:: Wydawca: Mute
:: Ocena: 4,9
:: myspace
Osoby nie znające muzyki Liars, mogą być zaskoczone słuchając nowej płyty nowojorskiego tria. Tytuł i okładka mogą sugerować oniryczny, rozchwiany emocjonalnie dream pop. Aczkolwiek mamy tu do czynienia z muzyką przewidywalną, szorstką i zaplanowaną co do minuty, przypominającą fabrykę z rygorystycznym planem pracy.
Bo nowa płyta Liars bardzo kojarzy się z surowym industrialnym klimatem. Chłodna, statyczna sekcja rytmiczna przywodząca na myśl nowofalowe zespoły z legendarnego CBGB’s. Potężna ściana dźwięku wytworzona przez gitary, pojawiająca się w niemal wszystkich kompozycjach, to dług zaciągnięty u punkowych kapel różnych odmian tego nurtu muzycznego, tak prężnie działającego w Nowym Jorku (od Velvet Underground począwszy).
Słuchając tej płyty miałem nieodparte wrażenie, iż muzycy każdą sekundę, każdą nutę starannie przemyśleli, zero zaskoczeń, pełna konsekwencja, powtarzalność, automatyzm. Czy widzicie taśmę produkcyjną, rutynowo przesuwającą elementy składowe jakiegoś silniczka, czy innego rozrusznika? Linia produkcyjna mknie, nie dając chwili wytchnienia. Potężne i siermiężne riffy gitary wbijają się w uszy. I ten synestezyjny obraz trwa aż do „Proud Evolution” ─ fabryka ogłasza przerwę na śniadanie. A ta piosenka bardzo przypomina „Take it back” Pink Floyd, co nie jest rzecz jasna zarzutem, a jedynie moim zdziwieniem, iż trio może mieć tak rozległe fascynacje muzyczne, na co 6 poprzednich piosenek nie wskazywało.
Pauza skończona, wracamy do mozolnej pracy, do fajrantu jeszcze trochę, trzeba jakoś to wytrzymać. Ale już się potwornie nie chce tego ciągnąć. I tak jest z tą płytą. Trudno jest entuzjazmować się muzyką z góry przewidywalną, momentami epigońską, trawestującą tłuste lata art-punk’u. Zapomniano o treści, zbyt wiele poświęcono formie, chciano przypomnieć na tym albumie klimat lat 80. Byłoby to ok, gdyby „Sisterworld” była nagrywana 25-30 lat temu. W roku 2010 zalatuje to stęchlizną i koniunkturalizmem na ejtisowy revival.
Troszkę złamię tym tekstem przyjętą przez nas konwencję: nie będzie o kawałku nowym, ani nawet singlowym, ale za to przemilczenie zwłaszcza w kontekście nadchodzącej płyty i planowanej trasy koncertowej, która ma zahaczyć również o nasz kraj w trzech znamiennych jego punktach, byłoby wprost grzechem.
Proto-punkowe trio z Eskisehir, akademickiego ośrodka w północno-zachodniej Turcji, ma w sobie coś ze spontaniczności Karen O, eklektyzmu i zamiłowania do infantylnych melodii Deerhoof. Słychać też pewne tendencje bałkańskie, żywioł ujęty w akademickie ramy jazzowe, podobne zresztą jak u kiedyś opisywanego serbskiego Jarboli. Opis o tyle karkołomny, że nie oddaje w najmniejszym stopniu brzmienia Kirik Cizgi, którego sentymenty skłaniają się głównie ku post-punkowemu prymityzmowi i eksperymentom klawiszowo-syntezatorowym. Na ich tle wokal wydaje się być tylko dodatkiem, choć tam gdzie trzeba (prześliczny „Esnek”!!!) wprost powalającym swoim wyczuciem, delikatnością.
Jeśli nic nie pokrzyżuje ich planów, 19 czerwca zobaczymy ich w Trójmieście, 20 czerwca w Warszawie, a 21 czerwca we Wrocławiu. Szczegóły wkrótce na elefantowej stronce w fejsbuku.
Posłuchaj: Kirik Cizgi – Esnek
Kawałek zwiastujący nadchodzącą płytę Interpolu. Parę słów o nim przeczytacie – tutaj.
Zaczynali od niegroźnego, naszpikowanego post-punkowymi inklinacjami indie rocka. Bazowało to w dużej mierze na odświeżaniu i łączeniu wszystkiego, co w tych gatunkach najlepsze. Udało się? Tak, nie można zaprzeczyć, że było to dobre. Ponadto, trafili idealnie w czas. Wyłamując się z całej tej new rock revolution nagrali jeden z ciekawszych i najbardziej inspirujących albumów ubiegłej dekady. Trzy lata później stworzyli równie udane „Antics”. We znaki dawała się trochę ograna już forma, bowiem w ślad za „Turn On The Bright Lights” poszły rzesze młodych formacji. Epigoni niestrudzenie próbowali podobnych sztuczek, przez co stało się to trochę wszechobecne. Ale mimo to, drugi album formacji świetnie się bronił. I właściwie na tym muszę skończyć opiewanie Interpolu, gdyż „Our Love To Admire” balansowało już na granicy klapy. Co prawda, sentyment do poprzednich wydawnictw pozwalał mi (i zapewne nie tylko mi) doszukiwać się w tym albumie czegoś więcej, niż tylko coraz bardziej oczywistego braku nowych pomysłów. Często niestety na próżno, bo marazm twórczy zdecydowanie dominował. Mimo kilku naprawdę udanych kompozycji, album przynosił głównie rozczarowanie.
Skąd ten wstęp? Uwaga, Interpol szykują kolejną płytę! Z niedawnych oświadczeń grupy wynika, iż ma być ona mroczna, nawiązująca klimatem do debiutu. Przyznam szczerze, iż swego czasu wiadomość ta przysporzyła mi sporych nadziei. Może zrozumieli swoje błędy? Może jeszcze nie wszystko stracone? Teraz, gdy znamy już pierwszy fragment z płyty o nieujawnionym jeszcze tytule, pozostaje mi chyba tylko postawić krzyżyk na niegdyś tak lubianym przeze mnie zespole. Okej, może i jest to mroczne, ale do poziomu obojętnie jakiego kawałka z „Turn On The Bright Lights” absolutnie nie ma startu. Co więcej, to jest nawet poniżej poziomu „Our Love To Admire”. Stało się to, co gdzieś tam jednak wisiało w powietrzu – Interpol dokonał istnej autoparodii. Nie oczekiwałem oczywiście arcydzieła, ale to co reprezentuje sobą „Lights” to mało, beznadziejnie mało…
Dobrej melodii tu za grosz, a na siłę zwiększony pogłos daje wprost odwrotny do pożądanego efekt. Niby napięcie powoli rośnie, stopa jednostajnie nabija rytm od początku do końca, ale.. To nie jest „NYC”, „Evil”, „C’mere” ani nawet „No I In Threesome”. A przynajmniej ja, oprócz końcowej frazy „That’s why I hold you, dear..”, nie znajduję tu jakoś niczego, co w jakikolwiek sposób wzbudziłoby we mnie nastrój oczekiwania na płytę. Trochę szkoda, choć mam nadzieję, że jej premiera rozwieje moje obawy, a wszystko skończy się szczęśliwie.
Posłuchaj: Interpol – Lights
:: Wydawca: Sony Music
:: Ocena: 6,8
:: myspace
Tytuł tej płyty najlepiej moim zdaniem rozczytał Łukasz Konatowicz. Czemu Notoryczni Debiutanci? Bo po tych prawie trzech latach zespół ma znów do udowodnienia tyle, co przy debiucie. Żeby się nie zjebać, nie stracić poetyckiej liryki, polotu melodyjnych post punkowych gitar, jednocześnie wciąż uprawiając świeżą formę. Żeby nie przestać być zespołem dla każdego: recenzenta, bloggera i fanki „Bravo” (przypominam że również w tym piśmie debiut był promowany). A jednak mimo takiego zabójczego zagrania marketingowego, które powaliłoby uznanie wielu grup, Muchy 2007 to był sukces, dla mnie, dla was, dla każdego. I do tego dochodzi ten pieprzony syndrom drugiej płyty. No więc do stracenia/udowodnienia było naprawdę wiele.
Jeśli chodzi o mnie to szczerze mówiąc nie miałem wobec tej płyty żadnych oczekiwań, jestem totalnie jałowy. Muchy dla mnie zniknęły parę miesięcy po debiucie . Oczywiście jestem zwolennikiem opinii że „Terroromans” w kontekście popkulturowym był równie ważny co debiut CKOD. Ale w kwestii albumu – zero z ich strony w moją stronę, żadne informacje nie były w stanie zaistnieć w mojej świadomości, w zasadzie o premierze dowiedziałem się dzień przed, co szczerze mówiąc stanowi dla mnie niesamowitą podjarkę w tej chwili, bo o płycie nie wiem nic, prócz tego, czego dowiem się przy przesłuchaniu. Czytaj całość »
:: Wydawca: Domino
:: Ocena: 8,1
:: www
Wszyscy są chyba zgodni, że miniony rok był dobrym rokiem dla muzyki. Nie byliśmy może świadkami wydarzeń przełomowych, ale w ciągu dwunastu miesięcy 2009 roku ukazało się z całą pewnością kilkaset płyt niezłych, kilkadziesiąt dobrych, kilkanaście bardzo dobrych i co najmniej kilka naprawdę świetnych. Powiem więcej – uważam, że jeszcze długo na jakość muzyki nie będziemy narzekać. Rozwój Internetu sprawił, że nowe dźwięki, nowe zespoły, nowe albumy są dosłownie na wyciągnięcie ręki. Nigdy wcześniej muzyka nie była tak łatwo i powszechnie dostępna. Muzyczne blogi, Rate Your Music, last.fm, Spotify, YouTube, MySpace – możliwości są nieograniczone. Tu naturalnie pojawia się słynny termin „piractwo”, które to według wszystkich znawców miało zniszczyć całą muzykę, sprawić, że muzycy nie będą mieli pieniędzy na życie, jedzenie, a tym bardziej instrumenty i wszystko upadnie. Mimo to nowych płyt powstaje więcej niż kiedykolwiek wcześniej, a chyba nie nagrywają się one same. Internet stał się dla muzyki zbawieniem. Pamiętam wywiad sprzed kilku lat z jednym z członków (nie pamiętam z kim dokładnie, ale to całkowicie nieistotne) Marillion dla „Teraz Rocka”. Stwierdził on wówczas, że rosnąca popularność mp3 jest zjawiskiem niezwykle pozytywnym i sprawi, że muzyka powróci do korzeni – nawet gdyby miały upaść wielkie wytwórnie, muzyka nie przestanie powstawać. Dalej będzie tworzona, ale nie będzie to sztuczny produkt biznesowy, tylko rzecz prosto z serca, komponowana przez prawdziwych pasjonatów. Muzyka stanie się wolna. I mniej więcej na tym etapie historii obecnie jesteśmy. Muzyka stała się wolna. Co ciekawe, według jednego z ostatnich badań, osoby ściągające płyty z internetu, kupują więcej albumów niż inni konsumenci. Czytaj całość »
Electro – rockowy zespół powstały w 2006 r. w Pile. Nazywany polskim The Cure tudzież Depeche Mode. W 2008 r. podpisali kontrakt płytowy z wytwórnią SP Records. Owa współpraca zaowocowała wydaniem pionierskiego albumu „Syreny nad miastem”, który spotkał się z dużym zainteresowaniem zarówno ze strony mediów jak i odbiorców muzyki. Mają za sobą sporo koncertów, zarówno klubowych jak i dla wielotysięcznej publiczności. Obecnie zespół ponownie ruszył w trasę koncertową. I jak zapowiadają muzycy, zbliżające się koncerty mogą być zaskoczeniem nawet dla tych, którzy doskonale znają twórczość The Cuts!
Jak rozpoczynaliście swoją przygodę z muzyką?
Przemek Zdunek: To było bardzo dawno temu. Ciekawe dźwięki docierały do nas, kiedy jeszcze byliśmy w łonach naszych mam. Potem było już z górki.
Jak powstał zespół i skąd nazwa The Cuts?
The Cuts powstał po tym, jak z Panem TT zakończyliśmy pracę we wcześniejszym projekcie. Zanim jednak uformował się jego obecny kształt minęło trochę czasu i przez zespół przewinęło się paru muzyków. W obecnym składzie gramy właściwie od listopada 2009. Nie można jednak mówić, że ta data to początek zespołu. Znamienne dla The Cuts było z pewnością dołączenie do nas Toma Horna, co stało się jakieś dwa i pół roku temu. Nazwa zespołu wzięła się z pewnej rozmowy ze znajomym Anglikiem, a właściwie pomyłki. Powiedziałem mu, że mój ówczesny zespół nazywał się Koty, a on zamiast „cats” zrozumiał „cuts”. Obaj doszliśmy wtedy do wniosku, że „cuts” byłoby lepsze. Kilka lat później potrzebowałem nazwy dla zespołu i przypomniało mi się „cuts”. Po jakimś czasie dołożyliśmy do nazwy „the”, bo w rozmowach przez telefon ludzie myśleli, ze mówimy o jakimś punkowym zespole o nazwie „kac”. Czytaj całość »