right_side
10 sie 2010   Kategoria: albumy

Flying Lotus – Cosmogramma

:: Wydawca: Warp Records
:: Ocena: 7,7

:: myspace

Wyglądam za okno. Gwiazdy. Galaktyki. Mgławice. Feeria barw.

Tworzenie, niszczenie, kreacja, destrukcja, chaos-chaos-cha-os->e-w-o-l-u-c-j-a->ewo-lu-cja->ewolucja->ład,porządek.
Początekpoczątek-koniec. Koniec&początek. Początek(koniec). Pętla. Nieskończoność. Głębia. Narodziny i śmierć. Powstanie. tworzenie. sTWORZENIE.

Zapadamy się.

Rodzimy.


.
Płyniemy poprzez wszechświat. STOP. Dookoła nas wybuchają galaktyki. STOP. Czarne dziury wchłaniają materię. STOP. Dookoła nas dzieje się tyle, że nie wszystko zauważamy. STOP. Nasza podróż zapętla się. STOP. Zaczynamy od nowa. STOP. Dostrzegamy nowe rzeczy. STOP. Dookoła nas nieskończność. STOP.

Czas. Nie. Istnieje.

Bookmark and Share
9 mar 2010   Kategoria: single

FUR – Clears Throat

Nie tak dawno przy okazji interview-akcji zastanawiałem się z jednym z autorów najświeższego trendu muzycznego, co dalej czeka jego twórców. W zasadzie nie pomógł mi, zostałem sam ze swoimi przemyśleniami. Jednak póki co skłaniam się do teorii iż odpowiedź jest chyba prostsza niż wydawać by się mogło. Nie będzie rewolty, śmierci tym bardziej, zwykły dobór naturalny muzycznych genotypów, zanikanie i przechodzenie cech.

FUR zapewne poniekąd niecelowo staje się tego przykładem, jego współpraca z Alanem Palomo z Neon Indians przy utworze „Black Castles” to pierwsza próba nałożenia estetyki glo-fi na ambient. Clears Throat – jest już solo. Więcej w nim IDM-u jednak ewidentnie czuć dotyk chillwave’u, co zaowocowało zdecydowanie lepiej.

Posłuchaj: http://www.myspace.com/bryceisbell

Bookmark and Share
2 lut 2010   Kategoria: albumy

Four Tet – There Is Love In You

:: Wydawca: Domino
:: Ocena: 5,5

:: www / myspace

Elektroniczna kombinatoryjka autorstwa Brytyjczyka Kierana Hebdena. Płyta miejscami ciepła, przyjemna, miejscami chłodna i surowa, a w ogólnym rozrachunku płyta jednego podejścia, czyli na jeden raz.

Autor, jak słychać wyraźnie, bardzo starał się zadowolić szerokie grono odbiorców. Poprzednie dokonanie „Rounds” miało w sobie tyle odnośników gatunkowych, że przesada. Hebden wymiksował trip-hop z rockiem, idm z downtempo i hip-hop z jazzem, a wszystko na mocno osadzonym elektronicznym tle. Na „There Is Love In You” wyhamował nieco z rozrzutnością i poprzestał tylko na elektronicznym hip-hopie z nieśmiałymi odchyłkami do hip-hopu czy idm-u.

Four Tet może i wypada dość interesująco i świeżo, ale przy podstawieniu go obok Prefuse73, czy choćby rodzimym Klimcie (wiem, że to trochę inna bajka gatunkowa, ale płyta „Jesienne odcienie melancholii” są całkiem podobne) wygląda na śniętego. A już taki Pocahaunted to się może nim podetrzeć. Każdy z trzech powyższych autorów oferował coś cenniejszego niż złoto na swoich płytach. Klimat, powiadam Wam! Płyta bez klimatu, płyta która nie wyrywa nas z wnyków rzeczywistości jest niewiele warta, zwłaszcza gdy gatunkowo jest wręcz do tego stworzona. Eksperymentale od tego są – by zapomnieć o zbliżającym się poniedziałku czy zawsze za małej wypłacie. Bez tego staje się tylko kolejnym materiałem na jednorazowy przemiał, by następnie ozdobić półkę swoim opakowaniem i zalegającą na nim warstwą kurzu.

A tu tego klimatu tyle, co na lekarstwo. Płyta ma ambicje na coś większego, to słychać przy pierwszych taktach, ale niewiele z tego wynika. I to główny zarzut, jaki można postawić Kieranowi Hebdenowi. Mało? Nie sądzę. Zarzucić produktowi popkultury, że nie ma klimatu, to jak powiedzieć, iż ma tylko jedną wadę – brak zalet.

Bookmark and Share
31 gru 2009   Kategoria: muzo-cast

Moderat – Rusty Nails

Video pochodzące z dodatku DVD do ekskluzywnego wydania tegorocznego „Moderat” (BPC200).

Bookmark and Share
27 gru 2009   Kategoria: albumy

HPC – Halfbreed

:: Wydawca: Hymen Records
:: Ocena: 8,3

:: www

Dźwięk budzika narastał. Początkowo niemalże niesłyszalny, nierealny, jakby zawieszony pomiędzy snem i jawą, z każdą chwilą stawał się coraz donośniejszy, coraz bardziej metaliczny i coraz bardziej nie do zniesienia. Otworzyłem oczy i leżałem chwilę w bezruchu, rozczarowany nagłym i bolsenym przebudzeniem. Krystalicznie czyste, jasne światło rozświetlało pokój. Nie lubiłem tego, irytowała mnie ta cała idea synchronizacji. Nie można jakoś tego wyłączyć? – zapytałem wprowadzając się do mieszkania. Przykro mi, odparł właściciel, światło zapala się, kiedy tylko otwierasz oczy i gaśnie, kiedy zasypiasz. To bardzo dobry system. Może dla ciebie – pomyślałem wtedy i zdania wciąż nie zmieniłem.
Spojrzałem na zegarek. Była czwarta siedemnaście, a to oznaczało, że do wyjścia miałem niecałe pół godziny. Podczas porannej toalety przejrzałem pobieżnie nagłówki najświeższych wiadomości (hologramy to świetna rzecz, odkąd zainstalowałem ten system, mam dostęp do dotykowego ekranu w każdym miejscu mieszkania), ale nie znalazłem nic interesującego. Jakiś konflikt w sektorze B-GR1, protesty (szybko stłumione) niewolników w fabrykach na południu, śmierć jednego z przywódców New Order Division, opozycyjnej organizacji, opowiadającej się za zniesieniem niewolnictwa i przywróceniem światu dawnego blasku (ach, te populistyczne hasła!).

(…)

Na zewnątrz panował mrok. Nie ma jeszcze piątej, mógłby ktoś powiedzieć, ale w tym świecie pora dnia nie odgrywa tak wielkiej roli. Świat przełomu dwudziestego pierwszego i dwudziestego drugiego wieku jest światem, w którym słońce przestało świecić. Ziemia od lat podzielona jest na kilkadziesiąt sektorów, a każdy sektor składa się z kilkuset ogromnych, wielopoziomowych miast. Wielopoziomywch metropolii, mówiąc dokładniej. Wyobraźcie sobie potężne, pełne wysokich budynków miasto z waszych czasów. O ile mnie pamięć nie myli, Nowy Jork chyba, widziałem go w jednej prezentacji dotyczącej historii. I teraz wyobraźcie sobie, że Nowy Jork nie składa się tylko z jednego poziomu, na którym znajdują się wszystkie ulice i chodniki i z którego ku niebu wyrastają drapacze chmur. Wyobraźcie sobie, że Nowy Jork jest wielopoziomowy. Wyglądacie z okna na dziesiątym piętrze, widzicie ulice i chodniki. Wyglądacie z okna na trzydziestym piętrze, widzicie inne ulice i chodniki, usytuowane na innym poziomie. A teraz wyobraźcie sobie, że istnieje kilkadziesiąt takich poziomów, między którymi nieustannie kursują super szybkie windy i kolejki. Mój świat tak właśnie wygląda… z jednym drobnym szczegółem. Wyobraźcie sobie, że kilkaset metrów nad powierzchnią, ponad wszystkimi poziomami miasta, góruje wielka kopuła. Na tej kopule, wykonanej z najtwardszych istniejących materiałów, wyrasta kolejne miasto. I kolejne. Ciężko powiedzieć mi, ile ich jest, aby dostać się do miast wyższych poziomów należy posiadać specjalne wizy i przepustki, których otrzymanie graniczy z cudem. Mój świat to świat, w którym istnieje tylko jedna droga. Prowadzi na samo dno.

(…)

Neony rozświetlały ulicę, którą szedłem. Tysiące reklam emanowało światłem tak jaskrawym, że nieustannie musiałem mrużyć oczy. Nie lubiłem tej części miasta, zawsze obawiałem się każdej sekundy tam spędzonej, ale taksówki były zbyt drogie, bym mógł sobie na nie pozwolić. Lawirowałem więc między dilerami, prostytutkami i narkomanami, uważnie spoglądając w każdy kolejny zaułek i z bijącym sercem stawiałem kolejny krok.

(…)

Nie lubiłem swojej pracy. Chociaż sam byłem ważnym menedżerem, mój Szef był jeszcze ważniejszy. Ale nawet on, ważniejszy ode mnie mój Szef, miał nad sobą kilku Szefów Wyższego Rzędu, którzy to z kolei podlegali Szefom Jeszcze Wyższych Rzędów. Świat przełomu wieków był bowiem osobliwym światem, gdzie każdy nazywał się Szefem (słowo „szef” występowało w różnych formach i odmianach takich jak „dyrektor”, „prezes”, „menedżer”, ale każde oznaczało dokładnie to samo), a jednocześnie każdy Szef był niewolnikiem dziesiątek, setek, a może nawet tysięcy czy setek tysięcy innych Szefów, Szefów Wyższych Rzędów. Piramida pięła się ku nieskończoności i nikt nie wiedział, kto znajduje się na jej szczycie, o ile taki szczyt w ogóle istniał. Niektórzy przypuszczali, że wierzchołek ten rzeczywiście istnieje i co więcej – że jest to wspólny wierzchołek dla wszystkich firm i korporacji, jakie działają na świecie. Pomysł, że gdzieś, w jakimś zakątku świata, żyje człowiek będący Szefem Wszystkich Szefów, swoisty bóg, pociągający za wszystkie sznurki, egzystujący ponad wszystkimi ludźmi wydawał się szalony, ale czy na pewno? Zastanawiałem się nad tym wielokrotnie i odpowiadałem na to pytanie innym – czy świat w którym przyszło mi żyć nie jest bardziej szalony i bardziej absurdalny od poglądu na temat istnienia Szefa Wszystkich Szefów?

(…)

Wszystkie budynki były niemal takie same. Wysokie na kilkadziesiąt pięter, czarne prostopadłościany bez okien. W środku kilka tysięcy identycznych mieszkań, składających się z pokoju, łazienki i niewielkiej kuchni stłoczonych na niecałych piętnastu metrach kwadratowych. Ludzie mieszkali w nich głównie samotnie, opuszczając je wychodząc jedynie do pracy. W tym świecie nikt się z nikim nie spotykał. Świat upadł. Nadziei brak.

Tak mogłyby brzmieć fragmenty opowiadania lub powieści zainspirowanej tym albumem. HPC „Halfbreed”. To jedna z najlepszych rzeczy jaka przydarzyła się muzyce w roku 2008 i jednocześnie jedna z najlepszych rzeczy w elektronice na przestrzeni ostatnich kilku lat. Gęsta, ciężka atmosfera, przypominająca cyberpunkowe klimaty Matrixa czy Ghost In The Shell, ograniczając się do tych najbardziej mainstreamowych produkcji. Wiadomo, świat przyszłości, nowoczesna technika, upadek moralności, skorumpowani politycy i rządy wielkich korporacji. Ogromne, wiecznie pogrążone w mroku metropolie. Rzeczywistość, w której ponura egzystencja jest najgorszą z tortur (niektórzy tak narzekają na współczesny świat, ogarnijcie, że wcale nie mamy tak bardzo przejebane, następne stulecie będzie dużo gorsze, więc zamiast marudzić, wracać do życia i don’t give a fuck about nothing except rockin’ and rollin’, living fast, dying young and leaving a good-looking corpse, cytując, no właśnie, kogo? kojarzycie cytat?).

„Halfbreed” to dziewięć fenomenalnych kawałków, których słuchajcie koniecznie w nocy i koniecznie na słuchawkach (identycznie jak z tegorocznym „Symbiosis” Demdike Stare, który swoją drogą jest świetnym albumem). To idealny soundtrack zarówno na moment tuż przed zaśnięciem jak i do długich, nocnych wędrówek po mieście. Trochę to jak z muzyką Fennesza czy Basinskiego, ale o ile ich (a w szczególności tego drugiego pana) dokonania brzmią jak ścieżka dźwiękowa do upadającego, rozpadającego się na kawałki świata, tak w przypadku HPC to muzyka ilustrująca świat, który upadł już dawno, a teraz, pogrążony w agonii, zapada się coraz bardziej w nicość. Uwielbiam każdą sekundę tej produkcji. Rozpoczynający całość, otwierający drzwi do tej innej, brudnej rzeczywistości, „Womb”. Atakujący mocnym, agresywnym beatem „Dissociate” (no i te dźwięki w tle, doprowadzające do szaleństwa) z zaskakującą zmianą nastroju w drugiej części, będącej jednym z moich ulubionych fragmentów albumu. Krótki kawałek mówionego tekstu, przedstawiający urywek rozmowy na tle syntezatorowych plam, przerwany serią trzasków i pisków. I dalej jest coraz ciekawiej, coraz bardziej psychodelicznie. Muzyka nieraz przestaje być stricte muzyką, przyjemne dla ucha (choć często równie szalone i odhumanizowane) melodie zastępowane są szumami, zakłóceniami, zgrzytami. I nagle ta dźwiękowa kakofonia (będąca jednak dla wytrawnego słuchacza intrygująca, a nie irytująca) ustępuje miejsca wsamplowanemu w całość fragmentowi „The Best Time Of Your Life” (http://www.youtube.com/watch?v=qZbz20I3KOM). Ten album posiada jedną z cech, którą bardzo w muzyce cenię – potrafi zaskakiwać. Ubóstwiałem i ubóstwiam Gang Gang Dance za to co dokonali na „Saint Dymphna”, za zaproszenie mnie do niezapomnianej muzycznej podróży, którą nieustannie chcę przeżywać na nowo i na nowo, choć przesłuchałem album już niezliczoną ilość razy. Nie wspominam tego albumu tutaj przypadkowo. To luźne skojarzenie, inne rejony muzyczne jednak, ale są takie momenty, w których klimat na „Saint Dymphna” i „Halfbreed” wydaje się być podobny. Podobnie chłodny, mechaniczny, schizujący. Wracając jeszcze na chwilę do HPC, podoba mi się zajebiście odbiegający całkowicie od reszty „Fond Memories”. Kilka niezwykle miłych, pełnych uroku dźwięków (pomiędzy nimi, głęboko w tle, usłyszeć możemy śpiew ptaków), powtarzanych raz za razem, oaza spokoju na pustyni szaleństwa, krótkie wspomnienie świata, który już nigdy nie będzie taki jak dawniej. Ta chwila zadumy, refleksji, nie trwa jednak długo, nie ma czasu na łzy i wspomnienia, gdy wzniesiemy oczy ujrzymy znów bezlitosną rzeczywistość, z którą musimy się zmierzyć. Podróż trwa dalej.
Świetny to album, po prostu. Bogaty dźwiękowo, odważny, świeży, pobudzający wyobraźnię i kreujący specyficzną, jedyną w swoim rodzaju atmosferę. Nie jest to pozycja dla wszystkich, dla części słuchaczy może okazać się momentami dość ciężkostrawny, ale wystarczy dać mu trochę czasu, założyć słuchawki na uszy i delektując się muzyką HPC jak najlepszym narkotykiem, odpłynąć w podróż do świata przyszłości, która to przyszłość w zbyt różowych barwach się nie maluje. Godzinka tam i przestaniecie narzekać na ten kraj, złych polityków, ciężkie studia czy nieciekawą pracę. Wrócicie tutaj po przygodzie z „Halfbreed” i docenicie swoje życie. Nareszcie, kurwa.

Bookmark and Share
16 gru 2009   Kategoria: muzo-cast

Bot’Ox – Blue Steel

W skład Bot’Ox wchodzi dwóch Francuzów – Benjamin Boguet, bardziej znany jako Cosmo Vitelli, oraz Julien Briffaz, połowa duetu [T]ékël. Uroczy utwór „Blue Steel” pochodzi z EP-ki o tym samym tytule, która ukazała się w listopadzie nakładem wytwórni I’m A Cliché. Czekamy na debiutancki album.

Bookmark and Share
27 lis 2009   Kategoria: albumy

Modeselektor – Body Language Vol. 8

Modeselektor – Body Language Vol 8:: Wydawca: Get Physical Music
:: Ocena: 6,7

:: www / myspace

Spotkałem się z opinią, że najnowsza odsłona kompilacji z cyklu „Body Language”, za którą odpowiedzialni są panowie Gernot Bronsert i Sebastian Szary bardziej znani jako Modeselektor nie pasuje do profilu całej serii. Zaiste osobliwy to osąd, bo nie przypominam sobie, aby takowy profil kiedykolwiek istniał. Wystarczy rzucić okiem choćby na dwie poprzednie części: szósta, zmiksowana przez Kanadyjczyków z Junior Boys, którzy didżejką parają się jedynie okazjonalnie, była mieszanką house’u, electro popu i disco, część siódma, która wyszła spod rąk Matthew Deara, była z kolei udaną próbą ukazania mniej surowej twarzy minimalu, przyprawioną szczyptą deep house’u. Trudno dopatrzyć się tu jakiejś reguły, a opisywana płyta jedynie to zadanie utrudnia.

Modeselektor znani są z tego, że za nic mają sobie podziały na sztywne ramy gatunkowe. Ich poprzedni oficjalny miks, wydany w 2007 roku nakładem BPitch Control „Boogy Bytes Vol. 3” był wybuchową mieszanką najróżniejszych znanych światu gatunków elektroniki i wielu purystom przypomniał, na jak wiele można sobie pozwolić w DJ secie. „Body Language Vol. 8” zbudowana jest według podobnego klucza, a raczej jego braku. Dubstep, techno, hip hop, electro, indie i mnóstwo muzyki, której nikt jeszcze na szczęście nie ośmielił się nazwać – wszystko to na przestrzeni 29 kawałków, a raczej ich skrawków trwających niekiedy po kilkanaście sekund, w niespełna godzinnej parkietowej torpedzie. Chłopaki jak ognia unikają szablonowych dźwięków i standardowych podziałów 4/4, pełno tu rechoczących basów, kosmicznych syntezatorów i narowistych hatów. Norman Nodge, Benga, Busta Rhymes, Robert Hood, Major Lazer, Animal Collective – wszyscy oni podają sobie tutaj ręce. Nie ma mowy o nudzie, całości słucha się jednym tchem, by na końcu z niedowierzaniem zadać sobie pytanie, niczym po niespodziewanym brzęku tłuczonego szkła, „co to było?”.

Wiele osób uważa, że w dobie tylu darmowych podcastów wydawanie miksów na płytach nie ma najmniejszego sensu. Moim zdaniem jest dokładnie odwrotnie, ponieważ tym sposobem poprzeczka zawieszona jest nieco wyżej i oficjalnie wydane kompilacje są szansą na zaprezentowanie czegoś naprawdę wartego uwagi. Modeselektor dokładnie to zrobili.

Bookmark and Share
26 lis 2009   Kategoria: albumy

Andrew Douglas Rothbard – Exodusarabesque

Andrew Douglas Rothbard – Exodusarabesque:: Wytwórnia: Peaking Mandala
:: Ocena: 7,8

:: myspace

Jim Jarmusch mówi: „Nothing is original. Steal from anywhere that resonates with inspiration or fuels your imagination. Devour old films, new films, music, books, paintings, photographs, poems, dreams, random conversations, architecture, bridges, street signs, trees, clouds, bodies of water, light and shadows. Select only things to steal from that speak directly to your soul. If you do this, your work (and theft) will be authentic (…)

Piękne słowa, według których wielu by chciało działać, ale niestety niewielu ta sztuka się udaje. Pomimo faktu że niestety jestem w tej pierwszej grupie (więc powinny moje słowa ociekać żalem i zazdrością) mogę z pełną radością ogłosić że znalazł się człowiek którego praca (i złodziejstwo) okazały się autentyczne.

Andrew Douglas Rothbard, bo tak nazywa się ten szczęściarz patrząc przez pryzmat słów Jarmuscha wykonał kawał dobrej roboty. „Exodusarabesque”, choć paradoksalnie nagrana własnym sumptem i dostępna tylko w formie elektronicznej, bez kozery można doliczyć do lepszej części płyt tego roku.

Wszystko dlatego że „Exodusarabesque” stoi różnorodnością. Nie chodzi tu nawet o to, że każda kompozycja jest jakby z innej bajki – każda pojedyncza nuta może zaskoczyć. Rothbard nie boi się bawić armią swoich zabawek, tak jak nie boi się zmieniać konwencji. Psych-folk, freak-folk, idm, mnóstwo elektroniki, pop. I tak też słyszymy jak w zależności od swojego nastroju swoje delikatne wokalizy rozszarpuje przez świdrujący hałas. Szaleńcze partie gitary nakładające się na subtelne dźwięki z syntezatora. Wszystko pokryte ogromną ilością muzycznych smaczków i zmian tempa. I można zrobić to w dobrym smaku i ze świeżością? Można.

Gotów byłbym uznać „Exodusarabesque” za swego rodzaju paradygmat. Mam wrażenie, że ta płyta to furtka uświadamiająca, jak duże pole do popisu pozostawia muzyka i jak mocno może się rozwijać dalej będąc autentyczną.

Bookmark and Share
6 lis 2009   Kategoria: cast

Hecq Vs Exillion – Spheres Of Fury

Muzyka: Hecq Vs Exillion „Spheres Of Fury”
Video: Tim Brown (Colonel Blimp) & Christopher Hewitt (Knucklehead)

Bookmark and Share
30 paź 2009   Kategoria: cast

Nosaj Thing

Yours Truly Presents: Nosaj Thing from Yours Truly on Vimeo.

Imponująca mieszanka + wywiad.
Źródło: http://www.nosajthing.com

Bookmark and Share