right_side
11 sie 2010   Kategoria: single

Jens Lekman – The End Of The World Is Bigger Than Love

Przyznam szczerze, że zdążyłem już trochę zapomnieć o Jensie Lekmanie. To już trzy lata minęły od wspaniałego „Night Falls Over Koterdala”? Obiecałem sobie, że będę często do niego wracał, niestety potem już rzadko mieliśmy okazję się spotkać. Może to i dobrze?

„The End Of The World Is Bigger Than Love” uruchomiło we mnę strasznie silną chęć odświeżenia przygody z czarującym Szwedem. Wyobraźcie sobie, jak ten album brzmi teraz. Ale nie o ponownym poznawaniu Lekmana miało być. Wspomniany, wypuszczony przez niego ostatnio utwór brzmi właściwie tak, jakby pochodził właśnie ze wspomnianego wydawnictwa. Chwytający za serce motyw przewodni, z udzialem pianina i smyczków, melodyjne zapożyczenia jakby z „Can’t Help Falling In Love With You”, aż w końcu miły, romantycznie naiwny tekst. „Broken heart is not the end of the world / cause the end of the world is bigger than love”. Śliczne, prawda? Liczę więc na więcej takich wersów, takich melodii, takiej sielankowo-romantycznej atmosfery. Jens, wiem, że potrafisz.

Bookmark and Share
2 sie 2010   Kategoria: cast

Broken Social Scene – Forced To Love

Broken Social Scene – Forced To Love from Arts & Crafts on Vimeo.

„Forgiveness Rock Record” sama w sobie była dużym zaskoczeniem, jeśli idzie o formułę. Teraz, ok. dwa miesiące po premierze muzycy postanowili zaskoczyć nas ponownie, już nawet nie formułą, a niuansami technicznymi ich najnowszego teledysku. W klipie wyreżyserowanym przez duet Adam Makarenko & Alan Poon, a wyprodukowanym przez Geoffa McLeana (Vision Entertainment) wykorzystano rewolucyjną technologię generowania obrazu 3D „cutting edge”. Za jej pomocą zeskanowano obraz grających muzyków, a następnie przeniesiono do scenerii 3D, w której rozgrywa się akcja klipu. Nastoletni miłośnicy Matrixa pewnie będą zachwyceni. Nam do zachwytu pozostaje fonia.

Bookmark and Share
22 lip 2010   Kategoria: albumy

Caribou – Swim

:: Wydawca: Merge
:: Ocena: 7,4

:: myspace

Ostatnimi czasy ogromną furorę robi termin „freak folk”. Wszystko otagowane w powyższy sposób, ma szansę odbić się głębokim echem w eterze, dostać wysoką notę na pitchforku itd. Na razie jednak jest się czym zachwycać, nie muszę mówić, ile radości przysporzyli nam ostatnio Grizzly Bear, Local Natives, Fleet Foxes etc. „Freak folk” nie jest jeszcze słowem skompromitowanym, jak wszędobylskie „indie rock”. Moje pytanie brzmi jednak: dlaczego tylko folk ma prawo być freak? Tę nurtującą mnie wątpliwość potęguje wysłuchanie nowej płyty Dana Snaith’a, tworzącego pod szyldem swego projektu Caribou.

Muzyka na „Swim” jest jeszcze bardziej pokręcona i nie do zaszufladkowania niż twórczość zespołów przytoczonych wyżej, czy im podobnych. Dan w wywiadzie dla czerwcowej „Machiny” stwierdził, iż najważniejsza jest sztuka tłumaczenia myśli na dźwięki. Muszę skonstatować, iż myśli tego muzyka muszą być niezwykle intensywne, bujne, kolorowe. Snaith zachwyca także muzycznym obyciem oraz erudycją. Świetnie prześledził parkietowe trendy, szukając inspiracji gdzie tylko popadnie. Doskonale odczytał modę na tłuste dub stepowe bity, będące ostatnio na topie. Jego muzyka na tym albumie jest doskonale poukładana, przemyślana, ma ręce i nogi – mym skromnym zdaniem to zasługa osłuchania z wydawnictwami Bonobo. Wydaję się również, że artysta ucieka w tak abstrakcyjne rejony, jak avant jazz spod znaku Sun Ra, stąd też momentami jest bardziej ponuro, mroczno i psychodelicznie(oczywiście te inspiracje Snaith przetworzył na własną modłę), a mimo to jego koncepcja jest bardzo przystępna. Ta muzyka nie męczy, nie sprawia, iż trzeba iść po drinka, aby jakoś ją przeboleć. Wręcz zaprasza na parkiet ubrana w ciepłe, duszne, przestrzenne house’owe melodie – to już wyraźny wpływ Jeremy’ego Greenspena z Junior Boys, zaproszonego do współpracy nad płytą. I ta kolaboracja również wydaje się strzałem w dziesiątkę twórcy Caribou, bo któż inny jak nie współtwórca świetnej „Begone Dull Care” mógłby przyozdobić album w tak przyjazny, parkietowy flow? Na koniec nie zapomniano także o specjalnych smaczkach. Pojawia się szczypta muzyki etno – utwór otwierający płytę poprzez tytuł powinien kojarzyć się z Ukrainą, ja tam słyszę bałkański folk, „Bowls” to rytm podchwycony z afrykańskiej sawanny i przetworzony przez elektroniczne zabawki. I tak można w nieskończoność, ponieważ ten album bucha od ciekawych pomysłów, którymi można by obdzielić pięć innych. Dawno nie wpadła mi w ręce płyta tak wieloznaczna, tak nie monochromatyczna, a zarazem niezwykle spójna i przystępna.

Pozostaje jeszcze bić brawa projektowi Caribou za niezwykłą spójność twórczą, również pod kątem jej poziomu. W czasach, gdy wielu artystów nagrywa jedną dobrą płytę, Dan Snaith konsekwentnie zdobywa swoją publiczność świetną muzyką, a nie ekscesami różnej natury. Po prostu!

Bookmark and Share
15 lip 2010   Kategoria: albumy

Stars – The Five Ghosts

:: Wydawca: Vagrant
:: Ocena: 3,7

:: myspace

Na 35-stopniowe dnie w plusie płytka taka jak „The Five Ghosts” wydaje się idealna. Raczej spokojna, delikatna, niewymagająca. Ale…

Jeżeli chodzi o damsko-męski indie pop na pewno słyszeliście o wiele lepsze wydawnictwa, niż to, co jednak nie znaczy, że „The Five Ghosts” nie daje po uczuciach. Utwory są raz taneczne, raz do snu. Na tle wszystkich wydanych albumów ten nie ustępuje żadnemu z wcześniejszych. Gitarowy pop z elektronicznym plumkaniem gra tutaj pierwsze skrzypce (te, swoją drogą, także można usłyszeć).

Skąd zatem tak niska nota? Żaden utwór specjalnie nie zapada w pamięć. Dobry album po odegraniu ostatniego utworu powinien brzmieć dalej w głowie słuchającego, a tutaj tego nie stwierdzono. Ogólnie nowe Stars, jak i poprzednie ich produkty, brzmią jak rozlazłe, trochę bez pomysłu i polotu odrzuty z  innej płyty. Nudnie po prostu. Na tle wszystkiego można od czapy wyróżnić „Changes” z uspokajającym rytmem, ale to, panie i panowie, naprawdę wszystko. No, może jeszcze bezpretensjonalność całokształtu.

Być może do „The Five Ghosts” należy podchodzić z pewnym nastrojem, nastawionym na wyciszenie lajtowym pobrzdąkiwaniem gitarowym i slajdami elektronicznych efektów? Może. Ale w tym przypadku płyta powinna namówić /zachęcić do powrotu do niej w takowym właśnie nastroju. Ta niestety nie zachęca – by już nie powiedzieć, że odpycha.

Bookmark and Share
10 lip 2010   Kategoria: single

Dungen – Marken Låg Stilla

W każdym dźwięku, akordzie, riffie, zaśpiewanym słowie czy uderzeniu w werbel kolesie z Dungen udowadniają, że jeśli chodzi o brzmienie, nie mają sobie równych. Oprócz doznania, jakim sama w sobie jest tego rodzaju rockowo-jazzowa psychodela, gratis dorzucają zapierającą się twardo w umyśle kotwicę, która stała się niemal ich znakiem rozpoznawczym. Różne inne zespoły sobie grają, jamują, eksperymentują, a Reine Fiske raz uderzy w struny i już wiadomo, że to ci pojebani Szwedzi. Zrozumcie to – goście nieco stylizują brzmienie na przełom lat 60/70, ale robią to w taki sposób, że nie dość, że biją nim całą dzisiejszą scenę neo-psych rockową, to jeszcze zdają się brzmieć równie dobrze co wielcy pionierzy dawno, dawno temu. Poezja.

Nie inaczej jest i tym razem. I kompozycyjnie i brzmieniowo. Na stronie czytamy, że ukazujący się na początku września „Skit I Allt” („Fuck All”) to kolejna porcja rockowych, naszpikowanych jazzowymi wpływami rozpierdalaczy. Słuchając singla „Marken Låg Stilla” pozostaje jedynie przytaknąć. Kojarzycie na pewno zespół Tame Impala, rzekomo będący australijskim odpowiednikiem Dungen. Słucham tak, słucham tej ich płytki i wciąż nie mogę się wstrzelić. Szwedom wystarczyła jedna sekwencja akordów na pianinie, abym poczuł się jak w domu. Kto wie, czy nokautujący cios nie nadejdzie w tym roku właśnie z północy?

Posłuchaj: Dungen – Marken Låg Stilla

Bookmark and Share
28 cze 2010   Kategoria: albumy

Band of Horses – Infinite Arms

Wydawca: Columbia
Ocena: 5,1

www / myspace

Z zespołami grającymi ładne piosenki z reguły jest tak, że prędzej czy później się wypalają. Czasami dzieje się to po jednym albumie, czasami po dwóch, czasami po pięciu. Używając popularnego frazesu – twórców ogranicza tylko ich własna wyobraźnia. „Infinite Arms”, trzeci studyjny album amerykańskiego trio, to nic innego, jak potwierdzenie owej tezy. Tak więc, ile albumów Band Of Horses potrzeba, aby znudzić słuchacza? Trzech.

Już sam fakt, że dość długo zwlekałem z odsłuchem tego albumu świadczy o pewnym znudzeniu formułą. A może bardziej obawą o jej formę? W znaczeniu, że ta nie ulegnie absolutnie żadnej zmianie. W każdym razie, panowie naprawdę musieliby przejść samych siebie, żeby „Infinite Arms” nie nudziło, nie wywoływało reakcji typu „to już było!”. I niezwykle skromnie chciałem zaznaczyć, że miałem rację. Bo oto doszliśmy do miejsca, w którym Band Of Horses wykonuje krok wstecz.

Z początku nie wygląda to jeszcze tak niemrawo. Zaczyna majestatyczny, pięknie zaaranżowany „Factory”. Jadąc autobusem czy tramwajem, możemy spokojnie przykleić się do szyby i tworzyć w myślach różne scenariusze, współgrające z zimnymi orkiestracjami i zanurzonym w pogłosie wokalem Ben Bridwella. Również ujawniony już wcześniej „Compliments” cieszy miłą dla ucha melodią i ogólną zgrabnością. Niestety, im dalej w las, tym mniej drzew. Mniej konkretów, kawałków świadczących o jakimś pomyśle na ten album. A ten niestety jest prosty – zaczynamy od highlightów, a potem wypełniamy. Co nie znaczy, że to, co dzieje się potem, jest jakieś tragiczne. To nie są jakieś fatalne numery, ale jak na grupę grającą „ładnie” – zdecydowanie zbyt bezbarwne. To trochę tak jak przy parzeniu Liptona – odpowiednio rozdzielając proporcje, możemy cieszyć się pełnym smakiem herbaty dwa razy. Napój wyciśnięty po raz trzeci już niestety nigdy nie będzie smakował jak poprzednie. I tak samo jest z nowym Band Of Horses. „Infinite Arms” to taka wyciśnięta trzeci raz z tej samej torebeczki herbata. Ma charakterystyczny posmak i może nawet trochę aromatu, ale zdecydowanie brakuje niezbędnej esencji. Ja podziękuję, wolę rozkoszować się pełnym smakiem „Everything All The Time” i „Cease To Begin”.

Bookmark and Share
26 cze 2010   Kategoria: albumy

MIA – /\/\/\Y/\

:: Wydawca: XL
:: Ocena: 7,0

:: myspace

Wystarczy. Kurz pierwszych emocji opadł, czyli czas podsumować.

A jest co. MIA po raz trzeci zaskakuje koktajlem rytmów i dźwięków. Niby nie należało się spodziewać niczego innego, bo Mathangi Arulpragasam nigdy przecież nie chadzała tymi ścieżkami, co jej koleżanki, które usilnie doczepiają swoje nazwisko do produkcji Timbalanda, ale i tak w napięciu oczekiwało się wyroku, jaki samodzielnie wystawi się płycie „/\/\/\y/\” po premierze (czy też wycieku).

Jakiejś prawdziwej rewolty tutaj nie uświadczymy – w dalszym ciągu muzyka MII to żonglerka konwencjami, przytaczanie cytatów i haseł, z tą różnicą, że znacznie głośniejsza niż „Kala” i „Arular”. Już drugi utwór „Steppin up” to prawdziwe wejście smoczycy, wspomaganej piłą mechaniczną (tak, tak) i wyznaczającej brutalny rytm utworu. Tym samym Four Tet przegrywa w rankingu Nietypowe Dźwięki. Dalej jest niemniej zróżnicowanie. MIA balansuje na granicach kilku gatunków, to zwalniając, to przyspieszając tempo, ale zachowując ciągle pewien poziom. W tym jednak szkopuł, że na tle takiego właśnie „Steppin up”, „XXXO” czy „Meds and Feds” reszta, wolniejsza część płyty, wypada trochę blado. To oczywiste, że należało zwolnić w paru miejscach (ciężko byłoby połączyć takie reggae z mocnym, szybkim rytmem), choć być może należało też pójść tym kierunkiem po raz pierwszy i nagrać w pełni hałaśliwą płytę, która po wyjęciu słuchawek z uszu zostawiałaby kilkudniowe echo. A tak mamy tylko kolejne CD pani Mahangi – różniące się od poprzedników, ale w ten charakterystyczny, przewidywalny sposób. Ciągle są to muzyczne puzzle, przekątna kilku gatunków i zadziorny charakterek made in Sir Lanka (ze szlabanem na USA), ale – jak to się mówi – do trzech razy sztuka. Za czwartym razem (daj Boże, by był) nie będzie już tak dobrze i optymistycznie.

Wystarczy. Kurz pierwszych emocji opadł, czyli czas

podsumować.

A jest co. MIA po raz trzeci zaskakuje koktailem rytmów i

dźwięków. Niby nie należało się spodziewać niczego

innego, bo Mathangi Arulpragasam nigdy przecież nie

chadzała tymi ścieżkami, co jej koleżanki, które usilnie

doczepiają swoje nazwisko do produkcji Timbalanda, ale

w napięciu oczekiwało się wyroku, jaki samodzielnie

wystawi się płycie „/\/\/\y/\” po premierze (czy też

wyciecku).

Jakiejś prawdziwej rewolty tutaj nie uświadczymy – w

dalszym ciągu muzyka MII to żonglerka konwencjami,

przytaczanie cytatów i haseł, z tą różnicą, że znacznie

głośniejsza niż „Kala” i „Arular”. Już drugi utwór

„Steppin up” to prawdziwe wejście smoczycy,

wspomaganej piłą mechaniczną (tak, tak) wyznaczającej

brutalny rytm utworu. Tym samym Four Tet przegrywa

w rankingu Nietypowe Dźwięki. Dalej jest niemniej

zróżnicowanie. MIA balansuje na granicach kilku

gatunków, to zwalniając, to przyspieszając tempo, ale

zachowując ciągle pewien poziom. W tym jednak

szkopuł, że na tle takiego właśnie „Steppin up”, „XXXO”

czy „Meds and Feds” reszta, wolniejsza część płyty,

wypada trochę blado. To oczywiste, że należało zwolnić

w paru miejscach (ciężko byłoby połączyć takie reagge z

mocnym, szybkim rytmem), być może należało też pójść

tym kierunkiem po raz pierwszy i nagrać w pełni

hałaśliwą płytę, która po wyjęciu słuchawek z uszu

zostawiałaby kilku dniowe echo. Tak mamy tylko kolejne

CD pani Mahangi – różniące się od poprzedników, ale w

niecharakterystyczny, przewidywalny sposób. Ciągle są

to muzyczne puzzle, przekątna kilku gatunków i

zadziorny charakterek made in Sir Lanka (ze szlabanem

na USA), ale – jak to się mówi – do trzech razy sztuka. Za

czwartym razem (daj Boże, by był) nie będzie już tak

dobrze i optymistycznie.

XL

Bookmark and Share
11 cze 2010   Kategoria: albumy

Steve Mason – Boys Outside

:: Wydawca: Double Six
:: Ocena: 6,5

:: www

Gdzieś pośród wszystkich klasyków, dajmy na to z drugiej połowy lat 90 i początku ubiegłej dekady, troszeczkę z tyłu na półce z płytami znajdziemy wydawnictwa The Beta Band. Lekko zakurzone, troszeczkę zapomniane. Tak to jest, gdy zespół na dalszy plan spycha parcie na zajebistość i granie tego, co tam akurat popularne. Otaczająca ich przełomowość sprawiła, że na The Beta Band patrzy się raczej z lekkim dystansem. Nie chcę pozować na żadnego ich znawcę, ale faktu, że nigdy w pełni nie doświadczyli czegoś takiego jak „hype” chyba nie da się podważyć. Chociaż „Dry The Rain” zna pewnie każdy, podobnie jak klip z bieganiem po plaży. Ale co z resztą?

Oczywiście mam nadzieję, że trochę przesadzam z tą masową znieczulicą. Może po prostu fani The Beta Band to również ludzie, którzy swoim uwielbieniem raczej nie afiszują się na każdym kroku? No ale żeby nie odbiegać zbytnio od meritum i nie przedłużać – Steve Mason, głos owej formacji, wydał album solowy. No i tu właściwie należałoby powtórzyć twierdzenie z pierwszego akapitu. „Boys Outside” nazwać można eleganckim nudzeniem, trochę bardziej upopowioną wersją samego siebie sprzed ponad 10 lat, muzyką bez większej dozy hooków i wpadających od razu w ucho zagrywek. Co prawda, przy pierwszych odsłuchach błyszczą te bardziej „oczywiste” kawałki jak „The Letter”,  czy singlowe „Lost And Found” i „All Come Down”, ale wyrównanie szali to kwestia co najwyżej jednego popołudnia. Co oczywiście nie oznacza, iż tylko tyle mamy tej płycie poświęcić. Bo i głos ładny, piosenki ciekawe, nie nachalne, eleganckie. Czuje się w pełni kupiony, a i zaskoczony. Bo, szczerze mówiąc, aż tak dobrego albumu się nie spodziewałem.

Bookmark and Share
25 maj 2010   Kategoria: albumy

Broken Social Scene – Forgiveness Rock Record

:: Wydawca: Arts & Crafts
:: Ocena: 8,3

:: www / myspace

Środek lipca. Na słupku jakieś 35 stopni, na niebie ani jednej chmury mogącej zaburzyć piękny, znikający za oknem autobusu nadmorski krajobraz. Uczucie gorąca potęguje dodatkowo zapach wnętrza starego Autosanu. W przerwie między utworami słychać leniwe rozmowy ludzi. Pojedyncze, zdawkowe wypowiedzi. Bo i komu chce się cokolwiek mówić.. Na pierwszy plan znów wchodzą dźwięki wynurzające się ze słuchawek. „Used to be one of the rotten ones and I liked you for that..”. Potem są te smyczki i generalne uczucie radości. Chyba właśnie wtedy zaczynam rozumieć, że Broken Social Scene to jeden z zespołów mojego życia, a „You Forgot It In People” to jeden z tych albumów, o jakich myśli się przynajmniej raz dziennie. Bardzo wysokiego poziomu nie można też oczywiście odmówić debiutowi oraz ostatniemu w dyskografii, „Broken Social Scene” z 2005 roku, ale i tak chyba wiadomo, że jak mówimy o Broken Social Scene, to mówimy o „You Forgot It In People”. Mówimy o fantastycznym, singlowym „Almost Crimes”, o niezwykłej, ocierającej się o tą islandzką wrażliwości. O albumie, który mimo pozornej niespójności, jest tworem idealnym.

Wiecie zresztą jak to jest z ulubionymi płytami. Można o nich mówić bez końca. Do mówienia i przeżywania muzyki Broken Social Scene osobiście najlepiej służy mi upalne lato, widok i zapach rozgrzanych kiełbasek na grillu oraz dzierżone w ręce piwo. Powiedzmy, że jest swego rodzaju uproszczona ilustracja moich asocjacji związanych z owym kilkunastoosobowym kanadyjskim kolektywem. Można się pewnie łatwo domyślić, że gdy tylko światło dzienne ujrzał pierwszy singiel z „Forgiveness Rock Record”, mój świat zadrżał w posadach. Potem jeszcze to „All To All” i „Forced To Love”… Lato nagle zdawało się być na wyciągnięcie ręki.

Nie zamierzam kłamać, że nowy Broken Social Scene zdobył mnie od pierwszego odsłuchu. Może „rozczarowanie” to za mocne słowo, ale zdecydowanie nie było to coś, czego oczekiwałem. A oczekiwałem – no niestety – czegoś niewyobrażalnie wielkiego. A „Forgiveness Rock Record” takie nie jest. Z drugiej jednak strony – jak powiedziałem – moje nadzieje były „dość spore”. – No to (kurwa) mów wreszcie coś o tej płycie!

Gdy w końcu dotarło do mnie to, że muszę wyzbyć się wszelkich niezdrowych idealizacji, przystąpiłem do odsłuchu po raz kolejny. I wiecie co? To cholernie dobry album! Nie ma mowy o rejonach „You Forgot It In People”, ale ich muzyka przecież cieszy jak zawsze. Najnowsze dokonanie Kanadyjczyków to twór zdecydowanie łagodniejszy od „Broken Social Scene”. I chyba trochę bardziej zróżnicowany. Przede wszystkim – mniej tu hałasu. Być może jest to zasługa produkcji McEntire’a, być może przyczynił się do tego długi czas zbierania i nagrywania materiału (a co za tym idzie – wybór z dość sporej puli kawałków). Nie wiem. W każdym razie brzmi to dobrze.

„Forgiveness Rock Record” to 14 dość eklektycznych numerów. Zaczyna „World Sick”, pierwszy ujawniony wcześniej fragment. W powietrzu zdecydowanie czuć powiew lata, a na wysokości refrenowego „I get world sick every time I take a stand” i wchodzącego po nim gitarowego lśnienia wkrada się metafizyka. Nie chcę spłycać tego albumu do opozycji „utwór pierwszy – reszta utworów”, ale niestety późniejsze dźwięki podobnych wrażeń nie dostarczają. A przynajmniej nie wszystkie. Choć nadal biją na głowę 90% obecnej indie popowej szarej masy. No bo chociażby taki „Art House Director”. Minęło pięć lat, a podczas całej tej eskalacji mniej lub bardziej utalentowanych debiutantów nikt nie wpadł na tak zajebistą melodię. Chociaż grupa liczy obecnie „zaledwie” sześciu muzyków + goście (a bywało, że liczyła 15), to album aż kipi aranżacyjną szczegółowością. Jak zwykle, każdy ma tu coś do powiedzenia, a pełne zgłębienie całego dźwiękowego i wokalnego bogactwa to zadanie na przynajmniej parę odsłuchów. Jak jednak wspomniałem, BSS nie zapomniało o swoim debiucie i swojej bardziej minimalistycznej, delikatnej stronie (lub przynajmniej tej mocno wygładzonej produkcyjnie). Proste, ale i przebojowe „Sweetest Kill”, hawajskie „Highway Slipper Jam” ambientowe „Me And My Hand” (propsy za uderzający truizm w tekście, niegodziwcy). Na owej płaszczyźnie oczywiście świetnie radzą sobie zaproszone do współpracy panie – Emily Haines, Amy Millan i Feist w pięknym „Sentimental X’s”, Lisa Lobsinger w rozmarzonym, podbudowanym delikatną elektroniką „All To All”. W opozycji do nich stają te bardziej rockowe, szybsze fragmenty – „Chase Scene”, „Texico Bitches”, „Water In Hell”, czy instrumentalny „Meet Me In The Basement” (z absolutnym, smyczkowym riffem). Oczywiście nic na miarę „Almost Crimes”, co to, to nie, ale.. Nie wiem, widzicie jakiś powód do narzekania?

„Forgiveness Rock Record” to r e w e l a c y j n y album. Grupa lekką ręką stworzyła coś, co może odstaje od ich opus magnum, ale zdecydowanie nie odbiega od ich ogólnego, wysokiego poziomu. Sceptykom naprawdę polecam bardziej wnikliwe zanalizowanie materiału dowodowego. Bo chyba rzeczą oczywistą jest, że te najmocniejsze więzi czasem rodzą się z tych najbardziej skrajnych emocji.

No dobra. Jak widać, wiadomo co będzie stanowiło ścieżkę dźwiękową tego lata. Na koniec wypada jednak powiedzieć parę słów o tym, co na pewno nie będzie towarzyszyło lipcowym grillom i szeroko pojętemu lenistwu.

:: Ocena: 2,9 (dla bonusowej EP-ki)

“Lo-Fi for the Dividing Nights” to dołączona do specjalnej edycji albumu króciutka, prawie w całości instrumentalna EP-ka. Dziesięć średniej klasy miniaturek, które ani jakoś szczególnie nie przyciągają, ani.. Właściwie to nic nie robią. Nie warto raczej poświęcać im większej ilości czasu, dlatego sięgnąć po nie mogą raczej tylko ortodoksyjni i bezkrytyczni fani Broken Social Scene. Chociaż i tak pewnie wielu z nich po paru odsłuchach o niej zapomni. Ja już zapomniałem.

Bookmark and Share
19 maj 2010   Kategoria: single

Newest Zealand – Yours Sincerely

Newest Zealand – Yours Sincerely to pierwszy utwór nowego projektu Borysa Dejnarowicza. Za jego plecami stoją Remek Zawadzki, Paweł i Piotr Zalewscy oraz producent m.in. Furii Futrzaków, Peter Bergstrand.

Po pierwszym odsłuchu, można zadać sobie wyjątkowo oklepane pytanie „czy to jest podobne do TCIOF?” No, trochę… Bo Patrząc i szukając nie trudno się oprzeć wrażeniu, że to też pop rock (miało być śmieszne) i w podobnym duchu. Podejrzewam także, że projekt jest kolejnym krokiem na dawno wytyczonej scieżce,  jeszcze za czasów zespołu matki, pod tytułem „Moja wizja POPu”. Kręgosłup tego kawałka zdaje się to potwierdzać stylistyka gitar, której chyba nikomu nie trzeba opisywać. Jednak kluczową cechą w tym utworze jest kompozycja, wklejanie pojedynczych niby nic nie znaczący elementów. Już przy pierwszej gitarze poprowadzone są zgrabne smyczki, potem gdzieś momentami pojawia się pianino i minimalne idiofoniczne dźwięki, a na dodatek klawisz spod znaku Hammonda, gdzieś rozczula w tle.

To własnie Owe elementy kompozycji, tak naprawdę budują ten utwór. Zaś fakt i charakter ich istnienia wpisuje się w jakieś wyobrażenie rozwoju kompozytorskiego Dejnarowicza, nawet na gruncie pop rocka, nadając jej nowy ton: niby utrzymany w starej gitarze, aczkolwiek innej otoczce, bardziej pop, poprostu lepszej…

Posłuchaj: Newest Zealand – Yours Sincerely

Bookmark and Share