:: Wydawca: Merge
:: Ocena: 5,9
:: myspace
Trzy lata w muzyce to dużo, szczególnie w sferze indie, w której cały czas szuka się nowych idoli. Już niejednego wykonawcę/zespół zdążono wynieść pod niebiosa i zmieszać z błotem. Koszule już nie rozpięte na trzy pierwsze guziki, a zapięte do końca. Już nie czarne Conversy, a kolorowe trampki i oldschoolowe Nike. Nie swetry w paski, a kardigany….
Właśnie trzy lata minęły od „Neon Bible”, ostatniego studyjnego wydawnictwa Arcade Fire. Kanadyjczycy są zespołem niezwykle ważnym dla pokolenia Post New Rock Revolution. Są chyba jedną z niewielu kapel, którym udało się przebić do mainstreamowej świadomości, nie tracąc przy tym estymy w środowiskach niezależnych. To oni nagrali (wg wielu różnych opinii) ostatnią naprawdę wielką rockową płytę, jaką była „Funeral”. Także im wróżono wielką karierę, mieli lada dzień wejść na stadiony i zdetronizować U2, a w panteonie rockowych instytucji szykowano im miejsce gdzieś pomiędzy Radiohead, Coldplay i U2 właśnie. Były też wspaniałe piosenki, mogące rozbujać wielotysięczną publiczność na największych obiektach koncertowych świata. Jednakże trzeba przyznać, że „Neon Bible” choć złym albumem nie jest, to jednak w odniesieniu do „Funeral” malowała się porażką. Tak więc czy Kanadyjczykom udało się uciec od balansowania na granicy nudy i wzbić na poziom debiutu?
Przede wszystkim dojrzeli. Win Butler lepiej śpiewa. Piosenki są lepiej zaaranżowane, dzięki dobrej, gęstej produkcji. Lirycsy też jakieś takie poważniejsze niż na poprzednich albumach, gdzie dominowały młodzieńczy smutek, bunt, nieporadność i naiwność. Brzmienie natomiast wiele się nie zmieniło. Pozostało to, za co ich lubimy, wzbogacone tym co było przez ostatnie trzy lata modne. Mozaikowe brzmienie klawiszy, przestrzenne, pastelowe gitary, melancholijne smyczki zmiksowane z tanecznymi syntezatorami, elektronicznym groovem. Najwidoczniej słuchali Cut Copy, Hot Chip i Klaxons. Można także się doszukać romansu z onirycznymi dream popowymi melodiami spod znaku Beach House i Asobi Seksu. I wszystko byłoby ok, gdyby tym inspiracjom, towarzyszył jakiś motyw przewodni, dobry koncept spajający te składniki w ciekawe piosenki. Po prostu zabrakło dobrego songwritingu, sprawiającego że ciekawe z początku melodie nie przechodzą później w nudną papkę. Trudno także doszukać się killerów, songów wgniatających w ziemię, nie pozwalających zaczerpnąć powietrza. Na „Funeral” i „Neon Bible” takie były, wystarczy wspomnieć „Wake Up” i „Intervention”. Przykro to mówić, ale Arcade Fire są już chyba jedną nogą w panteonie niespełnionych talentów(czyli całkiem inaczej niż miało być). Po „The Suburbs” zdecydowanie bliżej im tam niż do przejęcia miana największego zespołu świata. Choć może (na co warto zwrócić uwagę) nigdy nie zabiegali o ten tytuł, tylko kilku dziennikarzy przypięło im taką łatkę. Z bólem trzeba stwierdzić, że tej formacji starczyło pary na tylko jedną wybitną płytę.
Szesnaście nowych piosenek formacji z Montrealu, to kolejny koronny dowód na to, iż zespół obwołany zbyt wcześnie nadzieją rocka, może najzwyczajniej temu mianu nie podołać. Tragedii niby nie ma, po prostu zabrakło na tym albumie pomyślunku, spokoju i chłodnego spojrzenia. Czy są jakieś przesłanki ku temu, aby czwarta płyta nie rozczarowywała? Pewnie tak, aczkolwiek to miało już nastąpić przy okazji „The Suburbs”, która miała zmazać wrażenie niedosytu po „Neon Bible”. Jedno jest pewne – palmę pierwszeństwa w kanadyjskim alternatywnym rocku przejmują Broken Social Scene!
Jak słaba była ostatnio szeroko pojęta scena brytyjska – wiemy wszyscy. Stare gwiazdy z lat 90. i przełomu 90/00 zawodziły w minionej dekadzie. Młodzi natomiast, okazywali się jedynie marnymi epigonami, sztucznie wykreowanymi na godnych następców starej gwardii. Aczkolwiek poprzedni rok przyniósł kilka witalnych debiutów, które z nadzieją pozwalają patrzeć w przyszłość. Nawet cienko przędący w latach muzycznego kryzysu Londyn doczekał się godnego reprezentanta w postaci The XX. Już niedługo do grona chlub stolicy ma szansę dołączyć zespół Veronica Falls. Jak na razie nie zdołali wydać dużej płyty. „Beachy Head” to ich trzeci singiel. Odsłuch tej pozycji tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że nawiązania do muzyki lat 80. już niedługo będą passé. Teraz czas na lata 60. Można to doskonale zauważyć po tym, co jest teraz modne – Ariel Pink’s Haunted Graffiti i chillwave, który śmiało można nazwać psychodelią XXI wieku. Veronica Falls także czerpie pełnymi garściami z tamtej epoki. Surowe gitary przypominające The Kinks i wokale układane w sposób, w jaki robiła to Maureen Tucker, gdy przejmowała mikrofon w Velvet Underground. A wszystko to wyprodukowane za pomocą analogów, aby nadać odpowiedni klimat, jaki miały płyty z lat 60. Takie jakby pre lo-fi. Jedyne co muszą poprawić to songwriting, bo pomimo niezłego pomysłu na piosenkę, ten singiel nie porywa, nie rzuca na kolana. Jeśli to zrobią, to na pewno pojawi się dla nich kontrakt i zrobią sobie sesję w „Q” albo „NME”.
Posłuchaj: Veronica Falls – Beachy Head
:: Wydawca: Merge
:: Ocena: 5,2
:: myspace
Podczas wakacji otrzymujemy pocztówki od znajomych, nacieszymy nimi oczy, przeczytamy pozdrowienia i po prostu je wyrzucimy, by nie walały się po domu. Podobna sytuacja jest z niektórymi albumami, mającymi być letnimi bestsellerami. Wydaje się je, aby zachwycały, zbierały pochlebne recenzje i spędzały tłumy na letnie chałturzenie, a za jakiś czas jest już o nich głucho. Jestem gołosłowny? Ale skądże! Na myśl przychodzi mi wiele płyt, ale podam tylko dwie, które miały być świetne i niezapomniane, a dziś mało kto o nich wspomina. Pamiętacie chociaż trzy piosenki z „Viva La Vida” Coldplay, albo „Everything Is New” Jacka Peñate? Bez sprawdzania na wikipedii proszę!
Jestem zdecydowanym przeciwnikiem hajpowania takich przesłodzonych płytek. Argument, iż są wakacje i trudno polubić coś ambitniejszego, jest nietrafiony. Fakt, trywialne, świetnie wyprodukowane melodie mogą, a nawet muszą trafiać do uszu słuchacza, gdy potworne upały ogłupiają jego zmysły. Tylko pytanie, co z tej fascynacji zostanie po wakacjach? Czy to, czym tak się zachwycaliśmy, nie wyda się po czasie – infantylne? Tak więc czy warto wystawiać takim wydawnictwom oceny od 7/10 wzwyż? Co innego tyczy się singli, które zawsze były wydawane po to, aby chwytać słuchaczy za uszy i przekonywać ich do kupna dużej płyty. Natomiast album, dobry bądź wybitny ma być dziełem kompletnym. Zawsze gdy wspomina się jakiś zespół i wymienia się jego dokonania, mówi się o genialnym longplay’u, z którego pochodzą fantastyczne single, nie na odwrót. Dlatego też ideą płyty długogrającej było nagranie 10, 11 lub więcej świetnych piosenek.
The Love Language poszli na łatwiznę i zaserwowali słuchaczom typowy wakacyjny produkt. Czyli coś, co jest zaprzeczeniem wydawnictwa genialnego i ponadczasowego. Aczkolwiek, na pierwszy rzut ucha trudno się tu do czegoś przyczepić. Lekcje odrobione! Słychać w muzyce tej kapeli wiele inspiracji. Śmiało mogliby do wydawnictwa załączyć litanię do wszystkich zespołów, które przyczyniły się do jego powstania. Jeśli miałbym wymienić choć kilka wpływów, to powiedziałbym o coraz modniejszych sentymentach do muzyki lat 60 (jest szansa na obalenie dyktatu 80′s?), konkretnie do Beach Boys i wczesnych Beatles’ów. Jest parę momentów przypominających nieśmiertelnych The Smiths. Miejsce znalazło się także dla popularnych Fleet Foxes i ich preriowych, lekkich melodii. No właśnie… ale to tylko momenty – stanowczo za mało na coś spektakularnego. Po przesłuchaniu połowy robi się już mdło, za dużo pozerskiej ckliwości jak na jeden raz. Nie mam już 15 lat stety/niestety i takie wykastrowane melodyjki, trawestujące naprawdę wielkich, mnie nie podniecają.
„Libraries” to przyjemna płyta. Podkreślam z całą stanowczością – przyjemna, a nie dobra (proszę nie utożsamiać tych terminów w tym wypadku). Ale niestety, podczas jesiennych porządków skończy, tak jak pocztówki…w koszu!
:: Wydawca: 4AD
:: Ocena: 6,9
:: myspace
Doskonale pamiętam, jak nowojorczycy umilali mi, swoimi niemodnymi piosenkami poprzednie wakacje. Polubiłem The National, za ich melancholijność, ciepły głos wokalisty i wspaniałe teksty. Jednakże najbardziej cenie w ich muzyce świetną umiejętność syntezy tradycji Nowego Jorku, czyli surowego, nowofalowego grania z dziedzictwem Boba Dylana, Bruce’a Springsteen’a i innych wykonawów heartland rocka. Wydaje się trudne do pogodzenia, a brzmi świetnie.
Dlatego z niepokojem przyjmowałem informacje o królewstwie chaosu, panującym w studiu, w którym Berninger i spółka nagrywali nowy materiał. Podobno muzyka była w rozsypce, a teksty piosenek powstawały na kolanie… Ponieważ darzę predylekcją ten zespół, obawiałem się o ich formę. Także pierwsze wrażenia znajomych i recenzja w Machinie nastawiła mnie anty do tej płyty, nie byłem pewny czy chcę ją poznać, by przypadkiem nie zmienić swej dobrej opinii o piątce muzyków z Brooklynu. Zastanawiałem się także, czy nowojorczycy nie zmęczyli formy, bo ich ostatnia płyta była totalnym wyszlifowaniem wszystkich używanych przez nich patentów.
Na szczęście udało mi się przełamać i mile zaskoczyć. Zaczynam zachodzić w głowę, czy chłodna reakcja na nowy longplay, nie wynika stąd, iż National postanowili zrobić pewien zwrot w swojej muzyce i poszukać nowej tożsamości. Próżno szukać na „High Violet” krwawej rewolucji, to raczej łagodne przejście. Rdzeń muzyki został zachowany, tylko środki się nieco zmieniły. Przede wszystkim w utworach jest więcej przestrzeni, to z pewnością efekt bardziej wyrazistego niż przedtem zastosowania syntezatorów i orkiestrowych aranżacji. Także niektóre partie gitarowe przynoszą świeżość i przywodzą na myśl Mogwai i fascynację post rockiem. Są również momenty, w których wydaję mi się, iż dźwięki pianina są zapożyczeniem od Coldplay, czy Keane (np. „England). Opisując to obrazowo: muzyka do tej pory zamknięta w ciemnym pokoju przy palącej się świeczce, otworzyła lekko okno, by złapać oddech. Ale spokojnie, konserwatywni fani znajdą na „High Violet” tę namacalną folkową wrażliwość, urzekającą na poprzednich płytach.
Nowe wydawnictwo The National, to mym skromnym zdaniem muzyka środka. Celowo nie wspomniałem, iż pitchfork wychwala ten album pod niebiosa i nadał mu status „best new music” – zdecydowanie przesadzili. Nowy materiał nie jest także porażką, czy wypadkiem przy pracy. To coś pomiędzy – próba znalezienia nowego brzmienia. Całkiem udana, sympatyczna, ale nie rewelacyjna. Dlatego też prawdziwym testem – ukazującym czy ta kosmetyczna zmiana brzmienia, zapowiada nowe rozdanie w ich muzyce – będzie kolejna, szósta już płyta kapeli z Nowego Jorku.
Zacznę od tego, że nie jest to „Agoraphobia” #2. To jednocześnie dobrze i źle. Dobrze, bo znaczy, że grupa nie stoi w miejscu. Źle, bo ruch ten polega raczej na jeszcze większej dominacji Bradforda Coxa nad resztą zespołu. „Revival” zdecydowanie bliżej do „Logos” niż do „Microcastle”. I oczywiście nie chcę powiedzieć, że ostatni twór celebryty niezalu był jakiś słaby. Przeciwnie! Ale wiecie… Mamy dwa, w założeniu niezależne od siebie projekty (Deerhunter i Atlas Sound) i jednak szkoda by było, gdyby wkrótce różniła je zaledwie nazwa. Można więc podchodzić do tego na dwa sposoby:
1. Deerhunter czyni (zbyt) zdecydowany krok w stronę (nie tak odległej, ale jednak) stylistyki Atlas Sound.
2. Atlas Sound na „Logos” brzmi bardziej jak Deerhunter niż na swoich poprzednich wydawnictwach.
Biorąc pod uwagę chronologię, punktuje tutaj macierzysta formacja Brada. A sam kawałek wyśmienity, nie ma wątpliwości. Dwie minuty z sekundami, o, proszę jakie idealne do repeatowania! Może wyrażenie, że „kopie” nie bardzo tu pasuje, ale na pewno intryguje i robi różne dobre rzeczy. Czyli co, wychodzi na to, że wszystko okej? Deerhunter nagrał fajnego singla i zapowiada się kolejny dobry album? A idźcie! Już myślałem, że Cox w końcu się potknął, czy coś…
Posłuchaj: Deerhunter – Revival
Broken Social Scene – Forced To Love from Arts & Crafts on Vimeo.
„Forgiveness Rock Record” sama w sobie była dużym zaskoczeniem, jeśli idzie o formułę. Teraz, ok. dwa miesiące po premierze muzycy postanowili zaskoczyć nas ponownie, już nawet nie formułą, a niuansami technicznymi ich najnowszego teledysku. W klipie wyreżyserowanym przez duet Adam Makarenko & Alan Poon, a wyprodukowanym przez Geoffa McLeana (Vision Entertainment) wykorzystano rewolucyjną technologię generowania obrazu 3D „cutting edge”. Za jej pomocą zeskanowano obraz grających muzyków, a następnie przeniesiono do scenerii 3D, w której rozgrywa się akcja klipu. Nastoletni miłośnicy Matrixa pewnie będą zachwyceni. Nam do zachwytu pozostaje fonia.
:: Wydawca: Mute
:: Ocena: 4,9
:: myspace
Osoby nie znające muzyki Liars, mogą być zaskoczone słuchając nowej płyty nowojorskiego tria. Tytuł i okładka mogą sugerować oniryczny, rozchwiany emocjonalnie dream pop. Aczkolwiek mamy tu do czynienia z muzyką przewidywalną, szorstką i zaplanowaną co do minuty, przypominającą fabrykę z rygorystycznym planem pracy.
Bo nowa płyta Liars bardzo kojarzy się z surowym industrialnym klimatem. Chłodna, statyczna sekcja rytmiczna przywodząca na myśl nowofalowe zespoły z legendarnego CBGB’s. Potężna ściana dźwięku wytworzona przez gitary, pojawiająca się w niemal wszystkich kompozycjach, to dług zaciągnięty u punkowych kapel różnych odmian tego nurtu muzycznego, tak prężnie działającego w Nowym Jorku (od Velvet Underground począwszy).
Słuchając tej płyty miałem nieodparte wrażenie, iż muzycy każdą sekundę, każdą nutę starannie przemyśleli, zero zaskoczeń, pełna konsekwencja, powtarzalność, automatyzm. Czy widzicie taśmę produkcyjną, rutynowo przesuwającą elementy składowe jakiegoś silniczka, czy innego rozrusznika? Linia produkcyjna mknie, nie dając chwili wytchnienia. Potężne i siermiężne riffy gitary wbijają się w uszy. I ten synestezyjny obraz trwa aż do „Proud Evolution” ─ fabryka ogłasza przerwę na śniadanie. A ta piosenka bardzo przypomina „Take it back” Pink Floyd, co nie jest rzecz jasna zarzutem, a jedynie moim zdziwieniem, iż trio może mieć tak rozległe fascynacje muzyczne, na co 6 poprzednich piosenek nie wskazywało.
Pauza skończona, wracamy do mozolnej pracy, do fajrantu jeszcze trochę, trzeba jakoś to wytrzymać. Ale już się potwornie nie chce tego ciągnąć. I tak jest z tą płytą. Trudno jest entuzjazmować się muzyką z góry przewidywalną, momentami epigońską, trawestującą tłuste lata art-punk’u. Zapomniano o treści, zbyt wiele poświęcono formie, chciano przypomnieć na tym albumie klimat lat 80. Byłoby to ok, gdyby „Sisterworld” była nagrywana 25-30 lat temu. W roku 2010 zalatuje to stęchlizną i koniunkturalizmem na ejtisowy revival.
:: Wydawca: Vagrant
:: Ocena: 3,7
:: myspace
Na 35-stopniowe dnie w plusie płytka taka jak „The Five Ghosts” wydaje się idealna. Raczej spokojna, delikatna, niewymagająca. Ale…
Jeżeli chodzi o damsko-męski indie pop na pewno słyszeliście o wiele lepsze wydawnictwa, niż to, co jednak nie znaczy, że „The Five Ghosts” nie daje po uczuciach. Utwory są raz taneczne, raz do snu. Na tle wszystkich wydanych albumów ten nie ustępuje żadnemu z wcześniejszych. Gitarowy pop z elektronicznym plumkaniem gra tutaj pierwsze skrzypce (te, swoją drogą, także można usłyszeć).
Skąd zatem tak niska nota? Żaden utwór specjalnie nie zapada w pamięć. Dobry album po odegraniu ostatniego utworu powinien brzmieć dalej w głowie słuchającego, a tutaj tego nie stwierdzono. Ogólnie nowe Stars, jak i poprzednie ich produkty, brzmią jak rozlazłe, trochę bez pomysłu i polotu odrzuty z innej płyty. Nudnie po prostu. Na tle wszystkiego można od czapy wyróżnić „Changes” z uspokajającym rytmem, ale to, panie i panowie, naprawdę wszystko. No, może jeszcze bezpretensjonalność całokształtu.
Być może do „The Five Ghosts” należy podchodzić z pewnym nastrojem, nastawionym na wyciszenie lajtowym pobrzdąkiwaniem gitarowym i slajdami elektronicznych efektów? Może. Ale w tym przypadku płyta powinna namówić /zachęcić do powrotu do niej w takowym właśnie nastroju. Ta niestety nie zachęca – by już nie powiedzieć, że odpycha.
Wydawca: Columbia
Ocena: 5,1
Z zespołami grającymi ładne piosenki z reguły jest tak, że prędzej czy później się wypalają. Czasami dzieje się to po jednym albumie, czasami po dwóch, czasami po pięciu. Używając popularnego frazesu – twórców ogranicza tylko ich własna wyobraźnia. „Infinite Arms”, trzeci studyjny album amerykańskiego trio, to nic innego, jak potwierdzenie owej tezy. Tak więc, ile albumów Band Of Horses potrzeba, aby znudzić słuchacza? Trzech.
Już sam fakt, że dość długo zwlekałem z odsłuchem tego albumu świadczy o pewnym znudzeniu formułą. A może bardziej obawą o jej formę? W znaczeniu, że ta nie ulegnie absolutnie żadnej zmianie. W każdym razie, panowie naprawdę musieliby przejść samych siebie, żeby „Infinite Arms” nie nudziło, nie wywoływało reakcji typu „to już było!”. I niezwykle skromnie chciałem zaznaczyć, że miałem rację. Bo oto doszliśmy do miejsca, w którym Band Of Horses wykonuje krok wstecz.
Z początku nie wygląda to jeszcze tak niemrawo. Zaczyna majestatyczny, pięknie zaaranżowany „Factory”. Jadąc autobusem czy tramwajem, możemy spokojnie przykleić się do szyby i tworzyć w myślach różne scenariusze, współgrające z zimnymi orkiestracjami i zanurzonym w pogłosie wokalem Ben Bridwella. Również ujawniony już wcześniej „Compliments” cieszy miłą dla ucha melodią i ogólną zgrabnością. Niestety, im dalej w las, tym mniej drzew. Mniej konkretów, kawałków świadczących o jakimś pomyśle na ten album. A ten niestety jest prosty – zaczynamy od highlightów, a potem wypełniamy. Co nie znaczy, że to, co dzieje się potem, jest jakieś tragiczne. To nie są jakieś fatalne numery, ale jak na grupę grającą „ładnie” – zdecydowanie zbyt bezbarwne. To trochę tak jak przy parzeniu Liptona – odpowiednio rozdzielając proporcje, możemy cieszyć się pełnym smakiem herbaty dwa razy. Napój wyciśnięty po raz trzeci już niestety nigdy nie będzie smakował jak poprzednie. I tak samo jest z nowym Band Of Horses. „Infinite Arms” to taka wyciśnięta trzeci raz z tej samej torebeczki herbata. Ma charakterystyczny posmak i może nawet trochę aromatu, ale zdecydowanie brakuje niezbędnej esencji. Ja podziękuję, wolę rozkoszować się pełnym smakiem „Everything All The Time” i „Cease To Begin”.
To, co w pewien sposób zawsze wyróżniało Klaxons na tle innych dziwnie ubranych chłopaków z MTV2, jest – uwaga- muzyka! Brzmi to trochę dziwnie, ale w istocie – pomijając kserowany w późniejszych latach tysiące razy, trochę przesadzony appearance, „Myths Of The Near Future” niosło ze sobą niczym nieskrępowany wybuch energii, dając w rezultacie dość ciekawy efekt. Mogło się to podobać, rzecz jasna. Oczywiście nie twierdzę, że Klaxons zapoczątkowali nową erę w indie rocku, ale bez wątpienia wnieśli do biznesu trochę świeżego powietrza. Zarówno kompozycyjnie, jak i produkcyjnie, album naprawdę się bronił (z pochwalną przewagą na stronę produkcji).
Od jakiegoś czasu z obozu Klaxons docierały jednak mało entuzjastyczne informacje. Wytwórnia odrzuciła pierwszą wersję nowego albumu z powodu zbytniego „przeładowania”, na skutek czego premiera znacznie się opóźniła (w chwili, gdy piszę te słowa, nadal nie ujawniona została jej data). W rezultacie nazwa Klaxons gdzieś zatarła mi się w pamięci. Słuchając „Flashover” można jednak odnieść wrażenie, iż czas się chłopaków nie ima, a owy numer to jakiś zaginiony hidden track z debiutu. Typowa dla Klaxonsów melodyka, świdrujące gitary, barokowy przepych. Power post-punkowa (!!!) sekcja rytmiczna co prawda wgniata, ale mniej jakoś tej nu-rave’owej, połamanej rytmiki. Na dodatek trochę to jakieś przydługie. No i kontekst, nie zapominajmy. Początek drugiej dekady to raczej czas sztucznie przybrudzonych zębem czasu hipnagogicznych popów. Choć szalikowcy NME pewnie piją już szampana, to oczy świata zwrócone są raczej na trochę inne rejony. Może się mylę, ale szczerze – czeka ktoś w ogóle na ten album?
Posłuchaj: Klaxons – Flashover