro zawsze zwycięża, zatem Peter powróci i będzie „żyć długo i szczęśliwie”
Amatorzy akustycznego grania powinni się cieszyć, że pojawił się ktoś taki, jak Piotrek Jan Brzeziński (bo tak brzmi jego faktyczne imię i nazwisko). Co prawda, na tym albumie nie ma absolutnie nic odkrywczego, ale umówmy się – „Gumisie” sporo przygód zerżnęły ze „Smerfów”, a i tak pokochały je miliony.
:: Wydawca: Dead Oceans
:: Ocena: 7,9
:: myspace
Zastanawiam się, czy można w ogóle mówić o Kristianie Matssonie w oderwaniu od postaci Boba Dylana. Albo przynajmniej, czy ktoś mówi o nim nie używając przy tym magicznego łańcucha skojarzeń: „Tallest Man On Earth – głos – Bob Dylan”. Nie jestem w głowach wszystkich, ale zdaje mi się, że jest to już niestety nieunikniona analogia. Pozostaje pytanie, czy ma to jakiś znaczny wpływ na odbiór jego w muzyki w ogóle? Spotykając się z różnymi komentarzami i opiniami, mam wrażenie, że tak. Chociaż trzeba przyznać, że trochę to niepoważne. Ale może od początku..
Przyznam szczerze, że nie znałem „Shallow Grave”. Co gorsza, nie znałem z własnej woli. Przesycony albumami różnych songwriterów i słowem „folk”, w pewnym momencie poczułem potrzebę detoksykacji. Koniec ze sprawdzaniem każdego chłopaka z gitarą, o którym ktoś gdzieś dobrze napisał. W swoim postanowieniu oczywiście długo nie wytrwałem, ale niestety, na skutek mojego kaprysu przegapiłem jedną z ciekawszych płyt roku 2008. Jak to jednak mówią – lepiej późno niż wcale. Tak więc wróćmy do tego poranka, kiedy to właściwie bez żadnych oczekiwań zacząłem zgłębiać drugi album Matssona.
Można powiedzieć, że „The Wild Hunt” porwało mnie już od pierwszego przesłuchania. Ba, już od rozpoczynającego, tytułowego kawałka wiedziałem, jaki straszny błąd popełniłem dwa lata temu. Taka myśl, która znikąd pojawia się w głowie. „Człowieku, wstydź się”. I słuchałem tak sobie po kolei. „Burden Of Tommorow”, „Troubles Will Be Gone” etc. Pozornie to tylko gitara i głos, ale jednak.. Na tym albumie jest coś więcej do odkrycia. Jakaś niezwykła siła drzemie w tych dźwiękach.. Minuty mijały, choć czasami ciężko było mi się nie zatrzymać się przy jakimś utworze („King Of Spain”, no ludzie!). Czy ten chłopak nie jest wyjątkowy? A takie „Kids On The Run”, z ciepłym, kojącym brzmieniem pianina? „Najwyższy człowiek świata” perfekcyjnie operuje emocjami. Elementów przekazu ma co prawda niewiele. Tak jak wspomniałem – gitara, pojawiające się w ostatnim fragmencie pianino i charakterystyczny głos.
No właśnie, głos.. Zgadzam się, to jest coś na modłę Dylana. I to nawet bardzo. Rozumiem również, że dla niektórych może wydać się to nawet dość komiczne. Ale czy to właśnie nie jest jeden z tych elementów stawiających Matssona trochę ponad innymi? Chłopak jedzie Dylanem i mimo wszystko jest przy tym zajebisty. Napotykałem już na albumy, gdzie wokaliści próbowali naśladować Toma Waitsa, Marka Hollisa czy innych, obdarzonych niezwykle charakterystycznym głosem. I muszę przyznać, że Matsson wychodzi z owej ciężkiej próby z podniesioną głową. To nie brzmi jak parodia Dylana, nie przeszkadza. Śmiem twierdzić, że wręcz pomaga wczuć się w tworzoną przez muzyka atmosferę. Słuchajmy zatem „The Wild Hunt”, bo na songwriterskim polu jest to album zdecydowanie wyróżniający się, zasługujący na zapamiętanie.
:: Wydawca: Mystic
:: Ocena: 4,9
:: last.fm
Zmanierowana, ze zdewastowaną psychiką, stylistycznie rozkapryszona Karen O idzie do przedszkola, czyli nagrywa album z dzieciakami. Rodzicie, zabierzcie pociechy od telewizora? Niekoniecznie. Pomysł tej kombinacji wydaje się być może niezbyt trafiony na wszelkie możliwe sposoby, ale efekt współpracy tej rozwrzeszczanej kobiałki ze zgrają dzikich dzieciaków wypada naprawdę sympatycznie. Karen wydaje się istną przedszkolanką, złagodniała i nabrała delikatnych wartości. Choć czasami daje upust swoim rozpoznawalnym skowytem (i tu pojawiają się problemy rozpoznawcze – nie do końca wiadomo, czy to Karen O, czy jeden z adoptowanych na potrzeby płyty dzieciaków), to jej rola na tej płycie utrzymywana jest w kołysankowym, delikatnym nastroju. Nawet przemycone tu i ówdzie brudne gitary nie psują tego nastroju. Całość przypomina wesołe spotkanie dzieciaków na kolonii przy ognisku. Tupanie, klaskanie, bezpretensjonalne śpiewy dziecięcych chórków, poprzedzane czasami motywami z bajek (tak, tak) to tutaj dźwięk powszedni.
Utwory nie są niepotrzebnie pokomplikowane – akustyczna gitarka, tamburynik i śpiewająca opiekunka O. Dla uniknięcia infantylizmu dodano szczyptę folkowo-bluesowych przypraw, przywołującą na myśl Katie Melua. Wszystko to jest bardzo sympatyczne i przyjemne. Oczywiście o aspiracji do bycia czymś więcej niż przyjemnym albumem nie ma tu mowy, ale nie przeszkadza to w zabawie z the kids. Dominujące pozytywne opinie na laście nie są wyssane z palca. Naprawdę miło jest pokiwać dorosłą łepetynką w rytm dziecięcych klaśnięć o kolanka. Sama Karen O zapowiadała rozchlastaną na czerwono rzeź niewiniątek, ale stało się tak, że to dzieci poskromiły tego demona. Warto zaznaczyć offtopem, że to wszystko na rzecz mocno nierównego filmu „Where The Wild Things Are” Spike’a Jonzego.
:: Wydawca: Gingerbread Records
:: Ocena: 5,8
:: myspace
Nie pamiętam dokładnie, kiedy pierwszy raz usłyszałem o Kyst. Strzelam, że mógł być to jakoś początek roku 2009, może trochę wcześniej. Dwóch (czasami czterech) młodych chłopaków, którzy po założeniu zespołu w Norwegii funkcjonują obecnie na terenie Trójmiasta. Przesłuchałem dość obiecujące „Tar EP”, zapoznałem się z zamieszczonymi w internecie koncertowymi klipami. Nie powiem, żeby mnie to swego czasu jakoś powaliło, ale na pewno zachęciło do śledzenia dalszych poczynań grupy. Następnie były słuchy o współpracy z Cieślakiem, napinka spowodowana rzekomym podobieństwem „How I Want” do Elverumowskiego „I Felt Your Shape”. Takie bardziej cząstkowe, wyrywkowe i zasłyszane gdzieniegdzie informacje. No ale mamy w końcu początek roku 2010, czyli długogrający debiut – „Cotton Touch”. Wypada w końcu o chłopakach z Kyst powiedzieć trochę więcej.
Zastanawiam się, od jakiej strony ugryźć ten album. Czytając różne opinie na jego temat, zdecydowanie dominuje postawa typu: „coś im nie wyszło”. Pytam więc: dlaczego? Co jest aż tak nieudane i słabe? Mamy tutaj 11 utworów, część znana z „Tar EP”, część znana z koncertów (miałem okazję w jednym uczestniczyć, polecam). Niektóre typowo piosenkowe („How I Want”, „Grass So Bright”), inne z kolei sprawiają wrażenie ugrzecznionej wersji odjazdów Ścianki (nie bezpośrednio, ale myślę, że akurat to skojarzenie ma tutaj dość jasne podstawy). Zabawa każdym dźwiękiem, intrygujące przeplatanie muzyki z ciszą, przeróżne perkusjonalia, dęciaki, wiolonczela. Pomysłów raczej nie brakuje. Brakuje za to jedynie obecnych na koncertach żywszych eksplozji gitarowo-perkusyjnych. Sporo na albumie momentów gdzie aż prosi się o „pierdolnięcie”, które niestety nie następuje (a jeśli już, to niestety mocno złagodzone). Ale poza tym – no nie wiem, malkontenci, może jednak warto trochę odpuścić i posłuchać „Cotton Touch” z odrobiną dystansu?
Słucham, słucham, a dosłuchać się nie mogę, co takiego niby złego i miałkiego jest w tym albumie. Oczywiście można zarzucić, że wszelkie bardziej eksperymentalne posunięcia to próba przykrycia słabości kompozycyjnych, że miejscami naprawdę wieje nudą ale.. Po co sobie psuć zabawę? „Cotton Touch” jak najbardziej da się „łyknąć” w całości, za jednym razem. I chociaż żadnym przełomem owe wydawnictwo na pewno nie jest, to zdecydowanie nie powinno też ono nikogo odrzucić.
:: Wydawca: Southern Records
:: Ocena: 5,6
:: myspace
Gdyby ktoś poprosił mnie o wskazanie najważniejszej postaci w muzyce ubiegłej dekady, bez wątpienia wytypowałbym Phila Elveruma. Otóż ten 32-letni obecnie Amerykanin (…i w tym momencie autor rozpływa się w pretensjonalnym eseju na temat twórczości owego artysty, śmiało określając „Mount Eerie” jako jego ulubioną płytę okresu 2000-2009). Jak dobrze jednak wiemy, muzykowi ostatnio nie wiedzie się dobrze (w sensie muzycznym oczywiście). Co prawda zeszłoroczne „Wind’s Poem” zwiastowało pewien powrót do wysokiej formy, lecz wejście Phila w nową dekadę nie robi już niestety większego wrażenia. Na samym początku należy oczywiście podkreślić, iż „Black Wooden EP” nie jest materiałem nowym (bo zarejestrowanym w 2007 roku w Londynie w ramach tzw. „Latiutude Series”). Co oczywiście żadnej różnicy nie robi. Artysta znowu sięga głownie po gitarę akustyczną, męcząc coraz to bardziej oklepane schematy. Zaznaczam – to nie tak, że to jakiś słaby materiał i nie o to będę się czepiał. Po prostu mnogość odgrywanych ponownie patentów sprawia, że słucha się tego jak losowo wygenerowanych piosenek z aplikacji „Make your own Mount Eerie song!”. Od początku – tytułowe „Black Wooden” brzmi dziwnie znajomo. Aż za bardzo (odsyłam do „Wind’s Poem”). „The Bottomless Pit” minimalnie wyłamuje się z autocytatów, co czyni go jednym z dwóch ciekawych punktów wydawnictwa. „If We Knew” – który to już raz? Akustyczna wersja „Appetite” z „Black Wooden Ceiling Opening” (lub odwrotnie – pierwowzór tej mocniejszej) – po co? Stosunkowo broni się mocno podszyty przesterowaną gitarą, niespełna 6-minutowy „Marriage”. Kończymy krótkim, akustycznym „Mount Eerie Revealed” (czy trzeba coś jeszcze dodawać?). Fajnie, fajnie, ale ja czuję się jednak trochę oszukany.
No i jak tu ocenić drogiego Phila? Przecież tak właściwie, to nagrał dobry materiał. Dla kogoś średnio zaznajomionego z twórczością The Microphones i Mount Eerie „Black Wooden” może być całkiem interesującą propozycją. Ale z drugiej strony – lekcje z Elveruma mamy przecież odrobione. Ciężko taką oto EP-kę traktować w oderwaniu od innych, co czyni ją zdecydowanie mniej atrakcyjną. Phil Elverum za swoje osiągnięcia z ubiegłej dekady ma u mnie właściwie dożywotni kredyt zaufania. Byłoby trochę szkoda, jeśli śledzenie jego kolejnych wydawnictw wiązałoby się tylko z wiecznym oczekiwaniem na „coś nowego” i każdorazowym jękiem zawodu.
Sad Eyed Lady of the Lowlands: Marissa Nadler [Part 2 of 2] from Ray Concepcioñ on Vimeo.
Niesamowite wykonanie „Dying Breed” z płyty „Songs III: Bird on the Water” Marissy Nadler przy okazji koncertu w Union Hall w Nowym Jorku. Komentarz zbędny.
:: Wydawca: Bracken Records
:: Ocena: 7,5
:: myspace
Nie spodziewałem się tego zupełnie. Uwielbiam te wszystkie singer/songwriterskie/dream-folkowe melancholijne klimaty, idealnie wkomponowujące się w jesienną aurę, ale ostatnio niewiele się na tym polu działo i nie wierzyłem, że w tym roku coś jeszcze będzie mnie w stanie pozytywnie zaskoczyć. Nowa płyta Marissy Nadler okazała się przeciętna, „Because I Was In Love” Sharon Van Etten również nie rzuciła na kolana, podobnie jak kilka innych podobnych pozycji. Miłym wyjątkiem było „Good Morning Jokers” Mi And L’au, ale dopiero „Wild Geese” jest naprawdę tym, czego od dawna oczekiwałem.
Wiadomo, że jest melancholijnie, romantycznie i trochę onirycznie. Muzyczne rejony Marissy Nadler, Mariee Sioux, Sharon Van Etten, Taken By Trees. Wiadomo, gitara akustyczna, rozmarzona atmosfera i smutne teksty o miłości, utraconych marzeniach i samotności. Wiadomo.
A więc kolejny raz to samo?
I tak i nie. Jasne, „Wild Geese” to płyta przewidywalna, schematyczna, powielająca znane i ograne na dziesiątki różnych sposobów patenty. Z drugiej strony taka jest już natura tego rodzaju muzyki, że o jakiekolwiek innowacje niezwykle trudno. Aby więc wybić się z tłumu podobnych do siebie singer-songwriterów, należy w tych wąskich i dobrze znanych rejonach poruszać się wyjątkowo zgrabnie i uroczo. Jedynie zbliżenie się do perfekcji może zagwarantować sukces.
Haruko na tej granicy zdecydowanie balansuje, momentami pewnym krokiem ją przekraczając. „Autumn, Golden Trees”, utwór którego możecie wysłuchać na myspace’ie artystki jest tego idealnym przykładem. To kompozycja skończona i absolutna, to niecałe trzy minuty będące kwintesencją doskonałego songwritingu, muzycznego piękna i wdzięku. No i te melodie, jak w „Spring In Out Lungs”. Gdybym tylko umiał grać na gitarze i śpiewać z pewnością chwyciłbym gitarę w dłoń i zaśpiewał razem z Haruko. Tak, ten utwór to tylko gitara akustyczna i wokal, jedne z najprostszych środków wyrazu, jakie można sobie wyobrazić. I po raz kolejny przekonać się możemy, że nie trzeba wcale zastępu muzyków, skomplikowanych technicznych zagrań i progresywnego zacięcia, by stworzyć coś wyjątkowego. Z doświadczenia doskonale wiemy, że jest zupełnie odwrotnie – bo prawdziwa muzyka to przede wszystkim emocje, które pochodzą z serca, a nie instrumentu. A Haruko do tworzenia dobrej muzyki serce bez wątpienia ma. Ma też niezwykle czarujący głos, nadający całości niepowtarzalnej magii. Pozwólcie, by zaśpiewała również dla was, a na pewno się nie zawiedziecie. Czytaj całość »
:: Wydawca: Western Records
:: Ocena: 8,6
:: myspace
„In folk we trust!” chciałoby się wyryć nożem na ścianie, ilekroć przyjdzie posłuchać płyty jak ta. Fakt, że często się to nie zdarza – legendarne trio z Białorusi na swój nowy album kazało czekać „jedynie” dziewięć lat, aż wreszcie wydali dwa: jednen po drugim.
Pierwszy „Son-trava” nie był zaskoczeniem: korzenna, etniczna krywicka twórczość w lekko odświeżonych aranżacjach. Z kolei druga wstrząsnęła wszystkimi od fanów po ludzi na co dzień rozkoszujących się muzyką z zupełnie innej bajki.
Każdy utwór to dziesiątki eksperymentów (udanych!) od aranżacji czerpiących z ambient dubu, wyciszających, z niemal post-rockowym podkładem, po energiczne, z ostro przesterowaną gitarą kompozycje.
Wszystko spajane charakterystycznymi dla Troicy fletami i niepowtarzalnym niskim śpiewem Kirčuka. Panowie zapisali płytę tyleż eklektyczną, co świeżą, wyznaczającą nowe kierunki tak w folku, jak muzyce w ogóle. Kto by się tego spodziewał po trójce dziadków w takim wieku? Czytaj całość »
:: Wydawca: Borne Recordings
:: Ocena: 6,8
:: myspace
O Mi i L’au wiemy niewiele. Google, last.fm, myspace uchylają nieco rąbka tajemnicy o tym duecie, ale ich historia jest prosta i krótka.
Mi i L’au poznali się we Francji, gdzie ona była modelką, a on pracował w przemyśle muzycznym. Zakochali się w sobie od razu i po krótkim pobycie w Paryżu, dokąd się przeprowadzili, stwierdzili, że rezygnują z dotychczasowego życia i przenoszą się do Finlandii. Obecnie mieszkają w niewielkim domku, gdzieś pośród pełnych ciszy i spokoju fińskich lasów i, odcięci od świata zewnętrznego, spędzają czas na tworzeniu muzyki tylko we dwoje.
Zrobiło się romantycznie?
„Romantyczny” to całkiem dobre słowo na określenie „Good Morning Jokers”, drugiego albumu w dyskografii duetu. Istnieje jednak w języku angielskim słowo jeszcze inne, dużo lepiej oddające atmosferę tej płyty. Haunting. Internetowy słownik Cambridge (dictionary.cambridge.org) definiuje je jako „beautiful, but in a sad way and often in a way which cannot be forgotten”. W potężnym Collins English Dictionary przeczytać możemy: „having a quality of a great beauty or sadness so as to be memorable”. Dla słowa „haunting” w języku polskim nie znajdziemy odpowiednika (słowniki podają takie tłumaczenia jak „pozostający w pamięci” czy „natarczywy”, co nie brzmi zbyt przekonująco), a właśnie tym słowem można niemalże perfekcyjnie opisać drugi album duetu.
„Good Morning Jokers” to czternaście delikatnych, nostalgicznych, utrzymanych w około-dream-folkowym klimacie utworów. Oszczędnej muzyce towarzyszy pełen ciepła i uroku głos Mi oraz (nieco rzadziej) niski, męski głos L’au. Istnieje taki zespół jak All My Faith Lost, o którym przeczytałem kiedyś, że ich utwory brzmią, jakby śpiewała je para niespełnionych kochanków. Mi i L’au, choć prawdopodobnie spełnieni (gdyby tak nie było, nie siedzieliby chyba zupełnie sami w domku na odludziu), nie emanują jednak zbytnim optymizmem. W ich utworach dużo łatwiej niż radość odnaleźć można takie elementy jak melancholia czy zaduma.
Niektórzy mogą kręcić głową, że całość jest trochę zbyt smętna, ale właśnie w tej sennej, nieco rozmarzonej atmosferze tkwi główny urok tego albumu. Dla mnie „Good Morning Jokers” to zdecydowanie jedno z ciekawszych odkryć bieżącego roku na około-folkowej scenie. Cieszy mnie ono niezmiernie, zwłaszcza w kontekście mimo wszystko rozczarowującego „Little Hells” Marissy Nadler.
Powiem więcej, to chyba najciekawsza dream-folkowa płyta od czasu debiutu Mountain Home (Marissa Nadler na wokalu, w moim osobistym rankingu jedna z najlepszych płyt ostatniej dekady) z roku 2007. A im dłużej jej słucham, tym bardziej mi się podoba.